piątek, 28 marca 2025

Hieronim i Dąb Peruna

 

Hieronim i dąb Peruna
ChatGPT

Kiedy chrześcijaństwo wypierało stare religie w Europie, misjonarze nowej wiary starali się niszczyć relikty poprzednich kultów. Pierwszym opisanym tego przykładem na blogu była historia świętego Bonifacego, który w 723 lub 724 roku naszej ery ściął Dąb Donara, który rósł w pobliżu Gaesmere (dzisiejsza dzielnica Geismar w niemieckim Frankenbergu, a kiedyś osobna wieś). W jego kroki poszedł Karol Wielki, niszcząc święty dla Sasów dąb Irminsul w 772, który znajdował się gdzieś na pograniczu Westfalii. Dziś omówimy sobie następny dąb, który padł ofiarą Chrześcijan, tym razem jednak z terenów współczesnej Litwy.

W 1410 roku na tereny Królestwa Polskiego przybył Hieronim z Pragi, czeski teolog. Przez poprzednie lata Hieronim podróżując po Europie i nauczając na wielu uniwersytetach, jednak gdzie się nie pojawił, był uznawany za heretyka. Był bowiem jednym z husytów, stronników Jana Husa, który domagał się reformy Kościoła Katolickiego, zarzucają mu między innymi zbyt duże dążenie do bogactwa, kupczenie urzędami kościelnymi i brak skromności. Przebywając w naszym kraju Hieronim udał się na Litwę, by wspierać ruchy misjonarzy. Litwa oficjalnie zobowiązała się przyjąć chrzest podczas unii z Koroną Polską w 1385 roku, jednak proces ten trwał następne dekady (jak nie wieki). Głosząc nową wiarę wpisywał się to, jak misjonarze traktowali dawne miejsca kultów. Jak czytamy u Aleksandra Gieysztora w Mitologii Słowian[1]:

W początkach wieku XV Hieronim z Pragi udał się na Litwę, głosząc wiarę chrześcijańską w zachodniej połaci kraju. Jego relacja, przekazana przez Eneasza Sylwiusza Piccolominiego w pół wieku później, zawiera opis czci wężów, kamiennego młota niezwykłych rozmiarów, wiecznego ognia, świętych lasów i drzew szczególnie wysokich. Najstarszy dąb w lesie uważano za siedzibę bóstwa. Hieronim w zapale misjonarskim pozabijał węże, pogasił ogniska i ściął święte drzewo. Wywołało to sprzeciw ludzi, którzy udali się do wielkiego księcia Witolda ze skargą na przybysza o zniszczenie domu bożego (sacram Dei domum), skąd otrzymywano deszcz i dobrą pogodę; nie wiadomo już było, gdzie się modlić i szukać swego boga. Witold wzruszył się dolą ludu i skłonił Hieronima do opuszczenia kraju18 ''. Nowożytne informacje o pogaństwie litewskim, miejscami żywym jeszcze w wieku XVII, wspominają o ponownym wzniecaniu świętego ognia przez tarcie dębiny o szare kamienie polne.

Jak więc widać, Litwini również czcili dęby. Warto również zauważyć, iż relacja wspomina o kamiennym młocie niezwykłych rozmiarów. Wspomniana przeze mnie historia Bonifacego nierozerwalnie związana jest z Dębem Donara – gromowładnego bóstwa południowych Germanów. Dla porównania północne ludy germańskie, wikingowie, jak nazywamy ich sobie na blogu, również czcili Boga Piorunów – Thora. Co ciekawe, to jemu poświęcony był dąb również w Skandynawii i to on również dzierżył potężny magiczny młot. Wśród Słowian i Bałtów z kolei wierzono, że uderzenie pioruna w drzewo było naznaczeniem go przez Bogów. Brzmi to o tyle ciekawe, że dąb jest właśnie wyjątkowo odporny na przetrwanie gromów – potrafi się odrodzić i po pożarze, co widzieliśmy w 2019 roku, kiedy ofiarą pożaru padł 600-letni pomnik przyrody, Mieszko, a jego liście bardzo źle się palą.

Litwini skarżą się do księcia Witolda
ChatGPT

W tym miejscu przejdę do słowiańskiego Boga piorunów, Peruna, znanego wśród Bałtów jako Perkun lub Perkon. Nie będzie już niespodzianką, że święte dęby z Litwy poświęcone były właśnie jemu. Jednak to nie same drzewa były obiektem kultów, a jeno symbolami gromowładnego Boga. Biorąc pod uwagę, że południowi Germanie uważali dąb za drzewo Donara, Skandynawowie za drzewo Thora a Słowianie za drzewo Peruna nie da się uniknąć myśli, że wszystkie te religie miały wspólne korzenie. Ba, Bogu piorunów zawsze poświęcony jest czwarty dzień tygodnia – w języku niemieckim jest to Donnerstag (Dzień Donara), w angielskim  jest to Thursday, norweskim Torsdag (Dzień Thora). Wśród Słowian Połabskich dzień ten zwany był Perěndan, a więc Dzień Peruna.

Do podobnych wniosków doszliśmy omawiając sobie Mojry, Norny, Parki i Rodzanice, wskazując, że Boginie Przeznaczenia w różnych religiach musiałby wywodzić się z jednej, wspólnej, indoeuropejskiej wiary. Chciałbym, by i to było jednym z wniosków dzisiejszej historii o zniszczonym Dębie Peruna na Litwie, historii jakże podobnej do tych o drzewach zniszczonych przez świętego Bonifacego i Karola Wielkiego.

