Chrześcijaństwo
zaadaptowało wiele świąt starszych religii, nie mogąc ich skutecznie wyplenić
ze świadomości ludzkiej. Nie chodzi tylko o symbolikę, ale także o daty, gdzie
w miejsce starych obrzędów, wprowadzano nowe, często dopisując im inne
znaczenie. Niektóre jednak w takiej formie reliktowej przetrwały do naszych
czasów. Takim świętem może być Gaik, który omówimy sobie dzisiaj.
Gaik
obchodzono o obchodzi się dalej wiosną, na powitanie nowej pory roku. Obchody
następowały najczęściej po paleniu lub topieniu Marzanny. Zniszczenie kukły
miał odgonić zimę, natomiast wszystko co związane z Gaikiem służyło budzeniu
przyrody do życia. Obnoszono po miejscowości rośliny lub gałązki drzew, a
niekiedy i całe małe drzewko, zdobione wstążkami, pisankami, dzwoneczkami,
niekiedy też z laleczką, symbolizującą królową wiosny, która miała zastąpić
panowanie Marzanny. Obchodzono domy wszystkich mieszkańców, składając im
życzenia, a w zamian otrzymując poczęstunki, czym ten zwyczaj może kojarzyć się
z kolędowaniem.
Topienie Marzanny Gemini
Nazwa
jest zdrobnieniem słowa gaj, gdyż
dawniej związana była ze świętymi gajami. W dawnych wiekach lasy pełniły rolę
świątyń, związane z nimi były liczne wierzenia, rytuały i przesądy. Gajenie
sprowadzało się do wyznaczania takiej świętej ziemi, najczęściej poprzez
oznakowanie jej granic tak zwanymi kiczkami,
czyli witkami z brzeziny tudzież rokiciny. Tak odgrodzonego terenu nie wolno było naruszyć niepowołanym osobom,
dla przykładu, obcym spoza lokalnej społeczności.
Obecnie,
w miejscowościach w której Gaik przetrwał, nie ma jednej wspólnej daty dla
obchodzenia tego święta. Wskazuje się terminy od czwartej niedzieli Wielkiego
Postu, przez wtorek po Lanym Poniedziałku, aż po pierwszą wypadającą w maju. Miejscem
kulminacyjnym dla obrzędów jest udekorowany Majowy Słup (zwanego także Drzewem
Majowym, Maikiem lub także Gaikiem), wokół którego zbiera się społeczność, świętuje,
bawi i śpiewa.
Majowy Słup Gemini
Na
samo koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na
Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do
szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga
finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra
Brachowicza. A już zupełnie kończąc… Wypatrujcie nowości, na kanale na Youtube
:)
Wiele lat temu, uczęszczając do czwartej klasie
podstawówki, moja klasa udała się na wycieczkę nad pobliską rzekę. Był
wiosenny, pochmurny dzień. A my w kurtkach staliśmy obok starego mostu, obok
przygrywała orkiestra. Wtedy też miał miejsce mój pierwszy kontakt z pewnym
starożytnym rytuałem. Tamtego dnia pierwszy raz pierwszy raz byłem świadkiem
topienia kukły Marzanny.
Marzanna jest słowiańską Boginią zimy oraz śmierci. Wstęp
do tego artykułu mógł przypomnieć i Wam obserwowanie związanego z nią rytuału,
który odbywa się po dziś dzień w pierwszy dzień wiosny. Na bazie tego można
więc wysnuć wniosek, iż nie była i nie jest zbyt lubianym i popularnym bóstwem,
ponieważ tradycyjnie żegna się z nią w symboliczny, aczkolwiek brutalny sposób,
miast oddawać jej cześć i modły. Budzi to skojarzenia do greckiego Hadesa, Boga
Zaświatów, któremu nie budowano nawet świątyń, albowiem bardziej się go
obawiano, niż czczono (zachowały się wzmianki tylko o jednej takiej wzniesionej
budowli). Za chwilę przytoczymy sobie kontrargument Jana Długosza, jednak pierw
warto powiedzieć kilka słów o samej Bogini.
