Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyprawy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2025

Podróż Wulfstana do Truso


Źródło: https://www.ubogdana.net/blog/truso-osada-wikingow/, data odczytu: 01.02.2025


W IV wieku rzymski historyk rzymski historyk Paweł Orozjusz napisał Siedem Ksiąg Historii Przeciw Poganom. Księga ta uchodziła za wyznacznik, jeśli chodzi o opis świata, jeszcze w IX wieku. Przykładem może być przetłumaczenie jej na dworze Alfreda Wielkiego po roku 892, oraz włączenie do niej innych relacji, uzupełniających opis ówczesnego świata. Takim dodatkiem była historia Ottara, norweskiego podróżnika i kupca, który zawitał do Wessexu i opowiedział o swoich przygodach oraz o życiu w jego stronach. Innym włączonym źródłem jest historia Wulfstana, anglosaskiego handlarza, którą omówimy sobie właśnie dzisiaj.

Podróż Wulfstana miała mieć miejsce w podobnych latach, jak wyprawa Ottara, ok. 880-890 roku. Jednak w przeciwieństwie do Norwega, który przybył do Wessexu, Wulfstan udał się na daleki dla niego wschód, na wody Bałtyku. Na pewno zawitał do Hedeby w Danii, a następnie skierował się dalej, poza Półwysep Jutlandzki. Po tygodniu żeglugi, mijając szwedzką Skanię i Bornholm na północy, dotarł na ziemie germańskiego plemienia, którego nazywał Estami (od staroangielskiego éast oznaczającego wschód). Dalej opisywał, iż rzeka Wisła oddziela kraj Słowian na zachodzie od Witlandu, kraju Estów. Sam Zalew Wiślany zwał Zalewem Estyjskim i szacował jego szerokość na piętnaście mil. Z Zalewu płynąc rzeką Ilfing (dzisiaj znaną jako Elbląg) dotarł do portu w Truso (okolice Janowa pod Elblągiem właśnie). Było to wikińskie emporium, jedna z największych tego typu osad w okolicach Bałtyku. Tam zatrzymał się na jakiś czas. Ślady owej osady dla współczesnych odnaleziono dopiero w 1982 roku, podczas prac wykopaliskowych prowadzonych pod kierownictwem Marka Jagodzińskiego.

Dziś historycy spierają się, czy sam Wulfstan był rodakiem Alfreda Wielkiego, czy może Duńczykiem. Imię, oznacza Wilczy Kamień, jednak może być też zangielszczonym imieniem germańskim, a sam szlak do Hedeby nie wydawał się obcy podróżnikowi. Warto zwrócić uwagę również, iż jego podróż miała miejsce cały wiek po pierwszych najazdach wikingów na Anglię. Prze te dekady krew obu nacji mogła już się wymieszać. Być może też był więc w połowie Duńczykiem, w połowie Anglikiem (dla uproszczenia uznajmy, iż istniała wtedy taka narodowość).

Źródło: https://sv.wikipedia.org/wiki/Truso, data odczytu: 01.02.2025

Nie znamy też motywów, które kierowały dokładnie Wulfstanem. Być może była to zwykła wyprawa kupiecka do dalekiego portu w Truso. Być może pod pretekstem handlu miał zebrać informacje o wybrzeżu Bałtyku i żyjących tam plemionach. Być może też w imieniu Alfreda szukał sojuszników po drugiej stronie ziem Duńczyków i Norwegów, którzy dawali się we znaki władcy Wessexu.

Co jednak nie ulega wątpliwością, to iż dotarł do ujścia Wisły a dalej do Truso. Chętnym, i mającym możliwość, polecam wizytę w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu, gdzie tejże wikińskiej osadzie poświęcona jest bardzo bogata wystawa.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do grona Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 18 października 2024

Kościół Wang

 

Kościół Wang, 2021 rok, zbiory własne

Dzisiejszy temat dedykuję mojej Żonie, albowiem wiążą się z nim nasze wspólne wspaniałe wspomnienia z dnia  naszego ślubu J

Kiedy w X wieku wiara w nordyckich bogów mieszała się z chrześcijaństwem zaczął powstać charakterystyczny styl budownictwa sakralnego. Skandynawia obfitowała w drewno z bezkresnych lasów i właśnie ten budulec posłużył jako podstawę do tworzenia nowopowstających kościołów. Ich nazwa to stavkirke (norw. kościół słupowy), ze względu iż cała konstrukcja opiera się na drewnianych filarach. Jednak w Polsce lepiej znane są pod mianem kościół klepkowych. Jeden z nich w swojej kilkusetletniej historii zawędrował nawet do naszego kraju.

Szacuje się, iż takich kościołów powstało w średniowieczu około tysiąca. Do dziś dotrwało ich trzydzieści trzy. Konstrukcja opierała się na słupach, podtrzymujących jedną, lub w przypadku większych świątyń, trzy nawy. Ściany zbudowane były z drewnianych klepek a dach kryto gontem. W tym miejscu warto zaznaczyć, że chrystianizacja nie była procesem krótkim. Dawne wierzenia przez kilka stuleci przeplatały się z nową religią. Widać to dobrze w działaniach króla Magnusa VI Prawodawcy, który już jako chrześcijanin wprowadził w 1276 roku do kodeksu karnego zapis, iż obudzenie śpiącego trolla będzie surowo karane… Wpływy nordyckich wierzeń widać także w kościołach. Przykładem może być kościół klepkowy w Borgund, którego ściany zostały udekorowane przez pewnego Norwega następującymi runami:

Þórir wyrył te runy w wigilię mszy [w dzień świętego] Olausa (Olafa), kiedy przechodził obok. Norny odmierzają dobro i zło. Mi dały wielką udrękę.

Sama architektura kościołów również odzwierciedlała dawne wierzenia i tradycje. W kościołach klepkowych nie brakuje podobizn wikińskich wojowników czy zdobień w kształcie mitologicznych smoków.

Kościół Wang, 2021 rok, zbiory własne

Świątynia, którą chciałem dziś omówić powstała na przełomie XII i XIII wieku. Zbudowano ją w miejscowości Vang nad jeziorem Vangsmjøsa, w rejonie Oppland. Materiał, który posłużył do stworzenia konstrukcji to drewno sosnowe. W pierwszej połowie XIX wieku był zbyt mały na potrzeby miejscowej parafii – liczba wiernych przewyższała tą, którą mogły pomieścić ściany tej świątyni. Był również podniszczony. Pochodzący z Bergen malarz Jan Krystian Dahl od 1826 roku próbował ratować kościół, uważając go za ważny zabytek średniowiecznej architektury. Namawiał parafię do jego naprawy oraz rozbudowy na potrzeby powiększającej się wspólnoty. Dahl, który był piastował stanowisko profesora w Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie, odwiedził miejscowość Vang w 1839 roku. Ku jego zdziwieniu świątynia dalej stała, pomimo iż budowa nowego kościoła została ukończona. Zaczął więc szukać innego miejsca, gdzie można by przewieźć elementy budowli i postawić ją na nowo. Najpierw jego działania ograniczały się do innych parafii i terenów w Norwegii, takich, jak park w Bogstad, należący do generalnego gubernatora Hermana Wedela Jarlsberga. Dahl próbował także kupić budynek za swoje pieniądze. Ostatecznie zaczął namawiać króla Prus, Fryderyka Wilhelma IV, do zakupu kościółka. Władca za równowartość 427 ówczesnych marek dokonał zakupu, z zamiarem przekazania budowli najpierw do Poczdamu, a później do muzeum w Berlinie.