Na koniec warto wrócić do samej postaci Hieronima z Pragi. Po wyrzuceniu go przez księcia Witolda (kuzyna Władysława Jagiełły) z Litwy ten ukrywał się do 1415, ścigany przez agentów Kościoła Katolickiego za herezję. W końcu jednak został złapany i 30 maja 1416 roku spalony na stosie, niecałe jedenaście miesięcy po Janie Husie. Kościół Katolicki czekała reformacja, gdyż w ślad za Husem także inni widzieli zżerające go zepsucie – następne wieki przyniosą takich religijnych reformatorów jak Marcin Luter czy Jan Kalwin. A co czekało Dęby Peruna? Wedle Aleksandra Gieysztora były miejscami kultu na Litwie jeszcze na przełomie XVII i XVIII wieku. Tak wiele aspektów stały się reliktami dawnych wierzeń, których misjonarze nie potrafili do końca zniszczyć. 

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.


[1] Mitologia Słowian, Aleksander Gieysztor, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006, Wydanie II, s. 89.

sobota, 8 marca 2025

Marzanna

 

Marzanna, ChatGPT

Wiele lat temu, uczęszczając do czwartej klasie podstawówki, moja klasa udała się na wycieczkę nad pobliską rzekę. Był wiosenny, pochmurny dzień. A my w kurtkach staliśmy obok starego mostu, obok przygrywała orkiestra. Wtedy też miał miejsce mój pierwszy kontakt z pewnym starożytnym rytuałem. Tamtego dnia pierwszy raz pierwszy raz byłem świadkiem topienia kukły Marzanny.

Marzanna jest słowiańską Boginią zimy oraz śmierci. Wstęp do tego artykułu mógł przypomnieć i Wam obserwowanie związanego z nią rytuału, który odbywa się po dziś dzień w pierwszy dzień wiosny. Na bazie tego można więc wysnuć wniosek, iż nie była i nie jest zbyt lubianym i popularnym bóstwem, ponieważ tradycyjnie żegna się z nią w symboliczny, aczkolwiek brutalny sposób, miast oddawać jej cześć i modły. Budzi to skojarzenia do greckiego Hadesa, Boga Zaświatów, któremu nie budowano nawet świątyń, albowiem bardziej się go obawiano, niż czczono (zachowały się wzmianki tylko o jednej takiej wzniesionej budowli). Za chwilę przytoczymy sobie kontrargument Jana Długosza, jednak pierw warto powiedzieć kilka słów o samej Bogini.

W tradycji była znana pod różnymi imionami, między innymi jako Morena, co przywodziło na myśl zimowe miesiące, pełne śniegu i lodu, a także jako Śmierć, personifikacja tego, co nieuchronne dla śmiertelników. Samo jej imię wywodzi się z praindoeuropejskiego ­mar/mor, tak samo jak łacińskie mors, śmierć (jak w post mortem). W niektórych regionach Śląska istniał też męski odpowiednik Bogini, Marzaniok.

Najstarsze wzmianki o niej pochodzą z ziem czeskich z XIII wieku. O Marzannie wspominał też już Jan Długosz, XV-wieczny polski kronikarz. Ten napomykał, iż w dawnych wiekach istniał pewien jej kult. Opowiadał, jakoby rolnicy ofiarowali jej dary ze zboża, zapewne by przebłagać kapryśne bóstwo, które przymrozkami mogło zniszczyć uprawy. Tu z kolei przypomnijmy sobie postać Rán, Bogini Sztormów, która sprawowała pieczę na jedną z domen zaświatów w mitologii nordyckiej. Marynarze, by ubłagać ją o dobrą pogodę na morzu, również ciskali dla niej w głęboką toń ofiary i podarunki. Robili to jednak bardziej ze strachu, niż miłości do bóstwa.

Trzeba jednak pamiętać, iż były to czasy po chrystianizacji, kiedy starano się zwalczyć starszą wiarę. W 1420 roku biskup poznański, Andrzej Łaskarz, potępiał uroczystości związane z topieniem kukły[1]:

Item prohibeatis, ne In dominica ludica alias Byala Nijedzela supersticiosam consuetudinem observent offerentes auandam ymaginem, quam Mortem vocant et In lutum postea proiciunt, quia non carent huiusmodi facta supersticionis.

Czyli tłumacząc na nasze:

Zabrońcie im też praktykowania zabobonnego zwyczaju w Białą Niedzielę wynoszenia jakiegoś obrazu, którego Śmiercią nazywają, a potem w błoto rzucają, albowiem takich przesądów u nich nie brakuje.

Tradycyjna topienia Marzanny miała się jednak dobrze. W kolejnych wiekach kościół nie mogąc jej zabić, próbował przerobić ją na swoją modłę. Podjęto próby, by miast topić kukłę Bogini Śmierci, z wież kościołów zrzucano inną, symbolizującą Judasza. Jednak te praktycznie nie cieszyły się powodzeniem i odeszły w zapomnienie, a rytuał związany z Marzanną przetrwał do dziś.