W tradycji była znana pod różnymi imionami, między
innymi jako Morena, co przywodziło na myśl zimowe miesiące, pełne śniegu i
lodu, a także jako Śmierć, personifikacja tego, co nieuchronne dla
śmiertelników. Samo jej imię wywodzi się z praindoeuropejskiego mar/mor,
tak samo jak łacińskie mors, śmierć (jak w
post mortem). W niektórych regionach
Śląska istniał też męski odpowiednik Bogini, Marzaniok.
Najstarsze wzmianki o niej pochodzą z ziem czeskich z
XIII wieku. O Marzannie wspominał też już Jan Długosz, XV-wieczny polski
kronikarz. Ten napomykał, iż w dawnych wiekach istniał pewien jej kult. Opowiadał, jakoby rolnicy ofiarowali jej dary ze zboża, zapewne by przebłagać
kapryśne bóstwo, które przymrozkami mogło zniszczyć uprawy. Tu z kolei
przypomnijmy sobie postać Rán, Bogini Sztormów, która sprawowała pieczę na
jedną z domen zaświatów w mitologii nordyckiej. Marynarze, by ubłagać ją o
dobrą pogodę na morzu, również ciskali dla niej w głęboką toń ofiary i
podarunki. Robili to jednak bardziej ze strachu, niż miłości do bóstwa.
Trzeba jednak pamiętać, iż były to czasy po
chrystianizacji, kiedy starano się zwalczyć starszą wiarę. W 1420 roku biskup
poznański, Andrzej Łaskarz, potępiał uroczystości związane z topieniem kukły[1]:
Item prohibeatis, ne In dominica ludica alias Byala
Nijedzela supersticiosam consuetudinem observent offerentes auandam ymaginem, quam
Mortem vocant et In lutum postea proiciunt, quia non carent huiusmodi facta
supersticionis.
Czyli tłumacząc na nasze:
Zabrońcie im też praktykowania zabobonnego
zwyczaju w Białą Niedzielę wynoszenia jakiegoś obrazu, którego Śmiercią
nazywają, a potem w błoto rzucają, albowiem takich przesądów u nich nie
brakuje.
Tradycyjna topienia Marzanny miała się jednak dobrze.
W kolejnych wiekach kościół nie mogąc jej zabić, próbował przerobić ją na swoją
modłę. Podjęto próby, by miast topić kukłę Bogini Śmierci, z wież kościołów
zrzucano inną, symbolizującą Judasza. Jednak te praktycznie nie cieszyły się
powodzeniem i odeszły w zapomnienie, a rytuał związany z Marzanną przetrwał do
dziś.
Marzanna, ChatGPT
Tradycja przetrwała nie tylko w Polsce, ale także w
innych krajach słowiańskich. Lalkę, wykonaną ze słomy lub innego materiału,
ubiera się w suknię, zdobi kokardkami oraz innymi elementami dekoracyjnymi. Wokół
obrzędów powstało wiele przesądów i zwyczajów. Dawniej rytuał sprowadzał się
nie tylko do topienia kukły w rzece, ale do obchodzenia z nią wszystkich domów
we wsi. Po drodze podtapiano Boginię we wszystkich napotykanych jeziorach,
strumieniach czy kałużach. Następnie, nim została ostatecznie ciśnięta w wodę,
podpalano ją lub zrywano z niej odzienie. Tak zrzuconej do rzeki Marzanny nie
wolno już było dotknąć, gdyż groziło to zapadnięciem na chorobę. Tak samo
niebezpieczne było dla zdrowia oglądanie się za siebie po rytuale, aż do
momentu wejścia do własnego domu. A już śmiertelnie niebezpieczne było
potknięcie się w drodze powrotnej. Osoba, której to się przydarzyło, lub co
gorsze, przewróciła się, miała nie dożyć do następnego topienia Marzanny.
Obecnie oprócz samego topienia Marzanny można czasem
usłyszeć o różnych imprezach wplecionych w tematykę rytuału. Są więc konkursy,
niczym na szopki Bożonarodzeniowe, są organizowane biegi. Tak więc pomimo
wieków walczenia z tradycją, coroczne topienie Marzanny ciągle jest żywą
tradycją i oby tak pozostało.
Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zaprasza do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.
[1]Najdawniejsze
statuty synodalne archidiecezji gnieźnieńskiej oraz statuty z rękopisu Oss. Nr
1627 z uwzględnieniem materjałów zebranych przez ś.p. b., Władysław
Abraham, Polska Akademia Umiejętności, Kraków 1920, s. 50
Źródło: https://medium.com/@petrusdeandrada/o-nisse-o-duende-noruegu%C3%AAs-aa25eabe7f5c, data odczytu: 17.12.2020
Jakiś czas temu
opisałem słowiańskie domowoje. Były to dobre duchy domu (dobre tak długo, jak długo były dobrze
traktowane), które opiekowały się gospodarstwem. Jednak nie tylko nasi
przodkowie posiadali swoich patronów. Podobne istoty istniały w skandynawskim
folklorze. Duńczycy i Norwegowie nazywają je nisse a Szwedzi znają je pod nazwą
tomte. Inne mniej popularne imiona, pod jakimi znane są w różnych regionach
Skandynawii, to gardvord, husnisse, tomtebonde, tufte, tuftekall, tunkall, rudkall,
tonttu oraz wiele, wiele innych…
Podobnie jak swoi
słowiańscy kuzyni nisse były niskimi, krępymi istotami o siwych brodach. Na
głowach nosiły czerwone czapki. Ich rola w świecie śmiertelników była również
podobna. W zamian za pozostawioną na noc strawę zajmowały się obejściem. I
podobnie jak domowoje, głodne i rozczarowane zachowaniem ludzi, psuły rzeczy i
robiły na złość. Wierzono, że dawno zmarły pierwszy gospodarz domu może stać
się nisse i strzec swojego majątku nawet po śmierci (czyż nie jest to kolejny element wspólny z domowojem?). Stąd też
wywodzi się ich inne określenie – gardvord czyli strażnik obejścia (nord. Garðvǫrðri). Samo słowo nisse pochodzi prawdopodobnie
ze staronordyckiego niðsi, którym pierwotnie określało się krewnych. Idąc
dalej tym tropem, wszystkie pozostałe imiona są mniej lub bardziej związane z
domostwem, bądź z rodziną. I tak tomte to domownik, tontu wywodzi się z
fińskiego słowa tontti, czyli działka/grunt, a tunkall można przetłumaczyć jako przyjaciel
podwórka.
Oprócz czerwonej czapki nisse nosiły na
sobie wełniane tuniki przepasane pasem, najczęściej koloru szarego. Podobnie
jak domowoj, potrafił czasem przybierać formy innych istot. Nissego można było
odróżnić od karła po kocich oczach, które świeciły w ciemności.
Źródło: https://findaswede.com/traditional-swedish-christmas-food/, data odczytu: 17.12.2020
Oprócz strawy, którą zostawiało się dla
nissego na noc, ważne było także zachowanie gospodarzy. Duszek był szczególnie
drażliwy na przeklinanie w obrębie domostwa, oddawanie moczu pod ścianami
gospodarstwa albo wylewanie napojów czy rzucanie jedzenia na podłogę. W akcie złości
mógł uderzyć niedobrego człowieka w ciemności, zniszczyć rzeczy czy w inny sposób robić na złość.
Wyprowadzony z równowagi nisse mógł nawet zabić człowieka – do tak drastycznych
czynów posuwały skrzaty, które widziały jak ludzie znęcają się nad zwierzętami.
Z kolei zadowolony nisse dbał o zdrowie gospodarzy, czystość w domu i stodole,
a także potrafił przynosić różne drobne rzeczy od nielubianego sąsiada (i znów
te domowoje!). A jak można je było zadowolić? Podać sowitą owsiankę, tzw. julegrøt, najlepiej
tłustą, z dodatkiem masła – było to obowiązkowe danie, zwłaszcza w noc
przesilenia zimowego, czyli w Jul (Yule).
