piątek, 21 października 2022

Nordyckie zaświaty i jak do nich trafić - część pierwsza

 

Źródło: https://berloga-workshop.com/blog/447-death-and-the-afterlife.html,
data odczytu: 21.10.2022

W wierzeniach z całego globu istnieją zaświaty – miejsca niedostępne lub trudno dostępne dla śmiertelników, do których zwykle można trafić po śmierci. W poszczególnych kosmologiach ich położenie jest konkretnie określane lub przyjmuje się, że znajduje się w danym miejscu na axis mundi, osi świata. I tak przeważnie miejsca, do których dostają się dusze dobrych osób znajdują się gdzieś w górnych rejonach wszechświata, z kolei docelowe miejsca potępionych w głębinach, u korzeni całego stworzenia. Zdarza się też, że podział nie jest biegunowy, a dana religia wskazuje liczne miejsca, do których można trafić po śmierci, w zależności od uczynków i sposobu odejścia z tego świata. I taką złożoną geografię zaświatów reprezentowały wierzenia nordyckie, które dziś sobie omówimy.

Zaczynając naszą wędrówkę po zaświatach wikingów należy zaznaczyć, że wiedza o nich, która dotrwała do naszych czasów, jest niekompletna. Ponadto część źródeł, jak sagi spisane przez Snorriego Sturlusona powstały na wiele dekad po chrystianizacji Skandynawii, co również mogło je zniekształcić. Przykładem, jak taki proces działał, może być zniekształcony mit o stworzeniu świata z naszego podwórka, ze słowiańskich wierzeń, gdzie imiona pierwotnych stwórców zostały zastąpione mianami Boga (pierwotnie mógł to być Swaróg, Perun lub Białobóg) oraz Diabła (Weles lub Czarnobóg), na chrześcijańską modłę. Innym powodem różnorodności i podobieństw do innych wierzeń mógł być ich regionalizm – to, w co wierzyli mieszkańcy szwedzkiej Skanii niekoniecznie musiało pokrywać się z tym, co znane było w późniejszych wiekach na oddalonej o wiele setek kilometrów Islandii. Mając na uwadze te czynniki możemy teraz wybrać się w podróż przez nordyckie zaświaty, niczym Dante w Boskiej Komedii. I podobnie jak w przytoczonym dziele, zaczniemy od miejsc najmniej przyjaznych, by skończyć na tych, które powinny być celem życia każdego wikinga.

Źródło: https://myndir.uvic.ca/RagRokEnBil-1929-UVic-018-01.html,
data odczytu: 21.10.2022


Pierwsze kroki stawiamy w Nilfheimie, Krainie Mgieł. Tu znajdowało się jedenaście lodowych rzek, które po spotkaniu żaru z ognistego świata Muspelheimu stworzyły wodę. Nad jedną z nich znajdował się most Gjallarbrú (dosłownie, Most nad Gjall/Gjöll). Most miał mieć złoty dach, a wejścia nań strzegła Modgud (nord. Wściekła Wojowniczka), olbrzymka, która przepuszczała dusze zmarłych, gdy te podały jej swoje imiona i powody udania się do krainy umarłych. To przez tą konstrukcję dusze zmarłych muszą przeprawić się w swojej drodze do zaświatów. Warto tu zaznaczyć, że symboliczna granica rzeki między światem żywych i umarłych nie jest wyjątkowa dla nordyckich wierzeń. Podobny motyw występował w religii starożytnych Greków, gdzie Charon przewoził zmarłych przez rzekę Styks, a także w Japonii, gdzie rolę tę pełniła rzeka Sanzu (i w tym miejscu ciekawostka – zarówno za przeprawę przez Styks jak i Sanzu należało uiścić opłatę).

W niektórych źródłach Nilfheim wymieniany jest jako przedsionek właściwych zaświatów, Helheimu, w innych, jako odrębny świat, przez który zmarli muszą przejść do tego ostatniego. Co jednak nie budzi wątpliwości, to opisywany był jako chłodne pustkowie, spowite mgłą. Było to miejsce tak nieprzyjemne, że dusze chciały z niego uciec. Czasami im się to udawało i wracały do swoich ciał, nawiedzając świat śmiertelników jako upiorni, rozkładający się draugowie. Taki umrzyk mógł wędrować po sobie znanych miejscach lub pilnować własnego grobu przed hienami cmentarnymi, czy też grobowca bliskiej mu osoby. Czasami tracąc rozum w tym półżyciu stawał się dla ludzi niebezpieczny i zabijał ich, zazdroszcząc im życia. Prędzej czy później ożywione ciało rozkładało się, a dusza, której raz udała się ucieczka prawdopodobnie wracała do Nilfheimu. Ci draugowie, którzy dotrwają do czasów ostatecznych, aż do samego Rangaröku, zasilą armie zła i wyruszą do ostatniej bitwy na Asgard. Sygnał do wymarszu umarłym wojskom da czarnoczerwony kogut mieszkający w królestwie Hel.

Sam Helheim, czyli Królestwo Hel, to najmniej przyjemne miejsce w nordyckich zaświatach. Nazwa pochodzi od pragermańskiego słowa haljō, oznaczającego to, co ukryte. Nic dziwnego, bo uważano, iż znajdował się głęboko pod ziemią. Rządzi nim Hel, bogini śmierci, córka Boga Lokiego, której jedna strona ciała wygląda jak u żywej kobiety, druga jest rozpadającymi się zwłokami. To tu znajduje się Náströnd, Wybrzeże Umarłych, opisywane jako miejsce wielkiego zła i ciemności. Ściany upiornego pałacu, który tam stoi, zbudowane są z żywych węży. Każdy, kto tam trafi będzie cierpiał męki wiecznego chłodu i pieczenia od jadu skapującego z zębów gadów. Posoki jest tyle, że potępione dusze brodzą w niej po pas, nie znajdując chwili przerwy od cierpienia. Do tego przybytku można było trafić mordując za życia dziecko był dopuszczając się zdrady.