Marzanna, ChatGPT

Tradycja przetrwała nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach słowiańskich. Lalkę, wykonaną ze słomy lub innego materiału, ubiera się w suknię, zdobi kokardkami oraz innymi elementami dekoracyjnymi. Wokół obrzędów powstało wiele przesądów i zwyczajów. Dawniej rytuał sprowadzał się nie tylko do topienia kukły w rzece, ale do obchodzenia z nią wszystkich domów we wsi. Po drodze podtapiano Boginię we wszystkich napotykanych jeziorach, strumieniach czy kałużach. Następnie, nim została ostatecznie ciśnięta w wodę, podpalano ją lub zrywano z niej odzienie. Tak zrzuconej do rzeki Marzanny nie wolno już było dotknąć, gdyż groziło to zapadnięciem na chorobę. Tak samo niebezpieczne było dla zdrowia oglądanie się za siebie po rytuale, aż do momentu wejścia do własnego domu. A już śmiertelnie niebezpieczne było potknięcie się w drodze powrotnej. Osoba, której to się przydarzyło, lub co gorsze, przewróciła się, miała nie dożyć do następnego topienia Marzanny.

Obecnie oprócz samego topienia Marzanny można czasem usłyszeć o różnych imprezach wplecionych w tematykę rytuału. Są więc konkursy, niczym na szopki Bożonarodzeniowe, są organizowane biegi. Tak więc pomimo wieków walczenia z tradycją, coroczne topienie Marzanny ciągle jest żywą tradycją i oby tak pozostało.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zaprasza do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.


[1] Najdawniejsze statuty synodalne archidiecezji gnieźnieńskiej oraz statuty z rękopisu Oss. Nr 1627 z uwzględnieniem materjałów zebranych przez ś.p. b. , Władysław Abraham, Polska Akademia Umiejętności, Kraków 1920, s. 50

piątek, 14 lutego 2025

Raróg

 

Źródło: https://www.slawoslaw.pl/rarog-boski-ptak-ognia/, data odczytu: 13.02.2025

Gdybym spytał o mitologiczny gatunek ptaka, którego żywiołem jest ogień, zapewne usłyszałbym o greckim Feniksie. Nie pytałbym jednak, gdyby było tak oczywiste. Dziś chciałbym więc przybliżyć wierzenia w taką istotę, ale ze słowiańskich wierzeń.

W naszych rodzimych wierzeniach Bogiem Słońca był Swaróg. Sama postać jest dość tajemnicza i pojawia się jeno w Powieści Minionych Lat, najstarszej kronice ruskiej, spisanej przez mnicha Nestora. Jako takiego widział go Aleksander Gieysztor, uważając iż był jednym z naczelnych bóstw, patronem niebiańskiego ognia. Jego towarzyszem, czy też wręcz personifikacją, miał być ognisty ptak Raróg. Powietrzna istota podkreślała związek z Niebem, a płomienisty charakter z samym Słońcem. Nie da się ukryć, że taką samą rolę pełnił egipski Benu, którego uważano wcielenie Boga Słońca, Ra. Następnie Benu został zaadaptowany na potrzeby wierzeń Greków i Rzymian, przyjmując postać lepiej nam znanego, odradzającego się z płomieni, Feniksa.

Aleksander Gieysztor przytacza taki oto opis Raroga, pochodzący od naszych południowych sąsiadów[1]:

Czeski Raroh, Rarach to miała istota demoniczna, równie szczodra co mściwa, ruchliwa, przybierająca postać ptaka i smoka, bliska ognia, o ciele i włosach płomienistych, wylatująca kominem jako kłąb ognia lub jako wicher.

Być może pierwotnie było to zwierzęce wcielenie Swaroga, później w dobie chrystianizacji odseparowane i zdegradowane. Ciężko bowiem wyobrażać sobie, by Bóg mógł rodzić się raz za razem za sprawą człowieka, a takie bowiem wierzenia krążyły o Rarogu. Ludzie byli bowiem przekonani, że Rarogiem stawał się ptak wysiadywany przez człowieka przez dziewięć dni i nocy ze złotego jajka. Ten przepis na hodowlę ognistej istoty dopuszcza istnienie wielu stworów tego gatunku, a nie jednego, jedynego, który jeszcze byłby bóstwem niebieskim. Sam przytoczony przekaz Gieysztora jeno podkreśla, iż Raróg zdegradowany został do roli demona. Na bazie przytoczonego opisu można też wnioskować, iż potrafił zmieniać swoją postać, zamieniając się w płomienie czy wiatr.

Niebiańska natura Raroga objawiała się także w roli strażnika Raju (Wyraju), jaką mu przypisywano. W dawnych wiekach wierzono, iż dusze ludzkie pod postacią ptaków, lub wespół z nimi, opuszczają i wracają do tego świata. Raróg miał wtedy pilnować bram zaświatów, dzierżąc w swoich szponach klucz do Raju.

Przypuszcza się, że pochodzący z rosyjskiego folkloru Żar-Ptak to właśnie zdegradowany Raróg. Wyobrażany jako czerwono-złoty paw o płonących piórach na ogonie. Na Słowiańszyźnie wierzono, iż jego zobaczenie miało przynosić szczęście. Ukazać się śmiertelnikom mógł w nocy, jak niespokojny, ledwo uchwytny błysk światła. Być może więc przesąd o wypowiadaniu życzeń przy obserwowaniu spadających gwiazd tak naprawdę powstał z wierzeń o Rarogu, przelatującym szybko po nocnym niebie.

Przeglądając źródła zanotowałem sobie powiedzenie, które istnieje w języku polskim – Patrzeć na kogoś/coś jak na raroga. Oznacza ono ni mniej, ni więcej, tylko oglądanie osoby, rzeczy z niedowierzaniem, jako niezwykłego, niecodziennego zjawiska. Fanom twórczości Andrzeja Sapkowskiego może wydać się znajome – pojawiło się w opowiadaniu Trochę poświęcenia.