Zaczęto przygotowania do wielkiej podróży kościoła. Kierownictwo nad projektem powierzono niemieckiemu architektowi Franzowi Wilhelmowi Schiertzowi. To on skrupulatnie tworzył rysunki budowli, dokumentował i oznaczał każdą rozbieraną część.

W 1841 roku świątynię rozebrano i w skrzyniach przewieziono z portu Lærdalsøyri do Szczecina, a następnie do Berlina. Budynek nie został jednak tam ponownie złożony, gdyż hrabina Fryderyka von Reden namówiła króla do postawienia go w Brückenbergu, obecnie Karpaczu. Przekonywała, iż miejscowość nie miał kościoła, a najbliższe były w Miłkowie i Kowarach. Rok później skrzynie z elementami budowli zostały przewiezione na Śląsk, drogą lądową jak i wodną, korytem Odry. Miejsce, w którym obecnie stoi zostało starannie wybrane, by znajdować się w równej odległości do Borowic, Budnik i Wilczej Poręby.

Kościół Wang, 2015 rok, zbiory własne

Niestety, wcześniejsze zniszczenia oraz transport nie służyły częściom. Szacuje się, że tylko siedem procent pierwotnych elementów nadawało się do użycia – resztę odtworzono i zrekonstruowano na podstawie rysunków oryginalnego kościoła. Konstrukcję oparto na czterech oryginalnych kolumnach. Zachowano pierwotny styl budownictwa i jak w oryginalnej konstrukcji nie użyto gwoździ. Kamień węgielny położono 2 sierpnia, podczas uroczystego rozpoczęcia prac budowlanych, któremu przyglądał się osobiście sam król Fryderyk. Miejscowi stolarze, którzy nie widzieli nigdy wcześniej na oczy kościołów klepkowych, dokonali niemożliwego, odtwarzając zniszczone i brakujące elementy w pierwotnym, skandynawskim stylu. Jedynym elementem, który nie został zrekonstruowany była płaskorzeźba znajdująca się nad sufitem na chórze. Dobudowano także kamienną dzwonnicę, która nie była oryginalnym elementem świątyni. Zachowano nawet runiczny napis, znajdujący się na bocznych drzwiach kościoła - Eindriði skar, mjáfingr, sonr Ólafs á Ló (nord. Eindrði rzeźbił, chudy palec [zapewne jego przydomek], syn Ólafa Złego). Całkowity koszt rekonstrukcji wyniósł 75 tysięcy ówczesnych marek, o wiele więcej, niż pierwotna cena kupna. I tak oto świątynia Wang stanęła w Karpaczu, a jej uroczyste poświęcenie miało miejsce 28 lipca 1844 roku.

Pomimo wielu zawirowań kościół Wang przetrwał próbę czasu i długie podróże. Dziś uważany jest za najchętniej odwiedzany kościół klepkowy na świecie i jedną z głównych atrakcji Karpacza. Na dziedzińcu kościoła można zobaczyć epitafium wzniesione na cześć hrabiny Fryderyki von Reden, a po drugiej stronie zabytkowy cmentarz ewangelicki, na którym pochowany jest m.in. Tadeusz Różewicz. W kościele można wziąć ślub, zarówno w obrządku ewangelickim, jak i rzymskokatolickim. Świątynia nazywana jest Kościołem Szczęśliwych Małżeństw.

Na sam koniec tradycyjnie chciałbym zachęcić do polubienia mojego profilu na Facebooku, a także do udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do szerszego grona Czytelników. A jeśli jesteś w stanie wesprzeć rozwój mojego bloga finansowo, zapraszam do dołączenia do Patronów, wzorem Piotra Brachowicza.

piątek, 4 czerwca 2021

Càirn

Park Narodowy Trollheimen w Norwegii
Zbiory własne

Wędrując po leśnych czy górskich szlakach można co jakiś czas zobaczyć namalowane oznaczenia trasy. Mogą to być znaki na korze drzew, budynkach lub na tabliczkach. Co jednak w sytuacji, gdy znajdujemy się w surowym, arktycznym klimacie, teren jest płaski i nie ma na nim żadnych szczególnych punktów orientacyjnych? Ludzkość znalazła sposób by oznaczać drogi w takich miejscach już w prehistorii, tworząc proste budowle z kamienia. Mowa tu o konstrukcji, która w języku gaelickim nazywa się Càirn, co prawdopodobnie pierwotnie oznaczało Róg

Càirny były budowane przez różne kultury, jednak ich konstrukcje są do siebie bardzo podobne. To starannie ułożone na sobie kamienie, tworzące charakterystyczne kopczyki lub wieżyczki. Mogły być uszczelniane piaskiem, mułem rzecznym lub gliną. Niektóre z nich mogły zawierać inne elementy dekoracyjne, mieć wyżłobione otwory lub być pomalowane kolorowymi farbami. Pełniły różne role, nie tylko drogowskazów. Mogły być ustawione w ważnych dla danej religii miejscach, przez co można było je uznać za kapliczki. Zdarzały się także Càirny ustawione w miejscach pochówków ważnych ludzi w lokalnych społecznościach. Niektóre z nich wskazywały miejsca obserwacji astronomicznych. Mogły także wyznaczać granice terytorialne, grunty gospodarstw lub określać tereny łowieckie. Większe kopczyki usytuowane na linii brzegowej, na małych wysepkach lub mieliznach miały z kolei sprawiać, że wybrzeże oraz płytkie wody będą lepiej widoczne z powierzchni statków. 


Jak już wspominałem, konstrukcje były używane przez rożne kultury, co wiąże się z ich różnym nazewnictwem. I tak dla przykładu dla Innuitów są to Inuksuki lub Inunnguaqi, czyli Imitacje Ludzi, ludy południowogermańskie nazywały je Steinmenn, co znaczyło Kamiennymi Ludźmi, a Włosi używali nazwy Ometti co znaczyło Mali Ludzie.

Kopczyki ustawiane ze względów religijnych nosiły w Skandynawii nazwę Hörgr. Budowane je na wzniesieniach i składano przy nich ofiary. Współcześnie śladów po nich można dopatrywać się w nazwach miejscowości, takich jak Harg, Hargan, Hörgá lub Hörgsdalur. Współcześnie takie kopczyki nazywane są przez Norwegów Varde (nord. Varðr), a wśród Szwedów znane są pod nazwą Kummel.

Odpowiednie ułożenie kamieni mogło nie tylko zapewniać o przebywaniu na właściwym szlaku, ale także wskazywać jego kierunek do następnego punktu. Przykładowo, w górskich terenach Ameryki Północnej Càirny układa się w taki sposób, by niektóre z kamieni tworzyły jakoby dziób – kierunek trasy. Stąd wśród Amerykanów konstrukcje znane są również pod nazwą Duck lub Duckies (ang. Kaczka). Należy jednak pamiętać, że niektóre kamienie mogły znaleźć się w podobnym ułożeniu przypadkiem, dlatego też wśród przemierzających amerykańskie góry turystów znane jest powiedzenie Two rock do not make a duck (ang. Dwa kamienie nie czynią kaczki).

Jedna z teorii mówi o ciekawym zastosowaniu Càirnów w rolnictwie i  ich wpływie na posadzone rośliny. Kamienie mogły być stawiane celowo nie tylko na granicach pól, ale i przy uprawach, w celu ochrony przed przymrozkami. Nagrzane w dzień światłem słonecznym skały powoli traciły ciepło w nocy. Niewielkie podniesie temperatury przy oddawaniu ciepła mogło mieć zbawienny wpływ na rośliny zwłaszcza w północnej części Europy, gdzie klimat jest bardziej surowy.