Nisse przetrwały
chrystianizację Skandynawii. Można w nich dopatrywać się pierwowzorów
krasnoludków (czerwona czapka i długa broda) oraz bożonarodzeniowych elfów. Duszki
przedstawiane są obecnie w Skandynawii jako pomocnicy Świętego Mikołaja (stąd
też jego różne imiona – Niels, Nicholas, Julenissen). Obecnie także
skandynawskie imię Nils jest zdrabnieniem do formy Nisse. Nie da się również
ukryć podobieństwa Nisse to wszelakiej maści krasnali ogrodowych. Nazwa tomte stała się również określeniem pracowitego
człowieka, który dba o swój dom a także osób, które bezinteresownie, niekiedy
potajemnie, pomagają innym.
Gdzie je najłatwiej
obecnie spotkać? Na przykład na bożonarodzeniowych promocjach w różnych sklepach:
Źródło: https://undershop.pl/ozdoby-wiszace/17050-recznie-robiony-szwedzki-wypchane-zabawki-santa-lalki-gnome-skandynawski-tomte-nordic-nisse-sockerbit-karzel-elf-ozdoby-do-domu.html, data odczytu: 17.12.2020
Źródło: https://laughingsquid.com/jolakotturinn-yule-cat-icelandic-legend/, data odczytu: 04.12.2020
Święta
to magiczne chwile dla wielu. To czas obdarowywania bliskich prezentami, zwierząt, które w Wigilię przemawiają ludzkim głosem, ubierania choinki... A także czas, w którym można zostać zjedzonym przez ogromnego i upiornego kota… Przynajmniej według Islandczyków. Dziś chciałbym przybliżyć na blogu opis tej bestii – przed Wami Jólakötturinn.
Jólakötturinn (Jólaköttinn),
czyli tłumacząc Julowy Kot (Yule to nordycka nazwa święta przesilenia
zimowego, a także współczesne określenie Bożego Narodzenia w krajach
skandynawskich), to zwierzę należące do Grýli, złowrogiej trollicy lub czarownicy z islandzkiego folkloru. Co roku w najdłuższą noc kot wielki jak dom wyruszał na łowy ze swojej górskiej kryjówki i zjadał tych, którzy w ciągu
minionego roku nie dostali nowego ubrania (przeto pamiętajcie – ciepłe skarpety muszą obowiązkowo znaleźć się w prezentach dla Waszych bliskich!). Dlaczego akurat kryterium ubioru
decydowało o dostaniu się do jadłospisu Jólakötturinna? By lepiej to zrozumieć,
musimy wyobrazić sobie surowy tryb życia osadników na Islandii. Ta wulkaniczna
wyspa położona jest na środku oceanu gdzieś na krańcu znanego świata, smagana silnymi
wiatrami i cechująca się niskimi
temperaturami północnego klimatu. Do tego małe zadrzewienie wyspy, lodowce i
aktywne wulkany. Nie brzmi to jak ciepły i przytulny kurort, a jednak od wielu
stuleci jest nieprzerwanie zamieszkana. Jednym z podstaw islandzkiej gospodarki
na przestrzeni wieków była hodowla owiec, zarówno na mięso jak i ze względu na
wełnę, z której następnie wytwarzano ubrania. I to właśnie ciepłe odzienie
pozwalało między innymi przetrwać w nieprzyjaznym arktycznym klimacie. Wyprodukowanie
nowych ubrań było więc jednym z elementów przygotowania się do nadchodzącej
długiej i ciemnej zimy. Tak więc groźba zjedzenia przez Jólakötturinna miała
motywować do pracy, zwłaszcza przy produkcji odzieży. Hodowcy mobilizowali w
ten sposób swoich pracowników – ci z nich, którzy spisali się przy wypasie
owiec, ich strzyżeniu, oraz przetwarzaniu wełny na koniec sezonu dostawali od
pracodawcy nowe ubranie. Z czasem islandzcy rodzice również zaczęli straszyć
leniwe dzieci wizją zjedzenia przez olbrzymiego kota. Jedynym wybawieniem było
bycie grzecznym i pracowitym przez cały rok, by zasłużyć na nowe odzienie (i tym samym na życie poza żołądkiem Jólakötturinna).