W pobliżu żyje również smok Níðhögg (nord. Napastnik, Który Napiętnuje), który nagryza korzenie Yggdrasilu, by strącić z jego wierzchołka Wielkiego Orła. W międzyczasie żywi się krwią przesiąkającą pod ziemię z pól bitew oraz przeżuwa tych, co trafili do pałacu w Náströndzie. Tak więc najgorsi delikwenci trafiający do nordyckiego piekła nie tylko cierpią cały czas w mrozie, zanurzeni w wężowym jadzie, ale mogą zostać dla odmiany jeszcze pogryzieni, przeżuci i wypluci przez olbrzymiego smoka.

Źródło: https://www.quora.com/Is-the-four-eyed-dog-that-guards-at-the-bridge-to-the-other-world-in-Zoroastrianism-the-same-as-Garmr-in-Norse-mythology, data odczytu: 21.10.2022


Innym magicznym stworzeniem żyjącym w Helheimie był czterooki pies Garm. Cztery ślepia miały gwarantować, iż żadna dusza nie ucieknie z powrotem przez Gjallarbrú do świata żywych. Części z Was może zapalić się w głowie lampka – czy i zaświaty Greków nie miały psiego strażnika, Cerbera, który dzięki trzem głowom miał obserwować, czy jakiś uciekinier nie próbował opuścić Hadesu?

Helheim uważany był także za miejsce, gdzie trafiały dusze tych, którzy zmarli niegodnie, a więc rzekomo przez chorobę i ze starości. Istnieją przesłanki, że wiara ta była żywa w epoce wikingów, albowiem w niektórych sagach bohaterowie przez nieuchronną śmiercią ranią się sami bronią, by nie trafić do Helheimu. Opisany żywot Haralda Wojennego Zęba mógłby to potwierdzać – sędziwy i ślepy król, kazał sobie przywiązać miecze do dwóch dłoni, ponieważ nie był w stanie utrzymać ich w trzęsących się rękach i na rydwanie bojowym ruszył w ostatnią bitwę. Tak samo miał zginąć żyjący w VIII wieku król Halv, który specjalnie szukał śmierci w bitwie.

W Pieśni Najwyższego Odyn poucza ludzi, by nie śmiali się z chorych i starszych. Czy miało to być formą litości dla tych, których czekał przykry los w zaświatach, czy może raczej nauką szacunku? Kult przodków w epoce wikingów był silny, ciężko jest więc przyjąć możliwość, że każdy sędziwy człowiek miał trafiać do piekła… Lub czy cały Helheim był miejscem tak upiornym, jak Wybrzeże Umarłych. Kiedy zginął Baldur a jego duch udał się do domeny Hel, czekała na niego wyprawiona wieczerza. Wikingowie wierzyli też, że ci, co pomagają innym za życia mogą oczekiwać lepszego losu po śmierci. Sprawy nie ułatwia również, pieśń Gylfa Omanienie, w której król Gylfi toczy dyskusję z samym Odynem, chociaż ten nie ujawnia mu swojej tożsamości. W rozmowie pada stwierdzenie, że Helheim jest miejscem dla duszy złych ludzi. W dalszej części jednak wspomina, że ludzie, którzy zmarli z choroby i starości są tam obdarowywani przez Hel różnymi przedmiotami i siedzibami. Wygląda więc na to, że i w Helheimie można było dostać przyzwoite mieszkanko, być może w zależności od zasług i uczynków za życia.

W spisanej długo po chrystianizacji Danii Gesta Danorum autorstwa Saxo Gramatyka opisano przypadek króla Hadingusa, którego w środku zimy odwiedza pewna tajemnicza kobieta. Pokazuje mu piękne, zielone zioła i pyta się, czy wie, gdzie można je zdobyć o tej porze roku. Władca nie wie, jednak chce poznać to miejsce, po czym tajemnicza postać zakrywa go płaszczem i przenosi do Helheimu. Tam spotykają dusze zmarłych odziane w bogate szaty. Podkreślone jest też, że wędrują przez krainę w ciągu słonecznego dnia. Docierają nad rzeki, na której dnie leży pełno broni. Za mostem po drugiej stronie widzą dwie ścierające się armie. Hadingus pyta się, kim są ci wojownicy na co tajemnicza kobieta odpowiada, iż są to wojownicy, którzy polegli w walce i teraz dowodzą swojego męstwa w zaświatach. Tak więc w spisanej przez Saxo Gramatyka wizji Helheim nie jest aż takim strasznym miejsce – ba, łączy w sobie elementy innych nordyckich zaświatów, jak Walhalla, gdzie trafiają polegli wojowie.

Źródło: https://blog.vkngjewelry.com/en/norse-afterlife/, data odczytu: 21.10.2022


Wizja dążenia za wszelką cenę do śmierci w boju kłóci się także z tym, co wiemy o pewnym wikińskim wodzu, Ottarze z Hålogalandu. Pod koniec IX wieku miał on przybyć na dwór Alfreda Wielkiego. Jednak w przeciwieństwie do większości wikingów, jego wizyta była pokojowa. Opowiadał on o handlu, podróżach między licznymi portami i hodowaniu reniferów w północnej Norwegii. Nie był typem krwawego rozbójnika, a zapewne wierzył, jak ludzie z jego epoki, że po śmierci czego go dobry los.