I na konie ciekawostka. W 2010 Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbyły się w Kanadzie. Logiem zawodów został… Inuksuk, czyli inuicki Càirn.

 Jeśli podoba Ci się, to co tworzę - wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do polubienia mojego profilu na Facebooku. Na koniec chciałbym podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi, a także grupie przyjaciół, z którymi odwiedziłem Norwegię w lipcu 2018 roku - wszystkie zamieszczone dziś  zdjęcia pochodzą właśnie z tej wyprawy (tak, także to z typowym, lipcowym śniegiem).

czwartek, 9 lipca 2020

Garść ciekawostek o Szwecji

Flaga Szwecji
Źródło obrazka: https://aer.eu/together-with-stockholm/sweden-flag-wallpaper-wallpaper-1/,
data odczytu: 09.07.2020

Wszyscy zapewne zastanawiają się, jak będzie wyglądało podróżowanie i urlopy w czasach epidemii koronawirusa i po niej. Przesunięte terminy wyjazdów, zmienione rezerwacje, kwestie finansowe… Najbliższy czas na pewno nie zapowiada się bezproblemowo. Dlatego chciałbym pomóc Wam na chwilę oderwać się od rzeczywistości i przenieść się chociaż wirtualnie do Skandynawii. Zapraszam do luźnego tematu na temat Szwecji.


Źródło obrazka: https://pl.wikipedia.org/wiki/Scania,
data odczytu: 09.07.2020

Ciężarówki Scania, tak liczne na polskich drogach, pochodzą ze Szwecji. Firma Scania Aktiebolag powstała w Malmö już w XIX wieku. Nazwa pochodzi od szwedzkiej prowincji Skania, której siedzibą władz jest właśnie Malmö. Logo marki również nawiązuje do herbu regionu.

Źródło obrazka: https://allthatsinteresting.com/old-tjikko,
data odczytu: 09.07.2020

Jednym z pretendentów do tytułu najstarszego żyjącego drzewa świata jest świerk pospolity o imieniu Old Tjikko. Rośnie w Szwecji a jego wiek określa się na 9,5 tysiąca lat! Przypuszcza się, że swój wiek zawdzięcza chłodnemu, konserwującemu klimatowi oraz procesowi podobnemu do klonowania – obumarłe pędy są zastąpione nowymi o tych samych genach.

Źródło obrazka: https://www.udiscovermusic.com/stories/abba-eurovision-performance-waterloo/,
data odczytu: 09.07.2020

Członkowie szwedzkiego zespołu Abba słynęli z noszenia ekstrawaganckiej odzieży. Powodem była nie tylko chęć wyróżnienia się. W latach 70. i 80. szwedzkie prawo podatkowe pozwalało artystom na odliczenie kosztów ubrań do występów, o ile nie nadawały się one do codziennego noszenia w przestrzeni publicznej.

 Źródło obrazka: https://www.travellens.co/best-things-to-do-in-stockholm-sweden/,
data odczytu: 09.07.2020

Stolica Szwecji, Sztokholm, nazywana jest Wenecją Północy. Obszar samego miasta leży na 14 wyspach, które łączą 53 mosty, a cały obszar stołeczny to ponad 24 tysiące wysp i skał wystających z morza. Sama nazwa także nawiązuje do tego terenu – Stock oznacza Belkę a Holme to Wyspa. Drugi człon jest zrozumiały, a pierwszy? Otóż w cieśninie Norrström, nad którą leży miasto, znaleziono wbite w dno belki, ścięte na przełomie X i XI wieku – zapewne pozostałości nabrzeża lub falochronu.

Źródło obrazka: https://www.guidebook-sweden.com/en/guidebook/destination/trelleborgen-viking-fortress-in-trelleborg,
data odczytu: 09.07.2020

Wybierając się do fortu w Trelleborgu należy uważać, by… Nie pomylić kraju. Takie  wikińskie skanseny znajdują się zarówno w Danii, jak i Szwecji. Skąd podobieństwo? Otóż nazwy pochodzą od słów Thrall czyli Niewolnik oraz Borg oznaczającego Fort. W Epoce wikingów okrągłe fortyfikacje były wznoszone tanią (bardzo tanią) siłą roboczą niewolników, czemu zawdzięczają swoje późniejsze nazwy.

Źródło obrazka: https://en.wikipedia.org/wiki/Trollskogen,
data odczytu: 09.07.2020

Trollskogen, to niesamowite miejsce na szwedzkiej wyspie Olandia. Nazwa oznacza Las Trolli – pnie drzew w nim rosnących są powyginane w nienaturalny sposób. Miejscowi wierzą, że to za sprawką trolli, które powykrzywiały rośliny.

Źródło obrazka: https://en.wikipedia.org/wiki/%C3%98resund_Bridge,
data odczytu: 09.07.2020

Szwedzkie Malmö i duńską Kopenhagę łączy most Øresundsbron. Most ma prawie 8 kilometrów długości i biegnie nad bałtycką cieśniną Sund. W połowie schodzi na sztuczną wyspę Peberholm by następnie… zmienić się na kolejne 3,5 kilometra w tunel pod morzem. Cała konstrukcja ma prawie 16 kilometrów długości.

Zbiory własne, 2007 rok

World Trade Center kojarzy nam się przede wszystkim z dwiema zniszczonymi wieżami w Nowym Jorku. Jednak podobnych kompleksów jest ponad 300 w różnych krajach, a jeden z nich stoi w Malmö.

Źródło obrazka: https://medium.com/@theindianrishi/seat-belt-mechanism-a-gift-by-volvo-b2708af29a9f,
data odczytu: 09.07.2020

Obecność pasów bezpieczeństwa w każdym samochodzie zawdzięczamy Szwedom. Pierwszą firmą, która wprowadziła pasy jako standard, a nie dodatkową opcję w pojeździe, była szwedzka firma SAAB (1958). Były to jednak pasy trzymające tylko klatkę piersiową. Trzypunktowy pas bezpieczeństwa znany obecnie wymyślił Nils Bohlin dla firmy Volvo (1959).

piątek, 26 czerwca 2020

Maskonury zwyczajne - Morskie Papugi

Maskonur wychodzący z norki
Zdjęcie nadesłane od przyjaciela


Kiedy w 2017 roku odwiedziłem wyspę Skellig Michael, ten samotny ląd na oceanie, oraz znajdujący się na nim klasztor, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Dzień wcześniej w miejscowości Portmagee widziałem wiele lokalnych pamiątek. Część z nich przedstawiała nietypowe ptaki – maskonury. Jednak dopiero kiedy odwiedziłem wyspę, mogłem przekonać się na własne oczy, jak ciekawe to zwierzęta.

Maskonury należąc do rodziny alk, a konkretnie do rodzaju Fratercula. Nazwa może wydawać się znajoma, ponieważ Frater to określenie Brata Zakonnego/Mnicha. Może to nawiązywać do pustelniczego życia maskonurów na skalistych wyspach (jak na klasztornej wyspie Skellig Michael) albo do ich czarno-białego upierzenia, które przypominało komuś żyjącemu w średniowieczu habity mnichów. Do rodzaju należą trzy gatunki; maskonur zwyczajny (łac. fratercula arctica), maskonur złotoczuby (łac. fratercula cirrhata) oraz maskonur pacyficzny (łac. fratercula corniculata). Na naszym kontynencie występuje tylko pierwszy, pozostałe dwa zamieszkują północne wybrzeża Pacyfiku. Maskonura zwyczajnego można spotkać również na Grenlandii oraz w Amerycne Północnej. Część populacji migruje na zimę na południe – wtedy te ptaki wędrują także do Polski (zachodnie wybrzeże Bałtyku) a niektóre docierają nawet na Wyspy Kanaryjskie. W Polsce znajdują się pod ścisła ochroną.