Źródło : https://society6.com/product/yule-cat1798947_print, data odczytu: 04.12.2020
Islandzki
poeta, Jóhannes úr Kötlum, napisał w 1932 roku wiersz poświęcony
Jólakötturinnowi. Poniżej znajdziecie moje tłumaczenie z islandzkiego na polski[1]:
Znacie Julowego Kota
- Kot ten jest zaprawdę ogromny.
Ludzie nie wiedzą skąd pochodzi,
ani dokąd odchodzi.
Otworzył szeroko swoje oczy,
oba świecące jasno.
Tylko dzielny człek
potrafił w nie spojrzeć.
Jego wąsy były ostre jak kolce,
grzbiet wygięty wysoko.
A pazury jego włochatych łap
były przerażające.
Machał swoim potężnym ogonem,
skakał, drapał, syczał.
Czasem w dolinie,
czasem na wybrzeżu.
Włóczył się do późna, głodny i zły,
w marznącym Julowym śniegu.
Trwożyły się serca
w każdym mieście.
Kto usłyszał okropne miauczenie,
temu przydarzało się coś złego.
Każdy wiedział, że on poluje na ludzi,
a nie na myszy.
Wybierał bardzo biednych,
tych, co nie dostali nowych ubrań.
Tych, co w Jul żebrali,
i byli w potrzebie.
Tym zabierał od razu,
całe świąteczne jedzenie.
I zjadłby ich także od razu,
gdyby mógł.
Dlatego właśnie kobiety
przędły na kołowrotkach.
Robiły kolorowe włókna
na sukienki i skarpety.
By Kot nie mógł przyjść
i porywać małych dzieci,
[dzieci] musiały zdobyć ubrania
każdego roku od dorosłych.
A kiedy nastawał Julowy Wieczór,
i Kot zaglądał do środka domów,
dzieci stały cicho i spokojnie,
w nowych ubraniach.
Niektóre miały nowe fartuszki,
inne nowe buciki,
lub jeszcze coś innego, potrzebnego
- cokolwiek nowego wystarczało.
Dlatego [Kot] nie mógł ich zjeść,
bo każde miało coś nowego,
więc zasyczał potwornie
i uciekł.
Czy on jeszcze istnieje, tego nie
wiem.
Ale jego wizyta byłaby daremna,
gdyby wszyscy następnym razem
mieli nowe ubrania.
Teraz może pomyślisz o dzieciach,
które potrzebują pomocy.
Być może znasz dzieci,
które nic nie mają.
Być może szukanie tych,
którzy żyją w świecie bez nadziei,
uszczęśliwi Cię
i zapewni Wesołe Jul.
Przytoczony
utwór ma jeszcze jedno przesłanie. Nie tylko pracowitość może uratować przed
Julowym Kotem. Także miłosierdzie i pomoc najbiedniejszym jest niezbędna. Niektórzy,
zwłaszcza biedne dzieci, nie mogą same polepszyć swojego losu. Jólakötturinn
jest w tej wersji metaforą biedy, która może się bardzo źle skończyć.
Źródło: https://www.iizcat.com/post/4373/The-Christmas-Cat-of-Iceland-a-giant-terrifying-cat-that-gobbles-up-children-if-they-039-re-bad, data odczytu: 04.12.2020
Podsumowując, jeśli dostaniecie
nowe skarpety pod choinkę, nie gardźcie nimi. Być może właśnie dzięki temu
podarunkowi ktoś uratował Wam życie przed Jólakötturinnem.
I na zakończenie do posłuchania piosenka Björk, bazująca na utworze Jóhannesa úr Kötluma:
[1]Jólakötturinn, Jóhannes úr Kötlum, 1932, źródło:http://johannes.is/jolakotturinn/, data odczytu: 04.12.2020
Mitologie
z całego świata opisują magiczne przedmioty i cudowne artefakty o
właściwościach, które wykraczały poza możliwości ludzi żyjących w starożytności
i średniowieczu. Dziś chciałbym przedstawić jeden z takich przykładów z mitologii nordyckiej – dzika imieniem Gullinbursti.