Sprzeczność widać również w relacji Ahmada Ibn Fadlana, który podczas swojej podróży był świadkiem pogrzebu wikinga. Przytoczona przez niego pieśń wskazuje, iż to waleczni, a nie polegli w walce, trafiali w lepsze miejsce, do Walhalli:

Spójrz, widzę ojca mego,

Spójrz, widzę matkę moją

I braci moich i siostry moje,

Spójrz, widzę mój ród aż od początku świata

Spójrz, wołają mnie

Wzywają, bym zajął miejsce u ich boku

W salach Walhalli,

Gdzie słabi wrogowie nie będą mieć wstępu,

Gdzie waleczni żyć będą wiecznie.

Nie rozpaczajmy ale cieszmy się za tych,

którzy zmarli chwalebną śmiercią.

Podsumowując, w wizji Helheimu jest wiele sprzeczności, być może wynikającej ze sprzecznych źródeł, spisywanych przez różne osoby, w różnych wiekach (w przypadku Snorriego Sturlusona i Saxo Gramatyka, już po chrystianizacji). Ponadto, wierzenia w zależności od regionów mogły się różnić. Również same wydarzenia historyczne mogły wpłynąć na postrzeganie tego, co zapewniało życie wieczne. Widać to na przykładzie papieża Urbana II, który za udział w krucjacie, a więc zbrojnej wyprawie religijnej, obiecywał odpust zupełny. Być może na przestrzeni wieków, nordyccy kapłani pod wpływem wojen Karola Wielkiego, niszczenia świętych miejsc Germanów i mordowania rodzimowierców przez chrześcijan, chcąc zachęcać do walki także obiecywali życie wieczne w Walhalli tym, którzy umrą od broni. Gdyby było inaczej, ludzie nie trudziliby się rzemiosłem, rolą, hodowlą i handlem, tylko każdy chciałby zostać wojownikiem i wojowniczką, za nic mając doczesne życie. Słowa Ibn Faldana też mogą być kluczem – wszak walczyć można nie tylko na polu bitwy, a waleczność okazywać w różnych sytuacjach. Można walczyć o lepszy los dla swoich bliskich, można walczyć z własnymi słabościami. Być może więc późniejsi kronikarze przeinaczyli walkę na wojnę tak samo, jak w XVII wieku, gdy duński uczony Ole Worm mylnie przetłumaczył kenning gałęzie czaszek na czaszki, zamiast na rogi czaszek. I tym sposobem zamiast wikingów pijących z rogów zwierząt utarło się wyobrażenie o wikingach pijących z czaszek wrogów.

W tym miejscu zrobimy sobie postój w podróży po zaświatach, a inne miejsca, do których mogły trafiać dusze omówimy sobie następnym razem. Na koniec ciekawostka. Pozostałości po nordyckim Helheimie dopatrywać się można nawet we współczesnym języku angielskim – słowo hell oznacza piekło.

Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)

piątek, 30 września 2022

Najstarsza guma do żucia


Źródło: https://www.scientificamerican.com/article/ancient-chewing-gum-reveals-a-5-700-year-old-microbiome1/,
data odczytu: 29.09.2022

Któż z nas nie próbował kiedyś gumy do żucia? Zapakowana w papierek, kolorowa, pojedyncza lub w całym opakowaniu. Niekiedy zawierająca jakiś mały drobiazg (jak obrazki samochodów w gumach Turbo). Wszystko to wydaje nam się normalne, dość współczesne. Jednak historia gum do żucia sięga prehistorii, a najstarsze takie słodycze pochodzą, a jakże, ze Skandynawii.

Śladów gum do żucia można doszukiwać się w kilku miejscach, ciężko więc stwierdzić, które było pierwsze i któremu można przypisać kolebkę tych słodyczy. Skupimy się na tych najistotniejszych. Niecałe 30 lat temu odkryto pozostałości osady na szwedzkim wybrzeżu, w pobliżu miejscowości Huseby Klevna wyspie Orust, na północ od Göteborga, w stronę norweskiej granicy. Stanowisko archeologiczne odsłoniło trzy kawałki gum, na których po dziś dzień widoczne są ślady ludzkich zębów i zachowały się pozostałości śliny. Te rekordowo stare gumy wyprodukowane były z mieszanki kory brzozowej i żywicy.

Na bazie śliny, która jest najstarszym zachowanym śladem DNA mieszkańców Skandynawii, jaki znaleziono, stwierdzono, że dwie zostały wyplute przez kobiety, a jedna przez mężczyznę. Ustalono, że żadna z trzech osób nie była ze sobą spokrewniona. Znaleziska datuje się na około 8000 lat przed naszą erą – to znaczy, że poprzedzają zdecydowaną większość najstarszych budowli, które zachowały się do naszych czasów. Przypuszcza się, że tak przeżuty smakowych mógł następnie stanowić spoiwo do klejenia drobnych przedmiotów – wszak mówimy o czasach, gdy nic nie mogło się marnować, ponieważ każda rzecz była na wagę złota i mogła posłużyć do przetrwania. Ponadto, brzozowy skład miał właściwości septyczne i ogólnie posiadał zdrowe właściwości dla spożywającego (żującego?). DNA wskazuje też, iż przodkami tych osób byli ludzie z Europy Zachodniej i Północnej, a nie jak przypuszczało się wcześniej, pierwsi osadnicy ze Wschodniej Europy (późniejsze tereny Rusi), którzy zasiedlili południową Skandynawię.