Odpoczynek
Zdjęcie nadesłane od przyjaciela

Jeśli chodzi o ich wygląd - są to małe ptaki, o długości ciała ok. 30 cm i rozpiętości skrzydeł 50-60 cm. Ich waga, w zależności od miejsca występowania, mieści się w przedziale 300-600 g. Zauważono, że najcięższe maskonury żyją na Islandii. Zarówno samce jak i samce są tak samo ubarwione i ciężko je rozróżnić. Pomarańczowe łapki posiadają błony, pomocne przy pływaniu. Czarny grzbiet i skrzydła kontrastują z białym brzuchem. Oko otoczone jest charakterystyczną linią, która sprawia wrażenie posiadania przez zwierzaki długich rzęs. Najbardziej charakterystyczną cechą tych ptaków jest jednak ich wielokolorowy, pasiasty dziób przechodzący w żółtą narośl u swojej nasady. To właśnie przez te barwy maskonury nazywane są także Morskimi Papugami lub Klaunami Morza. Kolory dzioba stają się bardziej żywe w okresie godowym.

Dzikie maskonury dożywają 20-25 lat, chociaż rekordzista osiągnął imponujący wiek aż 36 wiosen! Skończywszy 3 rok życia dobierają sobie partnerów, z którymi wiążą się na całe życie. Stałym elementem ich zalotów jest stawanie naprzeciw partnera i kiwanie głową na boki oraz wspólne żywiołowe ocieranie się dziobami, podczas którego wydają z siebie gardłowe gruchanie. Wiosną poszukują dogodnych miejsc na gniazdo na skalistych wybrzeżach lub na wyspach. Izolacja, jaką dają wyspy, zapewnia bezpieczeństwo przed licznymi lądowymi drapieżnikami. Nie wiją jednak gniazd, jak większość ptaków, ale wykopują długie norki, sięgające od 1 do 2 metrów pod ziemię. Mogą wykorzystywać już istniejące jamy, także te należące do innych zwierząt, lub naturalne szczeliny skalne. Samica składa jedno jajo podczas lęgu, które następnie doglądane jest przez obu rodziców. Jajo jest białe, czasami zabarwione ciemniejszymi plamkami. Co również charakterystyczne dla maskonurów, to fakt, iż jajka nie są wysiadywane. Rodzic leży w podziemnym gnieździe obok jaja, które przykrywa skrzydłem. Po niecałych sześciu tygodniach wykluwa się młode, które nazywane jest na Wyspach Brytyjskich pieszczotliwie puffling (maskonur po angielsku to puffin). Pisklę przypomina ciemnego kurczaka z białym brzuszkiem. Przez kolejne sześć tygodni jest karmione przez obydwoje rodziców. Z początku ryby podawane są prosto do dzioba malucha, a następnie upuszczane na ziemię, by samo nauczyło się jeść. Nauka chodzenia i podnoszenia drobnych kamyków (co okaże się przydatne w dorosły życiu) rozpoczyna się już w norce. Dorastając, jego upierzenie przechodzi od biało-szarych barw do kolorów charakterystycznych dla dorosłego osobnika. Następnie młode opuszcza gniazdo i zdarza się, że kolejne lata nieprzerwanie spędza na otwartym morzu. Pierwsze wyjście z domu ma miejsce najczęściej w nocy, kiedy inne drapieżne ptaki nie polują. Młody i samodzielny maskonur zarówno żeruje jak i śpi na falach oceanu. Ciemne upierzenie pozwala wtopić mu się w kolor głębin morskich, zapobiegając wypatrzeniu przez o wiele większe mewy, podczas gdy biały brzuch od spodu jest mniej widoczny dla drapieżnych ryb i fok. Tym sposobem maskuje się na otwartym morzu zarówno od góry, jak i od dołu (podobne biało-czarne ubarwienie u pingwinów służy temu samemu celowi).

Ciekawski i przyjazny maskonur
Zbiory własne

Maskonury polują głównie na oceaniczne ryby. Są zarówno świetnymi lotnikami jak i nurkami. W pościgu za zdobyczą potrafią zejść na głębokość 60 metrów pod powierzchnią wody! Pływając posługują się zarówno swoimi błoniastymi łapkami, jak i skrzydłami. W powietrzu rozwijają prędkość do 88 km/h. Ich lot jest charakterystyczny, ponieważ w przeciwieństwie do większości ptaków często nie podkurczają swoich łapek. Podczas polowania, gdy schwytają rybę, przytrzymują ją językiem oraz ząbkami, pozostawiając dziób otwarty, by móc dalej polować. Jednorazowo potrafią złapać, przytrzymać i przenieść od kilku do nawet dziesięciu ryb. Ponieważ są ptakami morskimi, mają dużą styczność z solą, której nadmiar usuwany jest z ciała poprzez gruczoły solne znajdujące w okolicy nozdrzy. Jako jedyne spośród morskich ptaków używają prowizorycznych narzędzi, mianowicie patyków, do drapania się po grzbiecie.

W naturalnym środowisku głównym zagrożeniem dla maskonurów są o wiele większe mewy, które potrafią upolować je nawet w locie. Należy także zaznaczyć, że jako ptaki przebywające dużo na lądzie i budujące podziemne gniazda, są narażone na ugryzienia kleszczy i pcheł. Niektóre osobniki żyją z kilkudziesięcioma wgryzionymi w siebie insektami. Sporym zagrożeniem jest również człowiek, który poluje na same ptaki, jak również na ryby, czyli ich główny pokarm, a także zatruwa ich środowisko. Polowania maskonurów doprowadziły do prawie całkowitego wytępienia tych ptaków na Islandii na przełomie XIX i XX wieku. Jednak wprowadzony później 30-letni okres ochronny i regulacje łowieckie pozwoliły kolonii odtworzyć się. Dziś Islandia to największa siedziba morskich papug. Niestety w innych częściach świata sytuacja nie wygląda tak dobrze i wiele kolonii pomniejsza się. Szacuje się, że w drugiej połowie XXI całkowita populacja maskonurów arktycznych może spaść o połowę. 

Jedna z norweskich ras psów nazywa się Norsk Lundehund. Wyhodowano go specjalnie do polowania na maskonury w ich norach oraz na te, które po opuszczeniu gniazda nie zdążyły jeszcze dobiec do wody. Sama ich nazwa oznacza w wolnym tłumaczeniu Norweski Pies na Maskonury.

Bezpieczna kolonia
Zbiory własne

Zatruwanie środowiska przez człowieka również wpływa na ptaki, które zimują na otwartym morzu. Wycieki ropy, w którym mogą być skąpane maskonury, obniżają ich odporność na temperaturę, co wpływa na ich wytrzymałość. Należy także pamiętać, że lepka ciecz skleja piórka, co utrudnia lot i pływanie. Nie można również zapomnieć o wpływie zanieczyszczenia na ich pokarm oraz spowodowanych tym czynnikiem zatruciach pokarmowych. Katastrofa tankowca Torrey Canyon w 1967 roku spowodowała śmierć 85% francuskiej populacji maskonurów.