Gullinbursti (nord. Złotogrzywy) nazywany był także w
podaniach Slíðrugtanni (nord. Straszne Kły). Jego historia zaczyna
się, kiedy Loki podstępem nakłonił dwa rody krasnoludów do
współzawodnictwa. Kowale mieli stworzyć po trzy przedmioty, które zostaną
ocenione przez bogów. Asowie mieli zadecydować, który z krasnolodów może poszczycić się mianem najznakomitszych kowali we wszystkich Dziewięciu
Światach. Do zawodów stanęły dwie drużyny – synowie Iwaldiego oraz bracia Brokk
i Eitri. Dziś skupię się tylko na powstaniu Gullinburstiego, gdyż knowania Lokiego i sam konkurs to materiał na osobny artykuł.
Eitri stworzył łącznie trzy przedmioty. Do jednego z nich przygotował świńską skórę i rozpalił piec. Kazał swojemu bratu
pracować miechem. Przygotował także złote części, z których miał składać się
powstający zwierz[1]. Sierść Gullinburstiego miała być
złota i świecić w ciemności. Złotogrzywy został zbudowany, a więc był sztucznym tworem. Dodatkowo
przewyższał żywe dziki szybkością, doskonałym pływaniem i możliwością latania. Dziś powiedzielibyśmy,
że był robotem. Czy pieśni potwierdzają niesamowitą wyobraźnię skalda, który
wymyślił Gullinburskiego, czy też może jest to zapis istnienia starożytnej
technologii, która uległa zapomnieniu? To pytanie pozostawiam Wam do
przemyślenia.
Złotogrzywy był i
jest ciągle obecny w ludzkiej kulturze. Kiedy bóg Frej zszedł na ziemię, by nauczyć
ludzkość jak uprawiać rolę, to właśnie Gullinbursti pomagał mu swoimi kłami
wytłumaczyć, jak orać pole uprawne. W innej historii Frej miał na owym dziku przyjechać na
pogrzeb Baldura.
Źródło obrazka:https://pl.pinterest.com/pin/500321839834256537/?lp=true,
data odczytu: 13.04.2019.
W angielskiej miejscowości Benty Grange znaleziono hełm ze
zdobieniem w kształcie dzika. Motyw ten był powszechny zarówno wśród ludów nordyckich jaki i anglosaskich. Wśród skandynawskich wojowników wierzono, że
ozdabianie hełmów i tarcz symbolem dzika, miało przynieść szczęście w walce i
przychylność Freja – takie nakrycia głowy nosił legendarny Beowulfi jego załoga. Snorri Sturluson wymieniał nawet
specjalne określenie dla hełmów z zdobieniami w kształcie dzika – Hildisvíni (nord. Świnia Bitewna). Właścicielem Hildisvíniego według niego był wojownik imieniem Áli, a następnie szwedzki król Adlis,
który zabrał hełm z pola bitwy po śmierci Áliego[2].
W noc przesilenia
zimowego Yule, w Skandynawii składano Frejowi w ofierze właśnie dzika (rytuał
nazywany Sónarblót – Ofiara z dzika). Dzik był podawany
tradycyjnie z jabłkiem w pysku, oraz przyprawiany rozmarynem. Potrawa była na
tyle istotna w rytuale, że często wprowadzono ją przed samym królem do sali
biesiadnej. Kiedy danie zostało wniesione nad dzikiem śpiewano, kładziono na
nim dłonie i składano święte przysięgi. Zwyczaj ten zmienił się na przestrzeni wieków, jednak ślady po nim pozostały do dziś. W Szwecji z okazji Bożego Narodzenia podaje się szynkę tzw. Julskinka, stawia się dekoracje a nawet wypieka ciasteczka w kształcie świnek.
Źródło obrazka: https://skandihome.com/skandiblog/inspiration/this-little-piggy-the-story-of-the-swedish-christmas-pig/, data odczytu: 13.04.2019.