Podobne znalezisko, zdecydowanie młodsze, bo liczące zaledwie 5000 lat, pochodzi z wybrzeża Finlandii, z okolic miejscowości Kierikki. Ta guma również powstała z brzozy. Innym znaleziskiem jest guma, która przeleżała prawie 6000 lat pod warstwa piasku w okolicach Syltholm na duńskiej wyspie Lolland. Piach zakonserwował ją tak dobrze, iż można było pozyskać pełny genom kobiety, która ją wypluła, a także ustalić florę bakteryjną z jej jamy ustnej. Na bazie DNA udało się odtworzyć nawet jej przypuszczalny wygląd (który mogliśmy zobaczyć na początku artykułu). Dalsze badania wykazały, iż dieta kobiety związana była już z rolnictwem. Przypuszcza się, że to w jej epoce zbieracko-łowiecki tryb życia zaczął ustępować na terenach Danii bardziej osiadłemu stylowi, związanemu z uprawą ziemi. Ponadto, ustalono, że cierpiała na nietolerancję laktozy.

Pomimo, iż znalezisko ze Szwecji jest najstarsze, ciężko ze stuprocentową pewnością uznać, iż to tam powstała pierwsza guma do żucia. Tak drobne smakołyki mogły występować i w innych miejscach, jednak niekoniecznie zachowały się do naszych czasów. Być może w przyszłości badacze natrafią na jeszcze starsze gumy do żucia. Jednak warto pamiętać, kiedy następny raz będziemy żuć jedną z nich, nam współczesną, o jakimś konkretnym smaku, że jej historia poprzedza egipskie piramidy i megalityczne kamienne budowle.

 Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)

czwartek, 15 września 2022

Starsza Matka

 

Źródło: https://www.pookpress.co.uk/the-elder-tree-mother/,
data odczytu: 14.09.2022


Lasy zajmowały w dawnych wiekach znacznie większe tereny, niż obecnie. To w nich zamieszkiwały liczne nadprzyrodzone stworzenia. Wśród gęstych puszcz spotkać można było opisane już na blogu Vittry. Dziś omówimy sobie podobną do nich istotę, nazywaną przez Duńczyków Hyldemoer – Starszą Matką.

Wiara w Starszą Matkę była rozprzestrzeniona nie tylko w Skandynawii. Wespół z wikingami dotarła w średniowieczu do Anglii, gdzie nazywano ją Starą Panią lub Starą Dziewczyną. Uważano ją za istotę opiekującą się lasami. Omawiane Vittry potrafiły się rozsierdzić, gdy człowiek budował swoje domy za blisko lasów, lub nawet je wycinał, by zrobić miejsce pod swoją działalność. Hyldemoerę należało poprosić o korzystanie z dobrodziejstw puszcz, nawet gdy zbierało się chrust na opał. Brak prośby lub szacunku przy korzystaniu z dobrodziejstw przyrosty mógł skutkować zesłaniem choroby na nieroztropnego człeka lub jego krewnego. Jedną z zachowanych próśb jest :

Stara Dziewczyno daj mi trochę drzewa, a ja dam Ci trochę mojego, kiedy sam stanę się drzewem.

Osobiście uważam to sformułowanie za piękną metaforę Kręgu Życia, gdy nasze ciała po śmierci wracają do ziemi, z której następnie wyrośnie nowe pokolenie roślin. Duński odpowiednik tej prośby to (który brzmi, jak życzenie kierowane bezpośrednio do drzewa):

Starsza Matko, Starsza Matko, pozwól mi uciąć twe gałęzie.

Źródło: https://www.scoop.it/topic/they-were-here-and-might-return,
data odczytu: 14.09.2022


Jedna z opowieści z hrabstwa Northampom wspomina o człowieku, który bez potrzeby ściął gałązkę dzikiego bzu. Ku jego przerażeniu, ze skróconego konara zaczęła płynąć krew. Później we wsi spotkał starszą kobietę z bandażem na ramieniu, który przepuszczał krew z otwartej rany. Duńskie podania mówią o nieroztropnie robionych podłogach z bzu (chociaż pnie tego drzewa wydają się dość cienkie na taki budulec), gdzie każdy kto wszedł do takiego pomieszczenia zaczął odczuwać jakieś dolegliwości, lub o kołyskach dla dzieci, w których coś sprawiało ból niemowlętom. Również palenie bzem miało przynosić pecha. W tym miejscu warto zaznaczyć, że angielska nazwa bzu to właśnie elder tree (ang. starsze drzewo) a tłumaczenie imienia Hyldemoer na tenże język to Elder Mother – trudno oprzeć się wrażeniu, że oba miana pochodzą z tego samego źródła.

W Danii wierzono, że gałązka czarnego bzu uśmierza ból zęba (i dziś wiemy, że ma właściwości lecznice oraz zawiera witaminy) lub do odczyniania uroków. Podobne wierzenia spotykamy i na polskich ziemiach, gdzie nie wolno było wykopywać bzu, gdyż na sprawcę takiej zbrodni mogła spaść choroba, a sama roślina była uznawana za barierę przed złymi mocami, która pochłania złą energię. Gałązki bzu wieszano nad drzwiami, by zapobiec przedostaniu się złych istot do domostw lub robiono z nich elementy przydrożnych kapliczek – zwyczaje te znane były praktycznie w całej Europie.