Maskonury cieszą się dużą popularnością wśród ludzi północy. Na norweskich Lofotach co roku odbywa się Lundefestivalen, a więc dosłownie Festiwal Maskonurów. Wierzono także, że maskonury to duchy marynarzy zmarłych na oceanie, którzy powrócili do świata śmiertelników. Monety, znaczki pocztowe z różnych krajów, wspomniane wcześniej pamiątki – maskonury goszczą na wielu wytwarzanych przez człowieka pamiątkach. W 2015 roku powstała również kreskówka Wyspa Puffinów, której tytuł nawiązuje do angielskiej nazwy ptaków.

Maskonur witających turystów na lotnisku w Keflaviku
Autorzy: Natalia i Michał Dworniczakowie

Miejscem, które już polecałem do odwiedzenia, jest wyspa Skellig Michael. Oprócz niesamowitego położenia samego lądu i znajdującego się na nim klasztoru, można tam zawitać właśnie by podziwiać maskonury w ich naturalnym środowisku (Skellig Michael objęte jest rezerwatem). W tym celu polecam wycieczki organizowane na przełomie maja i czerwca z pobliskiego Portmagee. Jeśli sytuacja na świecie się uspokoi, zachęcam do czatowania na bilety w przyszłym roku w kwietniu - bilety na kilka miesięcy wprzód znikają w ciągu kilku dni!

niedziela, 6 października 2019

Newgrange - Sí an Bhrú

Newgrange.

Ostatnio przypomniało mi się miejsce, które odwiedziłem z przyjaciółmi w 2017 roku. Zastanowiło mnie, czy wiedząc z jak starą budowlą miałem do czynienia, znajdę ją w Internecie. Spróbowałem wyszukać więc frazę The oldest buildings (ang. Najstarsze budynki). Pierwsze zdjęcie, jakie się wyświetliło przedstawiało piramidę z Gizy – największa z nich jest datowana na około 2560 r p.n.e. Spróbowałem wyszukać inną frazę – The oldest monuments (ang. Najstarsze Monumenty/Zabytki). Pierwszy obrazem było z kolei Stonehenge w Anglii, datowane na około 2900 r p.n.e.. Ale już wśród dalszych wyszukiwani pojawił się obiekt, który mnie interesował i przebija wiekiem dwa wcześniejsze – mowa o irlandzkim Newgrange, datowanym na około 3200 r p.n.e.!

Wróćmy na chwilę do 1699 roku, do leżącego we wschodniej Irlandii, w dolinie rzeki Boyne (irl. Abhainn na Bóinne) hrabstwa Meath. Charles Campbell, właściciel terenu, na którym znajduje się monument, nakazał swoim ludziom pozyskać kamień do budowy. Robotnicy natrafili na wzgórze, w którym znaleźli długi korytarz, początkowo uznając go za jaskinię. Wkrótce obiekt przykuł uwagę kolekcjonerów sztuki. W korytarzu znaleziono ludzkie szczątki, kości zwierząt, neolityczne koraliki, kościane narzędzia i kawałki szkła. XVIII wiek przyniósł dokładniejsze przebadanie terenu, skatalogowanie wszystkich kamieni, które pozostały oraz rzeźb. Zaczęto snuć różne teorie. Niektóre z nich zakładały, że monument powstał w epoce brązu, inne że dopiero w średniowieczu. Pojawiały się twierdzenia, że rdzenne ludy Irlandii nie potrafiłyby wznieść tak wielkiego monumentu. Niektórzy twierdzili nawet, iż Newgrange jest dziełem… Starożytnych Egipcjan. Inna z tez przypisywała budowlę wikingom, którzy najeżdżali te tereny od VIII wieku. Jednak wikingowie łączą się z obiektem w inny sposób. W IX wieku monument został splądrowany, co pokrywa się z czasem wikińskich najazdów. Newgrange w obecnym kształcie zostało odbudowane po wykopaliskach z drugiej połowy XX wieku. Warto tu zaznaczyć, że kamienie otaczające wejście nie są oryginalne i nie stanowiły pierwotnego elementu budowli.

Wejście do grobowca.

Newgrange było używane jako grobowiec lub miejsce kultu przez wiele wieków. Wokół niego znaleziono ślady pochodzące z epoki żelaza, inne utworzone kręgi, a także drobne przedmioty (najbardziej egzotycznym z nich jest naszyjnik wykonany z rzymskich monet). Później zostało jednak na kilkanaście stuleci zapomniane. Szczątki zwierząt, które znaleziono w środku również pochodzą z różnych epok – dla przykładu, kości królików nie mogą być starsze niż 800 lat, gdyż te zwierzęta zostały sprowadzone do Irlandii dopiero w XIII wieku.

Newgrange (irl. Sí an Bhrú) nie jest jedynym grobowcem w okolicy. Wchodzi w skład kompleksu neolitycznych budowli zwanych Brú na Bóinne, które znajdują się w dolinie Boyne. Inne kurhany należące do kompleksu to Dowth (irl. Dubhadh) oraz Knowth (irl. Cnobha). Ponadto w pobliżu znajduje się ponad trzydzieści innych kopców, wiele śladów osad ludzkich, menhirów i kamiennych kręgów. Brú na Bóinne zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1993 roku.

Newgrane jest wielkim owalnym grobowcem o średnicy około 80 metrów (średnica waha się od 76 do 85 metrów) i wysokości 12 metrów. Zbudowany został jako warstwowy kopiec, w którym naprzemiennie ułożono glinę wydobytą z rzeki, ziemię oraz kamienie. Materiał, który posłużył do budowli kurhanu pochodził z pobliskiej rzeki Boyne, ze wschodniego wybrzeża Irlandii a nawet z gór takich jak Mourne (ciemniejszy granodiorit) czy Wicklow (biały kwarc) - oba pasma górskie oddalone są od Newgrange o około 100 kilometrów. Transport z tak odległych miejsc mógł się odbywać zapewne drogą wodną. Boczne ściany to mury zbudowane z ciasno ułożonych i uszczelnionych kamieni, podczas gdy pokrywa kopca jest warstwą ziemi porośniętą trawą. Warto zaznaczyć, że sklepienie zostało tak szczelnie zbudowane, iż nawet po pięciu tysiącleciach nie przepuszcza wody deszczowej do znajdujących się w środku komór. Wejście do kurhanu jest skierowane na południowy wschód. Do środka prowadzi korytarz długi na 19 metrów który kończy się rozgałęzieniem w stronę trzech komór grobowych. Ściany pomieszczeń wykonane są z wielkich kamiennych płyt wysokie na około półtorej metra. Wagę wszystkich kamieni użytych do budowli Newgrange szacuje się na ponad 100.000 ton. Wiele kamieni jest zdobionych wzorami spiralnymi (tzw. Triskeliony celtyckie, czyli kilka warstw zakręconych wokół siebie wirów), falistymi liniami i wydrążonymi otworami. Archeolodzy przychylają się do tezy, iż większość wzorów powstała na kamieniach przed ich transportem. Sposób budowy monumentu przypomina wiele innych obiektów zarówno z Irlandii jak i spoza wyspy, np. kamienne konstrukcje w Carrowmore… Ale to już temat na inny dzień.

Newgrange widziane z południowego brzegu rzeki Boyne.