Dziś imię tego mitologicznego ptaka nosi jeden z drapieżników – Raróg Zwyczajny. Tym, którzy pamiętają Ogniem i Mieczem Henryka Sienkiewicza, na pewno przypomni się pierwsze spotkanie Pana Skrzetuskiego z Heleną, kiedy to ten majestatyczny ptak, jednocześnie chwycił nóżkami dłonie obojga.

Ślad językowy po Rarogu przetrwał też w nazwie jednej z gór w paśmie Sudetów Środkowych (mierzącej 745 metrów, na którą biegnie zielony szlak ze wsi Tłumaczowa).

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza. 



[1] Mitologia Słowian, Aleksander Gieysztor, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006, Wydanie II, s. 178.

sobota, 1 lutego 2025

Podróż Wulfstana do Truso


Źródło: https://www.ubogdana.net/blog/truso-osada-wikingow/, data odczytu: 01.02.2025


W IV wieku rzymski historyk rzymski historyk Paweł Orozjusz napisał Siedem Ksiąg Historii Przeciw Poganom. Księga ta uchodziła za wyznacznik, jeśli chodzi o opis świata, jeszcze w IX wieku. Przykładem może być przetłumaczenie jej na dworze Alfreda Wielkiego po roku 892, oraz włączenie do niej innych relacji, uzupełniających opis ówczesnego świata. Takim dodatkiem była historia Ottara, norweskiego podróżnika i kupca, który zawitał do Wessexu i opowiedział o swoich przygodach oraz o życiu w jego stronach. Innym włączonym źródłem jest historia Wulfstana, anglosaskiego handlarza, którą omówimy sobie właśnie dzisiaj.

Podróż Wulfstana miała mieć miejsce w podobnych latach, jak wyprawa Ottara, ok. 880-890 roku. Jednak w przeciwieństwie do Norwega, który przybył do Wessexu, Wulfstan udał się na daleki dla niego wschód, na wody Bałtyku. Na pewno zawitał do Hedeby w Danii, a następnie skierował się dalej, poza Półwysep Jutlandzki. Po tygodniu żeglugi, mijając szwedzką Skanię i Bornholm na północy, dotarł na ziemie germańskiego plemienia, którego nazywał Estami (od staroangielskiego éast oznaczającego wschód). Dalej opisywał, iż rzeka Wisła oddziela kraj Słowian na zachodzie od Witlandu, kraju Estów. Sam Zalew Wiślany zwał Zalewem Estyjskim i szacował jego szerokość na piętnaście mil. Z Zalewu płynąc rzeką Ilfing (dzisiaj znaną jako Elbląg) dotarł do portu w Truso (okolice Janowa pod Elblągiem właśnie). Było to wikińskie emporium, jedna z największych tego typu osad w okolicach Bałtyku. Tam zatrzymał się na jakiś czas. Ślady owej osady dla współczesnych odnaleziono dopiero w 1982 roku, podczas prac wykopaliskowych prowadzonych pod kierownictwem Marka Jagodzińskiego.

Dziś historycy spierają się, czy sam Wulfstan był rodakiem Alfreda Wielkiego, czy może Duńczykiem. Imię, oznacza Wilczy Kamień, jednak może być też zangielszczonym imieniem germańskim, a sam szlak do Hedeby nie wydawał się obcy podróżnikowi. Warto zwrócić uwagę również, iż jego podróż miała miejsce cały wiek po pierwszych najazdach wikingów na Anglię. Prze te dekady krew obu nacji mogła już się wymieszać. Być może też był więc w połowie Duńczykiem, w połowie Anglikiem (dla uproszczenia uznajmy, iż istniała wtedy taka narodowość).

Źródło: https://sv.wikipedia.org/wiki/Truso, data odczytu: 01.02.2025

Nie znamy też motywów, które kierowały dokładnie Wulfstanem. Być może była to zwykła wyprawa kupiecka do dalekiego portu w Truso. Być może pod pretekstem handlu miał zebrać informacje o wybrzeżu Bałtyku i żyjących tam plemionach. Być może też w imieniu Alfreda szukał sojuszników po drugiej stronie ziem Duńczyków i Norwegów, którzy dawali się we znaki władcy Wessexu.

Co jednak nie ulega wątpliwością, to iż dotarł do ujścia Wisły a dalej do Truso. Chętnym, i mającym możliwość, polecam wizytę w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu, gdzie tejże wikińskiej osadzie poświęcona jest bardzo bogata wystawa.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 17 stycznia 2025

Ottar z Hålogalandu

 

Źródło: https://www.bivrost.com/ottar/, data odczytu: 16.01.2025

IX wiek to czas wikińskich najazdów na Wyspy Brytyjskie. Najazdy zaczęły się około 787. Pod koniec tego stulecia na terenach dzisiejszej Anglii istniały już liczne skandynawskie osady. Wielka Armia Pogan, która walczyła praktycznie we wszystkich ówczesnych angielskich królestwach między 865 a 878 rokiem, odcisnęła swoje piętno na tychże ziemiach. Jednak nie wszyscy przybysze z dalekiej Północy byli wrogo i agresywnie nastawieni do Anglosasów. Wśród  nich znaleźć można chociażby pewnego norweskiego handlarza futrami, którego przybycie do Wessexu omówimy sobie dzisiaj.