Podsumowując, Starsza Matka była opiekunką lasów. To jej zawdzięczano dobrodziejstwo, jakim jest bez. Mogła też być mściwa, jeśli ktoś nie szanował jej domeny. Chociaż jej rola po chrystianizacji zmalała, to relikty wierzeń zachowały się – i sądzę, że powinny trwać dalej, przypominając o tym, jak bardzo zależni jesteśmy od przyrody.

Źródło: https://aminoapps.com/c/harry-potter/page/item/theory-3/Q4TY_IlRLWxX00QD5VqbDQvZV84Jp4,
 data odczytu: 14.09.2022


Na sam koniec ciekawostka ze świata Harry’ego Pottera. Najpotężniejsza różdżka, zwana w polskim tłumaczeniu Czarną Różdżką a w angielskiej wersji Elder Wand (ang. Starsza Różdżka) była zrobiona właśnie z czarnego bzu. Według J.K. Rowling późniejsze różdżki wykonane z tego drewna miały przynosić właścicielom pecha. To bardzo ciekawe wplecenie ludowych wierzeń w książkowy świat magii i czarodziejstwa.

Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Zachęcam również do udostępniania artykułu, by podanie o Starszej Matce mogło dotrzeć do jak największej liczby czytelników! :)

piątek, 2 września 2022

Mur Tarcz

 

Źródło: https://sciencenordic.com/archaeology-combat-denmark/did-vikings-really-fight-behind-a-shield-wall/1448665,
data odczytu: 01.09.2022

Wikingowie, chociaż nie tworzyli jednego imperium, rzucili wiele królestw na kolana. Swój sukces zawdzięczali statkom o świetnej konstrukcji, pomysłowości, jak i umiejętności wspólnej walki. Tego ostatniego wymagała formacja bitewna zwana murem tarcz (nord. skjaldborg), którą sobie dziś omówimy.

Mur tarcz nie był szykiem wymyślonym przez wikingów. Najstarsze tarcze pochodzą z epoki brązu i powstały ponad trzy tysiące lat temu. Już starożytni Persowie zauważyli korzyści, jakie powstają z ciasnego ułożenia tarcz, które chroniło zarówno trzymającego ją żołnierza, jak i wzmacniało obronę stojących obok niego. Następnie używana była zarówno przez Greków jak i Rzymian (na pewno wielu z Was kojarzy rzymski szyk żółwia, gdzie oddział idzie zasłonięty tarczami zarówno po bokach, jak i nad głowami). Taki szyk miał nie tylko właściwości defensywne, ale także mógł służyć do spychania wroga z jego pozycji.

Później formacja stosowana była powszechnie w średniowiecznej Europie. Wzmianki o niej znaleźć można w poemacie Beowulf, który opisuje wydarzenia z VI wieku naszej ery. Używana była przez wiele nacji. Jak powszechny był ten szyk? Cóż, zapewne zależało to od rodzaju bitwy i terenu, w jakim przyszło ją toczyć. Na pewno w epoce wikingów nie istniało powszechne wykształcenie militarne, dzięki któremu można było poznać różne formacje i style walk. Także można nawet założyć, że nie wszystkie regiony Skandynawii znały w ogóle mur tarcz. Niektórzy historycy kwestionują jej istnienie wśród wikingów, twierdząc, iż było to tylko literackie określenie wielkiej liczby tarczowników. Zakładając jednak, że była znana i stosowana, to znaczenie zaczęło maleć po bitwie pod Hastings w 1066 roku, kiedy to kawaleria Wilhelma Bękarta odniosła ogromne zwycięstwo nad anglosaską piechotą, a sam władca zamienił pogardliwy przydomek Bękart na Zdobywca. Jednak, ciągle była to skuteczna formacja tam, gdzie konnica miała trudności w poruszaniu się, a więc w przede wszystkim w górzystym terenie, gdzie łatwiej było odpierać nią inną piechotę. Dlatego też jeszcze przez wiele dekad była stosowana w Skandynawii, jak i w Szkocji.

Źródło: https://steamcommunity.com/sharedfiles/filedetails/?id=1454865429,
data odczytu: 01.09.2022


Słabym punktem muru tarcz było jego przełamanie. W momencie, gdy jeden z tarczowników padł, łatwiej było zniszczyć szyk i przebić się na drugą stronę. Świetnym przykładem jest bitwa pod Stamford Bridge, która rozegrała się w 1066 roku, na krótko przed starciem o Hastings. Naprzeciw siebie stanęły armie angielska i norweska, obie stosowały właśnie tę taktykę. W momencie, gdy Anglosasi zaczęli przełamywać obronę Norwegów, szeregi rozsypały się i wielu wikingów rzuciło się do ucieczki, pogarszając ich sytuację. Klęskę przypieczętowało zabicie norweskiego króla, trafionego angielską strzałą w szyję.

Wieki minęły, a mur tarcz ciągle znajduje zastosowanie. Na pewno nie raz widzieliście na zdjęciach w Internecie czy relacjach w telewizji ścisłą formację tworzoną przez policjantów w różnych krajach, w przypadku zamieszek. Widząc następnym razem taką scenę, warto pamiętać, iż taki mur miał swoje początki w zamierzchłych czasach.