Wracając do Newgrange muszę stwierdzić, że niestety nie ma zgodności co do tego, w jakim celu zbudowano monument. Domniemane komory grobowe i ludzkie szczątki wskazują na fakt, iż rzeczywiście było to kurhan. Podczas mojej wizyty w Newgrange przewodnik powiedział, że po wejściu do środka nie wolno robić zdjęć, by nie zakłócać spokoju zmarłych. Tak więc to przekonanie jest ciągle żywe wśród ludzi. Są jednak i inne teorie. Celtowie wierzyli, że Sí an Bhrú było domeną ich głównego bóstwa, Dagdy. Wspominałem również, że wyjście grobowca jest skierowane na południowy wschód. W dniu przesilenia zimowego, dwa dni wcześniej oraz dwa dni później, przed godziną 9:00 światło słoneczne wpada przez otwór nad wejściem i dociera do komnaty na samym końcu korytarza, rozświetlając ostatnią komorę na około kwadrans. Pierwszy raz zjawisko to zostało zauważone podczas prac wykopaliskowych 21 grudnia 1967 przez profesora Michaela J. O’Kelly’ego. Tak więc prehistoryczni budowniczy mieli znakomitą znajomość astronomii i potrafili dostosować budowlę do roku słonecznego. Czy był to więc grobowiec, siedziba bogów a może obserwatorium astronomicznym? A może konstrukcja w założeniu jej twórców łączyła te wszystkie funkcje? Wykluczyć na pewno można budowę do celów mieszkalnych, gdyż wnętrze jest naprawdę ciemne, a sklepienia tuneli i komór nie są okopcone. Na bazie tego można stwierdzić w środku nie rozpalano ognia, ani nie przygotowywano posiłków.

Chciałbym jeszcze przytoczyć ciekawe spostrzeżenia profesora O’Kelly’ego, który w jako pierwszy po tysiącach lat zaobserwował rozświetlenie wnętrza Newgrange w dniu przesilenia zimowego[1]

Byłem tam całkowicie sam. Na drodze nie było żadnej żywej duszy. Kiedy wchodziłem do grobowca, wiedziałem, że jest szansa zobaczenia wschodu słońca, ponieważ tego dnia niebo było czyste.

Słońce wstało za rzeką Boyne i po czterech minutach pierwsze promienie wpadły przez otwór nad wejściem do grobowca:

Byłem dosłownie oszołomiony. Snop światła był cienki jak ołówek i zaczął rozszerzać się do sześciu cali. Od podłogi odbijało się tyle światła, że mogłem chodzić w środku bez lampy i unikać uderzenia się o kamienie. Było tak jasno, że mogłem zobaczyć sklepienie dwadzieścia stóp nad sobą. Spodziewałem się usłyszeć głos albo poczuć chłodną dłoń na moim ramieniu, ale panowała tylko cisza. A potem, po kilkunastu minutach promień światła zwęził się, gdy słońce przesunęło się na zachód i znów zapadła ciemność.

Profesor Kelly wracał co roku do Newgrange, by obserwować przesilenie. Utwierdził się w przekonaniu, że otwór nad wejściem został zaprojektowany celowo, by rozświetlać ostatnią komorę w tym szczególnym czasie. Starożytni budowniczowie musieli przez wiele lat obserwować wschód słońca w dniu przesilenia, by ustalić, pod jakim kątem będą padać promienie słońca, by mogły wpadać dokładnie do wąskiego otworu umieszczonego 180 centymetrów nad gruntem. To niesamowite osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że płyty, z których zbudowano korytarz i otwór nad jego wejściem ważą około tony.

Spacer dookoła monumentu.

Wszystkim, którzy mają okazję odwiedzić Irlandię polecam zawitac do tego magicznego miejsca. Na trasie należy wypatrywać znaków z napisem  Brú na Bóinne - Newgrange Monument.

I już na sam koniec podziękowania dla moich przyjaciół, za podzielenie się zdjęciami z Newgrange J


[1] Professor Michael J. O'Kelly, źródło: https://www.knowth.com/new_grange.htm, data odczytu: 06.10.2019.

piątek, 15 marca 2019

Wyspa Skellig Michael

Źródło obrazka: https://www.dochara.com/places-to-visit/monastic-sites/skellig-michael/, data odczytU: 13.04.2019.

17 marca Irlandczycy obchodzą Dzień Świętego Patryka. Z tej okazji zrobimy małą odskocznię od  mitologii nordyckiej. Wikingowie w swojej niespokojnej epoce docierali do wielu zakątków naszego kontynentu, a także daleko poza jego granice. Jednym z tych miejsc była właśnie Irlandia i sąsiadujące z nią wyspy. Pierwsza ich wyprawa na te ziemie miała miejsce w 795 roku (czyli zaledwie dwa lata po ataku na angielską wyspę Lindisfarne). W 823 roku wikingowie zapuścili się na południowo-zachodnie wybrzeże Irlandii, atakując klasztor na wyspie Skellig Michael (ir. Sceilig Mhichíl).

Zbiory własne

Kilkanaście kilometrów na zachód od irlandzkiego miasteczka Portmagee leżą dwie wyspy – Mała Skellig (irl. Sceilig Bheag) oraz Skellig Michael zwana także Wielką Skellig (irl. Sceilig Mhór). Nazwa wywodzi się od słowa Sceillic oznaczającego Stromą Skałę. Mała Skellig jest rezerwatem ptaków morskich, do którego turyści nie ma wstępu. Na Skellig Michael można dotrzeć kutrami, które odpływają m.in. z Portmagee. Cena biletu to ok. 40,00 €. Kutry kursują tylko w sezonie letnim, a dziennie na wyspę wpuszczanych jest maksymalnie 180 osób. Restrykcje spowodowane są utworzonym na wyspie rezerwatem przyrody a także wpisaniem jej  na listę światowego dziedzictwa UNESCO[1].

Zbiory własne

Razem z przyjacielem odwiedziłem wyspę 9 czerwca 2017 roku. Rejs na Skellig rezerwowaliśmy kilka tygodni wcześniej. Przez długi czas możliwość rezerwacji była w ogóle wyłączona – firmy zajmujące się przewozem czekały na decyzję o nowych dziennych limitach turystów. W końcu pewnego kwietniowego dnia, kiedy rezerwacje ruszyły, strony przewoźników były przeciążone przez kilka godzin. Czatowałem całe popołudnie i dopiero wieczorem udało się znaleźć dwa miejsca w terminie, który nas interesował. Dzień przed rejsem byliśmy już w Portmagee. Wieczorem potwierdzałem u kapitana udział w rejsie. Powiedział mi, że na następny dzień zapowiadają silny wiatr oraz wysokie fale i być może nie dostanie pozwolenia na przybicie do Skellig. W takim wypadku, zapewnił, że nie weźmie od nas pieniędzy, a sam rejs do brzegu wyspy i z powrotem byłby darmowy. Uczciwy i dobry człowiek. Pamiętam, że ciężko mi było go zrozumieć, ponieważ miał mocny irlandzki akcent, charakterystyczny dla hrabstwa Kerry, jakże inny od znanego mi sposobu wysławiania się Anglików.

Zbiory własne

Kiedy następnego dnia wsiedliśmy na pokład kutra otrzymaliśmy kapoki i peleryny przeciwdeszczowe. W trakcie trwającego prawie godzinę rejsu na Skellig pytano nas, jak się czujemy, a osoby, które gorzej znosiły ośmiometrowe fale na Atlantyku otrzymywały imbir do żucia… Lub w ostateczności wiadro. Fale miotały małym kutrem, na którego pokładzie znajdował się tuzin osób. Dwie wyspy Skellig to znikały, to pojawiały się ponad falami. Kiedy mijaliśmy mniejszą z nich dało się słyszeć skrzeczenie i czuć zapach dziesiątek tysięcy ptaków, które na niej gniazdowały. W końcu znaleźli się w pobliżu Skellig Michael. Po dotarciu do Zatoki Ślepca (ang. Blind Man’s Cove) czekaliśmy na pozwolenie na przybicie do brzegu. Trwały chwile niepewności, w końcu jednak na przystani pojawił się przewodnik i machając nam ręką dał znak do zejścia na ląd. Powitał nas i następnie ruszyliśmy wzdłuż znajdującego się na wyspie lądowiska dla helikopterów w stronę klasztornej zabudowy. I tu ważna informacja dla odwiedzających – na wyspie nie ma żadnej toalety, a zwiedzanie wraz z rejsem tam i z powrotem trwają 4-5 godzin.