I na sam koniec mała ciekawostka językowa– staronordyckie
słowo svín mogło oznaczać dzika lub
świnię. Podobieństwo do polskiego odpowiednika i anglosaskiego swine jest uderzające.
[1] Gullinbursti, Źródło: http://www.norse-mythology.cba.pl/page,165,gullinbursti.html, data odczytu: 22.02.2019.
[2] The Boar, Źródło: http://thethegns.blogspot.com/2012/04/boar.html, data odczytu: 09.02.2019.
Źródło obrazka: https://westforkuu.org/2016/12/21/happy-yule/, data odczytu: 01.04.2019
Postanowiłem założyć
blog, który będzie zapisem mojego poznawania mitologii nordyckiej, Skandynawii
i epoki Wikingów. Tworząc blog zastanawiałem się, od czego najlepiej zacząć. I chyba nie ma lepszego punktu wyjścia niż zacząć od początku… Od początku
roku, nordyckiego.
W dawnych wiekach rytm
życia nadawała przyroda i zmieniające się pory roku. Czterema przełomowymi dniami były; przesilenie zimowe i letnie, równonoc wiosenna i jesienna. Przesilenie
zimowe przypada na 21/22 grudnia (różnie, w różnych latach) – jest to
najkrótszy dzień w roku. Od tego momentu dzień się wydłuża – Ludzie Północy
wierzyli, że Słońce odradza się. Nie bez przyczyny współcześnie święto Bożego
Narodzenia przypada na ten sam okres. W każdej religii moment „odrodzenia”
słońca utożsamiany był z narodzinami jednego z bogów (np. podczas zimowego przesilenia
miał przyjść na świat egipski bóg Ozyrys).
W mitologii nordyckiej święto Yule związane było z mitem o Baldurze. Był on
Asem, synem Odyna i Friggi. Kiedy zaczęły męczyć go sny o swojej śmierci, jego
matka kazała wszystkim istotom żywym przysiąc, że nie skrzywdzą jej syna.
Bogowie, ludzie, elfy, krasnoludy, zwierzęta, rośliny – wszyscy złożyli przysięgę. Jedna
tylko jemioła nie dała swojego słowa, jednak nikt się jej nie obawiał, ponieważ
jak taka niepozorna roślina miałby stanowić zagrożenie dla boga?
Gdy Asowie byli już
spokojni o los Baldura, wymyślili pewną zabawę. Sprawdzali, czy rzeczywiście
nic nie mogło zranić młodego boga. Rzucanie mieczami, czy strzelanie strzałami
zakończonymi stalowymi grotami nie przynosiło skutku, ponieważ nawet surowce,
jak metale, z których wykonana była broń, obiecały nie skrzywdzić Baldura. Loki,
bóg kłamstwa, dowiedział się jednak o jemiole, która nie złożyła przysięgi.
Postanowił to wykorzystać. Zrobił z jej gałązki strzałę i podarował ją
Hodurowi, bratu Baldura, który od urodzenia był niewidomy. Z powodu ślepoty,
nikt nigdy nie chciał dać Hodurowi broni, by ten nie zrobił sobie lub innym krzywdy. Hodur ucieszył się z otrzymanej strzały i postanowił ją
wykorzystać. Los chciał, że rzucona strzała z jemioły ugodziła Baldura, który
zmarł… Przepowiedziano jednak, iż po Ragnaröku, zmierzchu bogów, Baldur odrodzi się, tak samo, jak podczas
przesilenia zimowego odradza się słońce.
Mit ten wyjaśnia też zwyczaj przyozdabiania domów jemiołą. Innym zwyczajem, również
przejętym z dawnych epok jest noszenie przez kolędników gwiazdy – pierwotnie nie
była to Gwiazda Betlejemska, a właśnie odradzające się słońce. Dzieci niosąc
przez wieś ten symbol oznajmiały wszystkim, że każdy kolejny dzień będzie coraz
dłuższy.
Na koniec, nie
pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim czytającym zdrowych i spokojnych świąt, niezależnie, pod jaką nazwą je obchodzicie :)