Źródło: https://news.trust.org/item/20140212214151-jxlg2?view=print,
data odczytu: 01.09.2022


Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

sobota, 20 sierpnia 2022

Psy z Bundsö

 

Źródło: https://www.ancient-origins.net/history-ancient-traditions/viking-dogs-followed-their-masters-valhalla-008944,
data odczytu: 20.08.2022

Wikingowie docierali podczas swoich wypraw w dalekie zakątki świata. O wielu z tych odległych miejsc wspominaliśmy już sobie na blogu. Dziś, jako punkt wyjścia do nowego tematu, będą interesowały nas te, znajdujące się po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego. W latach 60. XX wieku odkryto wikińską osadę w L’anse auxMeadows, a kilka lat temu kolejną, tym razem w Point Rosee. Obydwa stanowiska znajdują się na terenach dzisiejszej Kanady i powstały kilkaset lat temu przed słynną wyprawą Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata. Sami wikingowie nazywali te tereny Winlandią. Kierując się dalej na południe należy wspomnieć o norweskiej monecie z XI wieku, znalezionej w stanie Maine. Jest jeszcze kamień runiczny z Kensington w stanie Minnesota, jednak jego autentyczność budzi wątpliwości (także moje). Wszystkie te znaleziska pochodzą z Ameryki Północnej. By omówić sobie dzisiejsze znalezisko musimy udać się o wiele dalej na południe, aż do leżącego w Ameryce Południowej Peru.

Współczesne Peru wchodziło onegdaj w skład Państwa Inków, rdzennego plemienia zamieszkującego Andy. Lud ten, podobnie jak Egipcjanie, mumifikował swoich zmarłych, a także zwierzęta – znajdywano zakonserwowane w ten sposób ciała lam i psów. W 1885 roku archeolog Alfred Nehring badał te pochówki czworonożnych istot. Szczątki przeleżały wiele dekad, uznawane za potomków dzikich czworonogów z Andów, aż do lat 50. XX wieku, gdy dwójka francuskich badaczy, Madeleine Friant i Henry Reichlen, ustaliła, iż pochowane psy są identyczne z odmianą owczarków znaną z Bundsö, mieszczącej się na duńskiej wyspie Als. Porównanie kości zrodziło więcej pytań, niż odpowiedzi. W jaki sposób psy z Danii znalazły się w odległym o 10 000 kilometrów Peru, daleko po drugiej stronie Oceanu?

Friant i Reichlen zaproponowali następującą wersję wydarzeń. Duńczycy przekazali część swoich owczarków Norwegom, którzy przez Islandię i Grenlandię dotarli do Winlandii. Kiedy wikingowie zostali wyparci przez Indian, zostawili za sobą część psów (lub zostały im odebrane). Te zwierzęta były przekazywane dalej i dalej, przez tereny współczesnej Kanady, Stanów Zjednoczonych i Meksyku, aż w końcu dotarły do Ameryki Południowej. Niestety, to jest tylko teoria, na którą nie ma żadnych dowodów, ani nie potwierdzają jej żadne szczątki psów na trasie między Kanadą a Peru.

Bardziej śmiała teoria sugeruje, iż część wikingów z Winlandii lub grupka, która do niej zmierzała, skierowała się czy też zabłądziła bardziej na południe. Eksplorując nowe lądy sami trafili do Ameryki Połudnowej – stąd owczarki z Bundsö znajdywane są tylko w Peru, gdyż dotarły tam wespół ze swoimi właścicielami. Francuski archeolog Jaques de Mahieu popierał tę tezę. W swoich podróżach do Paragwaju i Brazylii miał rzekomo trafić na ślady wikińskiego osadnictwa. Należy jednak wspomnieć, że de Mahieu wspierał III Rzeszę, podczas II Wojny Światowej. Pomimo, iż z pochodzenia był Francuzem, walczył w siłach zbrojnych SS. A jak wiadomo, Rzesza dopisywała sobie wiele ideologii i dopatrywała się na siłę śladów germańskiej (aryjskiej) rasy. Nie szukając daleko, symbol SS to właśnie użycie nordyckich run (ᛋᛋ). Również ich propaganda odwoływała się do wydarzeń z epoki wikingów, ale to już materiał na inny dzień. Być może więc de Mahieu na siłę szukał „śladów” germańskich w Ameryce Południowej, która po wojnie stała się miejscem schronienia dla wielu nazistowskich zbrodniarzy.

Część osób idących tropem de Mahieu wskazuje, że mapy z czasów odkrywania Nowego Świata zawierają nazwy zbliżone do germańskich. Należy jednak pamiętać, że różne mody językowe upodabniały nazwy i imiona na potrzeby danego języka. I tak, nie szukając daleko, Król Krak został zlatynizowany u Wincentego Kadłubka na Gracchus, albowiem w jego czasach pisano po łacinie. A już zupełnie nie można zaprzeczyć, że niektóre nazwy brzmią tak samo w różnych językach, a oznaczać mogą zupełnie co innego (i czasami nawet śmiesznego lub obraźliwego). Przykładem jednej z takich nazw ma być rzekomo osada Ybynheima (pochodząca od nordyckiego Yvinheim). Jak podobne one są i czy mogą mieć ze sobą coś wspólnego – pozostawiam Wam do oceny.

Osobiście nie jestem zwolennikiem wyobrażenia sobie jakiegoś bardziej rozwiniętego wikińskiego osadnictwa w Ameryce Południowej. Skandynawowie przemieszczali się powoli na zachód – skolonizowanie Islandii, Grenlandii, Winlandii. Gdyby ten ruch trwał dalej, znajdywanoby o wiele więcej śladów wzdłuż amerykańskiego wybrzeża. Jednak zarówno osady w Winlandii, jak i osiedla na Grenlandii upadły, pozostawiając tylko Islandię jako jeden ze Skandynawskich Krajów.