Zbiory własne

Sam klasztor znajduje się w jednym z najwyższych punktów wyspy na wysokości 180 m n.p.m. i prowadzi do niego 618 stopni wykutych w skale. Cała wyspa jest kamienista i porasta ją tylko niska roślinność, jak paprocie, porosty i trawa. Zajmuje powierzchnię niecałych 22 hektarów, a najwyższy jej szczyt ma 218 m n.p.m. Na Skellig występuje kilka gatunków ptaków. Z tych, które udało nam się obserwować to mewy, alki, gołębie, ale przede wszystkim najwięcej widzieliśmy maskonurów. Te małe zwierzaki (długość ciała ok. 30 cm, rozpiętość 50 cm, waga 300-600 g) nie mające na Skellig zagrożenia ze strony drapieżników i z powodu małej liczby odwiedzających wyspę ludzi, nie bały się nas. Można było spokojnie podejść do nich na odległość 30 cm by móc przyjrzeć im się z bliska. Pamiętam ich charakterystyczny lot – szybowanie z rozłożonymi łapkami (większość ptaków podwija nóżki do lotu) oraz osobniki, które wykopywały sobie norki (maskonury nie budują gniazd, a jaja składają właśnie pod ziemią).

Zbiory własne

Po wspinaczce na szczyt mogliśmy usłyszeć historię klasztoru – tą szczegółowiej opiszę w osobnej notatce. Wszystkie chatki zakonników były zbudowane z kamieni. Tereny mieszkalne otoczone są murami. Przewodniczka wskazywała na różnice w budowie – młodsza część klasztoru miała wyższe mury i masywniejsze ściany. Powodem mocniejszej zabudowy było wzmocnienie funkcji obronnej przed napadami wikingów. W obrębie klasztoru znajduje się także cmentarz i sieć kanałów do zbierania wody deszczowej. Na Skellig nie ma źródeł słodkiej wody – mnisi, którzy tu mieszkali gromadzili deszczówkę, której w Irlandii nie brakuje, w kamiennych zbiornikach. Prowiant dowożono także z wybrzeża, gdyż obok niewielkich wyrównanych tarasów nie było tam wystarczająco gleby pod uprawę roli.

Zbiory własne

Tereny klasztoru na Skellig można było oglądać w dwóch częściach Gwiezdnych WojenPrzebudzeniu Mocy i Ostatnim Jedi. Filmy te stały się reklamą dla wyspy – W Portmagee widzieliśmy wiele pamiątek nawiązujących jednocześnie do Skellg, jak i do Gwiezdnych Wojen. Inspiracji wyspą można doszukać się także w drugim filmie – pojawiające się tam porgi, czyli małe skrzydlate stworzonka, są wzorowane na  zamieszkujących wyspę maskonurach.

Zbiory własne

Wszystkim, którzy mają możliwość odwiedzenia irlandzkiego hrabstwa Kerry w sezonie letnim polecam wybrać się na Skellig. Miejsce jest niesamowite - spokojne i odizolowane od świata. Czuję respekt dla mnichów, którzy włożyli ciężką pracę, by wybudować klasztor tak daleko od brzegu Irlandii, na stromej i niedostępnej skale. Wyspie poświęcę jeszcze jedną notkę - opiszę w niej historię miejsca i rolę, jaką odegrali w niej wikingowie.

Zbiory własne

I na sam koniec zapraszam do obejrzenia filmiku z pięknymi ujęciami ze Skellig Michael.




[1] Sceilg Mhichíl, http://whc.unesco.org/en/list/757, data odczytu: 15.03.2019.


wtorek, 1 listopada 2016

Karmienie Fiordów 2015 - Część Siódma


Po długiej przerwie wracam do opowieści o mojej wyprawie... Pociąg jechał do Wrocławia. Moim celem był Karpacz, ze względu na pewien zabytek, który wiąże się z Norwegią (zdjęcie powyżej). Postanowiłem jednak nie kierować się tam bezpośrednio, ale zahaczyć o niemieckie pogranicze. Przyjaciółka, która pomogła mi zaprojektować logo wyprawy, pomogła mi znaleźć transport. Podesłała mi ogłoszenie z portalu Blablacar. Dzięki temu, miałem zaklepane miejsce w samochodzie z Wrocławia do Zgorzelca. Czasu nie było dużo i tuż po przyjeździe do stolicy Dolnego Śląska skierowałem się w stronę ustalonego miejsca spotkania. 

Krasnoludek Freudek.

Czekając na kierowcę znalazłem wrocławskiego krasnoludka pod budynkiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Byłem pierwszą z osób, które kierowca obiecał zabrać. Drugą była pani, która przybiegła pod Uniwersytet chwilę po mnie, a trzecią pan, którego zabraliśmy spod jednego z dużych marketów. Kiedy byliśmy w komplecie wyruszyliśmy na zachód, do Zgorzelca. W trakcie podróży wymienialiśmy się historiami. Mogłem już zdać relację z mojej trasy przez deszczową Norwegią. Pod wieczór byliśmy w Zgorzelcu. Widząc w pobliżu galerię, udałem się do niej. Był dzień 14 sierpnia, nazajutrz miało być święto Freyfaxi (no dobrze, w Polsce zwane Matki Boskiej Zielnej), więc wolałem uzupełnić zapasy. Szukając w internecie noclegu znalazłem tanią ofertę w miejscowości Trójca. Skierowałem się przez Łagów na wschód. 

ŁOŚ - Łagowski Ośrodek Sportowy.

Trasa biegła przez las, zajęła mi około półtorej godziny. Gdzieś w połowie drogi mijał mnie rowerzysta, który zmierzał do Görlitz. Widząc mnie, niosącego dwa plecki ważące łącznie ponad 20 kilogramów, spytał, czy nie potrzebuję wody, bo wyglądam na wykończonego. Podziękowałem, mówiąc, iż mam jeszcze własną i udaliśmy się w swoje strony. W końcu udało mi się dotrzeć do pensjonatu. Kolejny raz po Norwegii doceniłem luksus, jakim był prysznic i wygodne łóżko. 

Życzliwy rowerzysta.

Długa droga do Trójcy.

Następnego dnia zostawiłem cięższe rzeczy w pokoju i skierowałem się z powrotem w stronę Zgorzelca. Przechodząc przez Łagów zauważyłem, że w miejscowości jest kantor. Licząca 1300 mieszkańców wieś mogła pochwalić się czymś, czego nie posiadało pięciokrotnie większe Strömstad.



 Uliczkami Zgorzelca.

Przeszedłem przez Zgorzelec, do mostu granicznego na Nysie Łużyckiej, a następnie skierowałem się na południe, w stronę wulkanu Landeskrone.

Görlitz po lewej i  Zgorzelec po prawej strony Nysy Łużyckiej.

Most na granicy polsko-niemieckiej.

 Posąg gęsi.

 Plac zabaw.

  Znak Parku Krajobrazowego.

Przykładowa zabudowa Görlitz.

Droga mijała dość spokojnie, pogoda dopisywała, chociaż w końcu dały mi się poznać polskie (tudzież niemieckie) upały, które częściowo ominąłem podczas pobytu w Norwegii. Po dojściu do stoku wulkanu na szczyt prowadzi kilka różnych tras, mniej lub bardziej strome, tym samym mniej lub bardziej kręte.