Około 890-892 roku na dwór Alfreda I, króla Wessexu, przybywa załoga Norwegów. Tym razem jednak nie mają na celu łupienia tego angielskiego królestwa, ani porwania jego władcy. Przybywają jako kupcy. Dowodzi nimi Ottar. Podaje się za mieszkańca regionu Hålogaland, północnej części norweskiego wybrzeża w okolicach dzisiejszego Tromsø. Podczas swojego pobytu u Alfreda opisał mu, jak wygląda życie w jego stronach, a także zdał relację ze swych wypraw. Zostały one następnie włączone jako dodatek do spisanej w VI wieku pracy Pawła Orozjusza Siedem Ksiąg Historii Przeciw Poganom.

Ottar, wedle tego, co opowiadał, uchodził za wielce zamożnego człeka w swoich okolicach. Posiadał stado ponad 600 reniferów. Sześć sztuk ze stada używało do wabienia innych, dzikich osobników, by powiększać swoje stado. Ponadto miał posiadać 20 krów, tyleż samo owiec i świń, a także konie, w liczbie, której nie sprecyzował. Jako właściciel ziemski zbierał także podatek Samów zamieszkujących jego ziemie. Danina nie była płacona w srebrze, a w futrach, kościach morsów czy wielorybów i innych dobrodziejstwach przyrody, piórach ptaków, w tym maskonurów, a także wyrobów, takich jak liny, czy pułapki na zwierzęta. Zimą polowali na zwierzynę na pustkowiach, latem łowili ryby w rzekach. Spisana relacja Ottara jest najstarszym zachowanym pisemnym dokumentem traktującym o kulturze Samów, a także poświadczająca znajomość Przylądka Północnego.

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Ohthere_of_H%C3%A5logaland, data odczytu: 16.01.2025

Ottar również uczestniczył w wyprawach na wieloryby. Chwalił się, iż opłynął najdalszy i najbardziej wysunięty punkt Norwegii, Przylądek Północny i dotarł na wody, które znamy dziś jako Morze Barentsa oraz Morze Białe. Tamtejsze ludy porównał do znanych ze swoich regionów Samów, zarówno ze względu na kulturę, jak i język, którym się posługiwali. W swych wyprawach handlowych docierał także na południe, do Kaupang w okolicach dzisiejszego Oslo a także do duńskiego Hedeby. Opisy podróży zarówno w stronę Przylądka Północnego, jak i Jutlandii, zawierają konkretne liczby dni poświęcone na żeglugę, co ówczesnym dawało pojęcie o dystansach między punktami i długości linii brzegowej Norwegii.

To także jego relacja zawiera nazwę Norwegii, jako kraju, tym samym oddzielając mieszkańców tego państwa od innych skandynawskich nacji, nawet w tak dalekich rejonach jak okolice Lofotów. Wspominał także, iż Norwegowie czasem toczą wojny z Finami, oraz o mieszkających na wschodzie Szwedach.

Sprzedawszy swoje towary, głównie skóry i kły morsów, w Wessexie, Ottar wyruszył w powrotną podróż, zaopatrzywszy się w pszenicę, miód, wino oraz sukno i udał się gdzieś do swojego domostwa w Hålogalandzie.

Historia Ottara pokazuje, iż w jego czasach zdarzali się także podróżnicy, którzy nie najeżdżali sąsiednich krain, a prowadzili spokojniejsze życie kupców. To także dowód, iż ówcześni mu ludzie mieli większe pojecie o świecie i swojej tożsamości, niż mogłoby się nam wydawać, gdy myślimy o średniowieczu. Dla uznania jego dokonań i upamiętnienia podróży, czasopismo wydawane przez Muzeum w Tromsø od 1954 roku nosi właśnie nazwę Ottar.

Na sam koniec ciekawostka. Alfred Wielkie kazał włączyć relację Ottara do księgi Orozjusza, albowiem ta zawierała opis świata i uznał, iż warto wzbogacić ją o dodatek traktujących północnych krainach. Tak samo za jego wolą dołączono relację anglosaskiego podróżnika, Wulfstana, do portowego miasta Truso… ale to już historia na inny dzień.

 Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebook, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 3 stycznia 2025

Goci


Źródło: https://www.historyskills.com/classroom/year-8/gothic-tribes/,
data odczytu: 01.01.2025

Na moim blogu opisałem ongiś kamienne kręgi znajdujące się na terenie Polski. Większość z nich można przypisać germańskiemu plemieniu Gotów. Wtedy nie wchodziłem jednak w szczegóły opisujące ten lud, skupiając się jeno na samych konstrukcjach Dziś chciałbym rozwinąć ten temat, opisując szczegółowiej samych budowniczych kromlechów.

Goci (lub Gotowie, jak podają niektóre źródła) byli ludem pochodzącym z południowej Skandynawii, dokładnie z regionu Götaland (Gotland, nie mylić ze szwedzką wyspą Gotlandią). Najstarsze historyczne wzmianki pochodzą od rzymskiego historyka Piliniusza Starszego, który umieszczał ojczyznę tego plemienia za Bałtykiem (zwanego w łacinie Metuonis). W połowie VI wieku więcej opisał historyk Jordanes (imię zapewne nadane podczas chrztu, na łacińską modłę), prawdopodobnie pochodzenia gockiego. Opisywał on żywot króla Beriga, który na czele trzech statków opuścił Skandynawię (zwaną w jego dziele Scandza) i udał się na południe, docierając do Gothicscandzy, utożsamiane z terenami polskiego Pomorza. Jordanes w wielu miejscach ubarwia swoją opowieść, przypisując Gotom walki z grekami (Agamemnonem), a nawet z egipskimi faraonami. Jednak samo dotarcie na południe Bałtyku potwierdzają omawiane kamienne kręgi, jak i inne pozostałości nowej kultury, która rozwiała się na tych terenach w I wieku. Kulturę tę nazwano w literaturze wielbarską od nazwy miejscowości Wielbark, gdzie znaleziono dużo znalezisk archeologicznych po niej. Jej wpływy znajduje się na terenach od Pomorza aż po Lubelszczyznę, a rozwijała się mniej więcej do V wieku.