Ostatnia z teorii zakłada, że to bardzo niesamowity zbieg okoliczności, iż zarówno w Danii jak w Peru wyhodowano niemal identyczną rasę psów, a cała historia to tylko wyolbrzymiona bajka i próba doszukiwania się wpływów wikingów w najdalszych zakątkach świata. Być może więc obie rasy psów miały tylko wspólnego, prehistorycznego przodka, dzięki któremu zyskały bardzo zbliżone do siebie cechy.

Zakładając jednak, że mumie psów to potomkowie owczarków z Bundsö, można przyjąć, iż w jakiś sposób mieszkańcy średniowiecznej Danii wpłynęli na posiadanie czworonogów w Peru. Czy to pośrednio przez osadnictwo w Winlandii czy też przypadkowo trafiając na południowoamerykańskie wybrzeże – tego zapewne nigdy się nie dowiemy, chyba, że na światło dzienne wyjdą nowe odkrycia archeologiczne lub genetyczne. Badania wykazały już, że część mieszkańców Islandii posiada geny pochodzące od Indian – przypuszcza się, iż pierwsza rdzenna mieszkanka Ameryki została przywieziona na tę lodową wyspę już ok. 1000 roku. Być może więc i w Ameryce Południowej w przyszłości znajdzie się ślad wikingów w czyichś genach.

Na koniec warto wspomnieć, że kiedy Hiszpanie pod wodzą Francisca Pizarra dotarli na tereny Inkówi, ci nie decydowali się na rychły opór przed najeźdźcami. W ich wierzeniach była bowiem mowa o powrocie Boga Wirakoczy, który miał przybyć zza oceanu. W przeciwieństwie do rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, bóstwo miało jasną karnację i długą białą brodę. Dlatego też konkwistadorzy pierwotnie uznani zostali za posłańców Wirakoczy. Czyżby zatem ślad po odwiedzinach brodatych wikingów w Peru zachował się w tym micie i zwiódł Inków, ostatecznie doprowadzając do upadku ich państwa? Na chwilę obecną wszystko to musi pozostać w sferze spekulacji i luźnych teorii… Teorii, które mogą wydawać się kontrowersyjne, jednak warto o nich wspomnieć, niezależnie, czy uważamy je za prawdziwe, czy też nie.

 Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

piątek, 5 sierpnia 2022

Kelpie

 

Kelpie
ChatGPT

Jednym ze zwierząt, które od zarania dziejów towarzyszyło człowiekowi, jest koń. Fascynację tym ssakiem widać także w wierzeniach z wielu kultur. Na blogu omówiliśmy już sobie upiornego Helhesta z Danii. Koni dosiadali także irlandzcy Dullahanowie. Również woda stanowiła istotny element podań o nadprzyrodzonych istotach. To pod powierzchnią jezior czaiły się niebezpieczne nordyckie Nøkki i to na dnie morza swój pałac miała Bogini Rán. Dziś połączymy sobie te dwie fascynacje i opowiemy o postaci konia nierozerwalnie związanego z wodą. Przed Wami celtycki Kelpie.

Nazwa pochodzi prawdopodobnie od szkockiego słowa cailpeach, oznaczającego źrebaka. Śladów wierzeń w tę istotę można doszukiwać się już u Piktów (plemię, które zamieszkiwało ongiś Szkocję) między VI a IX wiekiem. Niedaleko szkockiej miejscowości Inverurie znajduje się kamień z inskrypcjami, które przez niektórych interpretowane są jako wyobrażenia tej wodnej istoty.

Kelpie pojawiał się przy potokach i rzekach, najczęściej jako biały lub siwy wierzchowiec (w niektórych wersjach czarny, jak piekło). Z natury był łagodny, jednak nie należało próbować go dosiadać. Kiedy człowiek wsiał na grzbiet istoty, ta szarżowała w stronę wody, by utopić jeźdźca. Już w tym momencie pojawia się skojarzenie do skandynawskich Nøkków, które również przybierały postacie koni i potrafiły utopić kogoś, kto je dosiadł. W części Skandynawii znany był jako Bäckhästen, czyli dosłownie Koń Potokowy.

Kelpie również potrafił zamienić się w człekokształtną istotę. Co go jednak odróżniało, to mocne owłosienie ciała i sine zabarwienie skóry, jak u topielca. W Szkocji wierzono, że nawet gdy zamienił się w człowieka, pozostawały mu końskie kopyta. Najstarsze zapiski o tej charakterystycznej cesze pochodzą jednak z czasów po chrystianizacji i zostały spisane przez mnichów – być może więc był to element, który miał upodobnić Kelpie to diabła, często przedstawianego również z kopytami, rogami i ogonem. Na północnym wybrzeżu istniała również słonowodna odmiana tego stwora, zwana z języka celtyckiego jako Each uisge. To te wodne konie powodowały, iż na morzu powstawały fale, ściągały także sztormy. Powiadano, że grupka sinych ludzi zadomowiła się w cieśninie Minch między szkockim wybrzeżem a Hebrydami i powodowała tam ciągłe burze, zmuszając żeglarzy do szukania innych dróg morskich. Pod postacią koni tak samo kusiły ludzi, by ich dosiąść. Jednak gdy człowiek wsiadł na grzbiet stwora ten stawał się tak lepki, że nie można było od niego się oderwać. Czasami samo dotknięcie istoty lub pogłaskanie jej, w przekonaniu, że to zwyczajny koń, wystarczyło, by człowiek przykleił się na stałe. Następnie porywał swoją ofiarę na dno morza, gdzie zjadał go całego… Oprócz wątroby (widocznie to najmniej smaczny kawałek człowieka).