 Landeskrone widziane z Görlitz.


Droga na zalesionym stoku Landeskrone.

Schody - alternatywa dla krętych ścieżek.

  Wieża widokowa na szczycie wulkanu.

 Wieża telewizyjna wchodząca w skład zamku na szczycie wulkanu (sam zamek jest obecnie restauracją).

  Widok z Landeskrone na Görtliz i dalej na Zgorzelec.

Kiedy byłem na szczycie, nad wulkanem przeleciała mała awionetka.

Landeskrone ma 419 m n.p.m. Pomimo tej niewielkiej wysokości na jego szczycie było czuć niższą temperaturę i wiał wiatr. Po chwili odpoczynku skierowałem się w drogę powrotną.

 Zabytkowy samochód na wyjeździe z restauracji.


 Bazaltowe skały na stokach wulkanu.


W trakcie drogi powrotnej zaczęły pojawiać się na niebie pierwsze chmury - ten gorący dzień musiał zakończyć się potężną burzą. Skierowałem się w stronę Zgorzelca, po drodze zwiedzając jeszcze park i bulwary po niemieckiej stronie Nysy. 

Płytki chodnikowe na bulwarze w Görlitz. Wycięcia tworzyły wzory,
które były malowane kredą przez dzieci. Ot, taka duża, miejska kolorowanka.

Powrót do Polski - przekraczanie mostu na Nysie.

Miejski Dom Kultury w Zgorzelcu.

 Park miejski.

Tuż po przejściu na polską stronę moją uwagę zwróciło mnóstwo sklepików z papierosami - wyznacznik przygranicznej miejscowości. Po szybkim spacerze przez miasto skierowałem się w stronę Trójcy. Czarne chmury nie dawały mi zbyt dużo czasu na powrót. W chwili, w której dotarłem do Łagowa grzmiało i padało. Schroniłem się pod wiatą przystankową. Wykorzystując chwilę zacząłem łapać stopa. Po około pół godziny zatrzymał się biały samochód. Kobieta, która prowadziła, jechała z Görlitz do rodziny w Polsce. Powiedziała mi, że kiedy studiowała, dużo jeździła autostopem i teraz spłaca dług kolejnemu pokoleniu. Gdy wysadziła mnie w Trójcy, podziękowałem za pomoc. Ostatni kilometr do pensjonatu przeszedłem w deszczu. Resztę dnia spędziłem na dalszym odsypianiu Norwegii.
Nazajutrz spakowałem się i wyruszyłem do Zgorzelca. Zszedłem na stację kolejową, czekając na pociąg do Jeleniej Góry. Po dojechaniu do miasta zacząłem szukać środku transportu dalej na południe. Przy ulicy były stanowiska dla autobusów. Zdjąłem plecak przy miejscu, z którego powinny odjeżdżać busy do Karpacza i czekałem. Obok mnie czekała również pani z dzieckiem. Kiedy podjechał bus, wysiadł z niego niższy mężczyzna z wąsami i pomógł nam zapakować bagaże do samochodu. Bus był nieodznaczony, ale kierowca twierdził, że jedzie do Karpacza. Po dotarci do celu spytał, gdzie chcemy wysiąść, i czy wolimy Karpacz Dolny, czy Górny. Fakt, że nie miał jednego ustalonego przystanku końcowego wzbudził moje podejrzenia. Wysiadając, okazało się, że nie był zawodowym kierowcą, tylko dorabiał sobie. Wziął od każdej osoby po 20 złotych, argumentując to tym, że trafiła nam się okazja, bo taksówka z Jeleniej Góry kosztowałaby drożej. Problem w tym, że zarówno ja jak i pani z dzieckiem czekaliśmy na regularny bus, który kosztował 6 złotych w jedną stronę, przez co ten przewóz wcale nie był okazją. Niech moja przygoda z wąsatym busiarzem-amatorem będzie przestrogą by upewniać się, do jakiego pojazdu wsiadamy.
I tak oto dotarłem do Karpacza. Pierwszym krokiem było znalezienie noclegu. Usiadłem na ławce przy tablicy z mapą miejscowości i w internecie w telefonie zacząłem szukać noclegu. Po kilku wykonanych telefonach miałem już tani jednoosobowy pokoik niedaleko wejścia do Karkonoskiego Parku Narodowego. Zostawiłem rzeczy i skierowałem się w stronę zabytku, który przyciągnął mnie do Karpacza - świątyni Wang.

Świątynia Wang.

Świątynia została przeniesiona z norweskiej miejscowości Wang w 1842 roku. Rozebrana, przetransportowana, ponownie złożona została właśnie Karpaczu. Wszystkie elementy ścian połączone zostały w tradycyjny dla kościołów klepkowych stavkirke sposób, bez użycia gwoździ. Na miejscu dobudowaną dzwonnicę, która nie była oryginalnym elementem budowli. Miejsce jest wyjątkowe - wprawne oko, obeznane z nordycką tematyką, dostrzeże zdobienia charakterystyczne dla religii, która poprzedzała chrześcijaństwo.

 Triquetra - symbol dynastii Asów.

Widok na kościół Wang z pobliskiego cmentarza.

 Mapa Karpacza ze zdobieniami stylizowanymi na nordyckie.





 Nie tylko sam kościół zawiera nordyckie symbole 
- charakterystyczne plecione wzory można dostrzec także na grobach osób, 
pochowanych w obrządku protestanckim.


 Wśród zdobień można dopatrzeć się smoki.

 Przejście z kościoła do dzwonnicy.




Głowy smoków zdobią także dach kościoła Wang.

Turyści są wpuszczani do środka o wyznaczonych godzinach. Kiedy przyszła kolej na moją grupę, zadałem przewodniczce pytanie, skąd wzięły się nordyckie ozdoby na nagrobkach i wyposażeniu terenu. Niestety, nie znała odpowiedzi. Nie zostało mi nic innego, jak zwiedzić kościół od środka i posłuchać nagranej opowieści o nim.

 Zdobienie przy wejściu, ponoć w kształcie lwa.

 Drzwi prowadzące do dzwonnicy - widok od środka.

 Drewniany ołtarz.

Chrzcielnica - element dodany już w Polsce, 
nie stanowiła oryginalnego wyposażenia kościoła w Norwegii.

 Organy.

 Drewniany portal - również tu można dopatrzeć się podobizn smoków.

 Jeden z czterech filarów podtrzymujących strop. Były to maszty drakkarów 
- kapitanowie czterech okrętów podarowali je podczas budowy kościoła ok. XII wieku.

 Pismo runiczne na jednym z portali - kolejny dowód, 
jak religia w nordyckich bogów przeplatała się z chrześcijaństwem w średniowieczu.

 Widok z jednego z licznych okienek świątyni.

Boczny korytarz biegnący dookoła całej kościoła.

I tak oto zwiedziłem ostatni ze skandynawskich zabytków na mojej trasie. Nie oznacza to jednak, że wyprawa dobiegła końca. Tego samego dnia spacerowałem po Karpaczu, zarówno Górnym, jak i Dolnym. Zabawny był fakt chodzenia w ciepłym deszczu, jakże różnym od norweskich ulew, i obserwowania, jak ludzie chowają się przed nim gdzie popadnie. Dzień się kończył, planowałem, iż nazajutrz pójdę w góry. Postanowiłem wykorzystać okazję i zdobyć pobliską Śnieżkę - najwyższy szczyt Karkonoszy... Ale o tym następnym razem.