Wyodrębniające się z pierwotnych plemion nowe kultury, podróżujące dalej, na tereny dzisiejszej Ukrainy. Ci, którzy zajmowali tereny wokół Morza Czarnego oraz Bałkany nazwani zostali Ostrogotami (Wschodnimi Gotami), natomiast ci, którzy wyruszyli na zachód i walnie przyczynili się do upadku Rzymu w 410 roku, Wizygotami (prawdopodobnie Zachodnimi Gotami, chociaż są i inne teorie o pochodzeniu tego miana).

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/King_of_the_Geats,
data odczytu: 01.01.2025

Problematyczne jest łączenie opisanego plemienia Gotów… Z żyjącymi kilka wieków później w Skandynawii Gotami. W literaturze staro islandzkiej rozróżnia się Gotów, którzy dali początek kulturze wielbarskie (Gotar) od Gotów, zamieszkujących południową Szwecję w następnych stuleciach (Gautar). Nazwy jednak są do siebie podobne, tak samo jak kultura, więc być może jedni dla drugich byli tym, czym Polanie dla współczesnych Polaków – następnymi pokoleniami dziedziczącymi kulturę i historię.

Temat Gotów (jednych i drugich, jeśli ktoś woli rozróżniać) jest o wiele szerszy niż to, co pisałem dziś. Celem tego artykułu było pokrótce dopowiedzieć historię plemienia, które postawiło kromlechy na Pomorzu. O samych zwyczajach, kulturze, obrzędach, a także bardziej znanych Gotach na pewno nie raz opowiemy sobie w przyszłości.

 Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 20 grudnia 2024

Tusse


Tusse, grafika stworzona przez ChatGPT

Opisując różne stwory przytaczam także ich alternatywne imiona, pod którymi znane są w innych regionach. Czasami różnią się też zachowaniem, magicznymi mocami, co może podkreślać, iż tak naprawdę są podobnymi albo spokrewnionymi istotami, jednak jako gatunek zupełnie odrębnymi. Przy przesileniu zimowym opisałem Nisse – dziś chciałbym przybliżyć nieco podobną istotę – Tusse.

Nazwa Tusse podchodzi od staro nordyckiego Þurs, które to słowo było jednym z określeń olbrzymów. Wskazywałoby, iż same istoty były wielkich rozmiarów, jednak na przestrzeni wieków ich wizerunek zmienił się – utrwaliło się, iż Tusse to małe stworki. Zazwyczaj żyją w norach pod ziemią i nie są często spotykane przez ludzi. Potrafią nawet stawać się niewidzialne, co jeszcze bardziej utrudnia zauważenie jednego z nich. Ich aparycja, w przeciwieństwie do Nisse o długich brodach i czerwonych czapeczkach, nie jest tak przyjazna oku. Wyglądają jak stare, kościste skrzaty, porośnięte mchem z których ciała mogły wyrastać liście bądź gałązki. Nie raz zdarzyło się, że człowiek, który nie odróżnił ich roślinnej skóry od leśnego podłoża nadepnął przypadkowo na Tussego. Złośliwe stwory potrafią także straszyć ludzi w dziczy, chichocząc złowieszczo. W akcje zemsty za nadepnięcie na nie lub na ich domki budowane z gałązek i mchu, oczekiwały w zamian ręki najładniejszej z córek człeka, który dokonał przewinienia. Jeśli się zgodził, obdarzały go bogactwem i przynosiły szczęście. Jeśli jednak spotkały się z odmową, zsyłały nieszczęścia i biedę na rodzinę.

Tusse, podobnie jak Nisse potrafiły także pomagać lub szkodzić w gospodarstwie domowym. Jeśli otoczenie domu było zadbane, pomagały mnożyć majątek. Jeśli jednak chłop nie szanował swojego majątku, znęcał się nad zwierzętami, szkodziły albo podkradały jego rzeczy i zanosiły do porządniejszego sąsiada.

Czasy chrześcijańskie przyniosły nową genezę Tusse. Wedle legendy miały one być dziećmi Lilith, pierwszej żony Adama (tak, Adam miał mieć inną partnerkę przed Ewą). Ponieważ Lilith ukrywała swoje potomstwo, wstydząc się, jak było liczne, Bóg Jahwe zesłał na nie klątwę, by już zawsze było niewidzialne – stąd umiejętność tych istot do znikania. Swoją drogą, nie do końca rozumiem, czemu oberwało się dzieciom, których wstydziła się matka, ale cóż, nie mi oceniać wolę Niebios.

Niewielkie rozmiary, umiejętność znikania, czy przynoszenia szczęścia lub ściągania biedy na ludzi stawiają Tussego na równi z Nissem i słowiańskim Domowojem. Morał historii o nich to bycie dobrym gospodarzem a także człowiekiem, który dba o przyrodę – przypadkowe zniszczenie dokonanie w lesie mogło ściągnąć biedę nie tylko na daną osobę, ale i całą jej rodzinę.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 6 grudnia 2024

Svartalfheim i jego mieszkańcy


Źródło: https://viking.style/exploring-the-shadows-svartalfheim-and-nidavellir-the-dark-elves-domain/,
data odczytu: 05.12.2024


Wydarzenia z mitologii nordyckiej rozgrywają się w dziewięciu różnych światach, zamieszkanych przez przenajróżniejsze istoty. Wsród artykułów pojawiły się już opisy trzech z nich. Muspelheim, Kraina Ognia, była jednym z najstarszych światów, zamieszkiwanym przez rasę olbrzymów. Nilfheim, Kraina Mgieł, to przedsionek piekieł, bardzo nieprzyjemne i lodowate miejsce. Alfheim, Kraina Elfów, to najbardziej jasny i położony najwyżej wśród gałęzi Yggdrasilu, Wielkiego Jesionu, świat dotychczas przeze mnie opisany. Dziś udanym się znów do jednego z niższych światów, Svartalfheimu, Krainy Krasnoludów lub wedle niektórych, Krainy Ciemnych Elfów.

Wedle jednej z wersji mitologii pierwsze krasnoludy życzy na ciele Ymira, niczym larwy. Inni twierdzą, że byli pierwszą rasą stworzoną przez Asów po zabiciuolbrzyma, używając jego krwi. Jakkolwiek powstały, Bogowie dali im we władanie krainę Svartalheim (nord. Krainę Ciemnych Elfów), utożsamianą z miejscem zwanym Niðavellir (nord. W tym miejscu warto wspomnieć o pewnej niejasności lub nawet sprzeczności. Często Svartalheim oraz Niðavellir uznawane są za synonimy jednego z podziemnych światów. Jednak pojawiają się też głosy, iż osobne wyliczanie sugeruje, iż były dwoma osobnymi światami, albo chociaż dwoma krainami jednego świata. Sprawy nie ułatwia także fakt, iż pojawia się również trzecie miano dla królestwa krasnoludów, Myrkheim (nord. Kraina Ciemności). W XIX wieku bracia Grimm teoretyzowali, iż być może istniały trzy rasy - Ljósálfar (nord. Elfy Światła), Dökkálfar  (nord. Ciemne Elfy, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, istoty złe, związane z siłami ciemności) oraz Svartálfar (nord. Czarne Elfy,  które mogły być w rzeczy samej krasnoludami, żyjącymi w czarnych podziemiach, ale niekoniecznie były złe z natury). Bardziej współcześni badacze, jak znawca języka staronordyckiego, doktor Jackson W. Crawford twierdzi wprost, iż na bazie źródeł, które się zachowały, nie da się jednoznacznie określić, czy były to dwa światy, czy też jeden. Tego samego zdania jest filolog staro nordyckiego, John F. Lindow. Sama nazwa Svartalheim pojawiła się dopiero w twórczości Snorriego Sturlusona w XII wieku, a więc wiele dekad po chrystianizacji Islandii, kiedy nordyckie wierzenia były spisywane już jako relikt minionej epoki.

To samo tyczy się mieszkańców tego świata – czy krasnoludy to te same istoty, co ciemne elfy, czy też osobna rasa? Osobiście skłaniałbym się do zdania, iż obydwa ludy mogły zamieszkiwać te same ziemie, jednak stanowiły osobne plemiona. Takie spojrzenie urozmaica jeszcze bardziej i tak już bogaty świat nordyckich wierzeń.

Co się tyczy samych krasnoludów, to w podziemiach Niðavelliru tworzyły rozległe królestwa, nieskończone kopalnie i kuźnie. Ich siedziby rozświetlane były złotem, kryształem górskim, pochodniami i żarem bijącym z kowalskich pieców. Ów świat opisywany był jako ciemny, ale nie mroczny, w metaforycznym znaczeniu. Unikały światła słonecznego, gdyż pod jego wpływem, podobnie jak trolle, zamieniały się w kamień. Były najwspanialszymi rzemieślnikami we wszystkich królestwach i to właśnie w ich świecie powstało wiele artefaktów, których używali później Bogowie – pierścień Draupnir, młot Mjölnir, włócznia Gungir, dzik Gullinbursti, złote włosy Sif czy statek Skidblandir. Niektóre z tych artefaktów były już wspomniane na moim blogu, jak magiczna sieć Gleipnir, którą spętano Fenrira, inne bardziej szczegółowo omówimy sobie w przyszłości. 

Krasnoludy, jako rasa, podlegały pod inny los, niż ludzie. I tak oto, gdy linie ludzkiego życia zależały od decyzji Norn, tak też krasnoludzkie żywoty podlegały pod boginie zwane Córami Dvalina. Po śmierci, a także po Ragnaröku, kiedy wszystko zostanie zniszczone i odrodzi się, dusze tej podziemnej rasy znajdą miejsce w złotym pałacu Sindri.

Źródło: https://berloga-workshop.com/blog/169-sons-of-ivaldi.html, data odczytu: 05.12.2024

Mitologia wymienia dziesiątki krasnoludów z imienia. Wszystkich przytaczać nie będziemy, ponieważ powstałby wtedy bardzo długi i nudny spis powszechny. Warto jednak o kilku napomknąć, na pewno o synach Ivaldiego, którzy uchodzili za znakomitych kowali z Niðavelliru. Rywalizującymi z nimi rzemieślnikami byli Brokk oraz Eitri, odpowiedzialni między innymi za wykucie wspomnianego złotego dzika Gulliburstieg oraz Mjölnira, młota Thora. Boga Kwasira miało zabić dwóch krasnoludzkich braci, Fjalar i Galar. Krasnoludem, przed przemianą w strzegącego skarbów smoka, miał być także Fafnir, zabity przez bohaterskiego Sigurda. Kiedy Odyn wraz z braćmi zabili olbrzyma Ymira, z jego czaszki stworzyli sklepienie niebieskie. Podtrzymywane było ono przez czterech krasnoludów, Norðiego (Północ), Sunðriego (Południe), Austriego (Wschód) oraz Vestriego (Zachód).

Czytając o wielu aspektach świata krasnoludów nie da się ukryć, iż wiele motywów z mitologii zostało wykorzystanych przez J.R.R. Tolkiena w jego Śródziemiu. Liczne imiona postaci, wątki, jak smok Fafnir, czy też pośmiertny los krasnoludów – to wszystko oparte było na nordyckich wierzeniach. A później archetyp nordyckiego karła tylko się utrwalał – wytrzymali, brodaci, biegli w rzemiośle mieszkańcy podziemi stanowią jedną z głównych i bardziej rozpoznawalnych ras licznych światów fantasy.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 22 listopada 2024

Człowiek z Tollund

 

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C5%82owiek_z_Tollund,
data odczytu: 21.11.2024

Na sam początek muszę zaznaczyć, iż dzisiejszy temat może być uznany za drastyczny. Człowiek miał od zawsze tendencje do brutalności, zwłaszcza, jeśli chodzi o religie. Ofiary ze zwierząt, czy nawet z ludzi, były powszechne w różnych zakątkach świata. Dziś omówimy sobie pewien przykład ze Skandynawii, co do którego nie ma stuprocentowej pewności, iż był rytualnym mordem, jednak wiele na to wskazuje.

Na początku maja 1950 roku Viggo oraz Emil Hojgaard pracowali przy wydobywaniu torfu na torfowisku Bjældskovdal, znajdującego się około 12 kilometrów na zachód od duńskiej miejscowości Silkeborg. Podczas prac znaleźli ludzkie ciało, znajdujące się ok. 2,5 metra pod powierzchnią ziemi. W pierwszej chwili byli przekonani, iż znaleźli ofiarę niedawnego zabójstwa i zgłosili zdarzenie na policję. Jednak badania zaprzeczyły tej teorii. Nie było jednak ubrane we współczesny im strój, a jego wygląd nie wskazywał, by niedawno zginął.

Ciało Człowieka z Tollund, albowiem tak go nazwano, zwinięte było w pozycji embrionalnej, jakby spał na boku z podkurczonymi nogami. Na głowie miał czapkę z owczej skóry, zawiązaną rzemykami pod brodą, na biodrach zaś, przepaskę. Miał krótko przystrzyżone włosy oraz niewielki zarost, oraz zmarszczki na twarzy. Według badaczy, wyprostowany miałby 161 centymetrów wzrostu (średni wzrost mieszkańców tych terenów wynosił wówczas odpowiednio 174 cm u mężczyzn i 164 cm u kobiet), a w momencie śmierci liczył sobie trzydzieści kilka wiosen. Na szyi miał zaciśnięty rzemień, który urywał się na wysokości pleców – zapewne powieszono go na drzewie, a następnie zanurzono ciało w bagnie. Dokonano tego jednak powoli, gdyż kręgi szyjne nie są uszkodzone. Napuchnięty język stanowi potwierdzenie, iż śmierć nastąpiła przez uduszenie.

Należy do tak zwanych Ciał z Bagien lub Bagiennych Mumii, znajdywanych w północnej części Europy. Bagienny klimat konserwuje zwłoki, zachowując nie tylko szkielety, ale i tkanki miękkie, jak organy wewnętrzne, skórę czy nawet włosy. Pochówki taki dokonywane były w bardzo rozległych ramach czasowych – praktycznie od ostatniej epoki lodowcowej aż do średniowiecza.

Wracając do Człowieka z Tollund, dalsze ekspertyzy wykazały, iż w ciągu doby przed śmiercią spożywał posiłek. W jego treści żołądkowej znaleziono ślady jęczmienia, lnu, lnicznika siewnego, rdestu szczawiolistnego oraz ryb. Brak owoców w tym posiłku może wskazywać, iż ofiarę zabito zimą lub wczesną wiosną. Pozycja w jakiej go ułożono, wskazuje, iż ktoś chciał, by wyglądało, jakby zasnął. Zamknięto mu oczy i usta. Być może jednak, był straconym przestępcą, a jego pochówku dokonała później bliska mu osoba, nie chcąc, by jego ciało zostało pozostawione bez czci na stryczku. Wszystko to miało miejsce gdzieś pomiędzy 405 a 384 rokiem przed naszą erą, wedle datowania węglowego, a więc na przełomie epoki brązu i żelaza dla regionu Danii. Ciało zachowało praktycznie idealnie na twarzy, część skóry na tułowiu została zrekonstruowana w 1987 roku i obecnie można oglądać Człowieka z Tollund w muzeum w Silkeborg. Na uwagę zasługuje, iż skóra na palcach była w tak idealnym stanie, iż odtworzono jego linie papilarne. Niestety, pomimo badań DNA, nie udało się ustalić dokładnego koloru oczu i włosów. Badanie resztek włosów metodą izotopu strontu wykazało, iż w ciągu ostatniego roku mógł zmienić miejsce zamieszkania z terenów oddalonych o jakieś 30 kilometrów.

Na przestrzeni lat torfowisko Bjældskovdal odsłoniło również inne ciała, łącznie ponad pięćset na terenie samej Danii. Podobne znaleziska pochodzą także z innych rejonów północnej Europy i zapewne jeszcze nie raz zagoszczą na moim blogu.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.