Źródło: https://sco.wikipedia.org/wiki/Kelpie,
data odczytu: 04.08.2022

Powszechne są wariacje podania o grupce dzieci, która dosiada Kelpie. Jedno z nich nie zawsze chce wsiąść i tylko głaszcze istotę. Kiedy okazuje się, że żadne z nich nie może się oderwać od skóry stwora, jedyne dziecko, które nań nie wsiadło potrafi się ocalić poprzez odcięcie sobie palców lub całej dłoni, tylko po to by być bezradnym i okaleczonym świadkiem, jak jego przyjaciele giną w pod taflą wody.

Kelpie pojawiały się przeważnie podczas mgły. Można je było odróżnić od zwykłych koni, ponieważ te ostatnie panicznie ich się bały. Stwory wykorzystywały to i umyślnie potrafiły straszyć ludzkie wierzchowce, by te zrzucały z grzbietów swoich jeźdźców. Czasami oddalały się od swoich zbiorników, zwabione zapachem pieczonego mięsa. Taki Kelpie potrafił podejść nawet pod ludzkie domostwa.

W Irlandii podobne istoty nazywano Aughisky. Wierzono jednak, że dosiadanie ich nie było pewnym wyrokiem. Jeśli udało się uwięzić stwora do czasu jego ujeżdżenia i osiodłania, ten stawał się nad wyraz dobrym wierzchowcem i już nie porywał jeźdźca pod wodę. Również potomstwo Kelpie i konia wyróżniało się na tle innych wierzchowców. Taka krzyżówka nigdy nie tonęła w wodzie. W późniejszych wiekach chrześcijaństwo również wymyśliło sposób osiodłania Kelpie – mianowicie przed pierwszym dosiadaniem stwora należało mu założyć na głowię kantar z krzyżem. Zaczerpnięto również sposób znany z polowań na wilkołaki – srebrne kule mogły skutecznie zabić istotę, a jej ciało zamieniało się w resztki wodorostów, darń i wodnistej masy podobnej do ciał meduz.

Wariacja wierzenia z wyspy Mann wspomina o Glashtynie, wodnym koniu lub wodnym byku, który również wciągał pod wodę ludzi, w szczególności kobiety. Potrafił także pojawiać się w postaci pół-byka lub pół-konia i pół-człowieka (czyżby inspiracja greckim Minotaurem?). Jeśli przybierał ludzką postać to robił to nieudolnie i można go było rozpoznać po końskich lub krowich uszach. Glashtyn polował nocami a płoszyło go pianie koguta.

Co ciekawe, podobne wierzenie pojawia się w podaniach oddalonego o tysiące kilometrów indiańskiego plemienia Miskito, zamieszkującego środkową Amerykę. Wihwin, bo tak go zwano, latem przebywał w pobliżu słodkich zbiorników wodnych, a zimą wracał na nadmorskie wybrzeże. Podobnie jak Glashtyn żerował tylko nocą. Jako, że konie (przynajmniej nam współczesne) nie występowały pierwotnie w Ameryce, przypuszczam, że pierwsze podania o nich przywędrowały ze Starego Świata, być może od irlandzkich osadników i zostały wkomponowane w miejscowe legendy.

Co ciekawe, starsze opowieści o słynnym Potworze z Loch Ness opisują go bardziej jako istotę podobną do konia, niż do dinozaura. Być może więc ludzie niepotrzebnie szukają olbrzymiej istoty, kształtem przypominającej plezjozaura, a być może powinni wypatrywać nadnaturalnego wierzchowca podczas mglistych poranków nad tym szkockim jeziorem.

Wiara w Kelpie to przestroga przez zdradziecką wodą. To także ostrzeżenie, by uważać na to, co nieznane. Tak więc kiedy następnym razem znajdziecie się nad jakimś zbiornikiem wodnym, zwłaszcza w mglisty poranek, uważajcie na siebie.

Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

piątek, 22 lipca 2022

Ataki wikingów na Wyspy Brytyjskie przed rokiem 793

 

Źródło: https://www.military-history.org/feature/the-myth-of-the-invincible-vikings.htm,
data odczytu: 21.07.2022


Przyjmuje się, że Epoka Wikingów zaczęła się dość gwałtownie, niczym apokaliptyczna zagłada, 8 czerwca 793 roku, kiedy to został złupiony klasztor na wyspie Lindisfarne, co zostało opisane w Kronice Anglosaskiej:

793 rok A.D. Tego roku nadeszły złowieszcze znaki nad ziemię Nortumbrii, przerażające ludzi najbardziej: Były to ogromne świetlne pioruny pędzące w powietrzu, trąby powietrzne i ogniste smoki lecące po firmamencie. Po tych strasznych znakach nastąpił wielki głód: niedługo później, szóstego dnia przed idami czerwcowymi tego samego roku, wstrząsające najazdy pogan dokonały zniszczeń w Kościele Bożym na Świętej Wyspie, plądrując i mordując[1].

Atak na Lindisfarne był najbardziej przerażającym i znanym przykładem napadu skandynawskich wojowników na angielskie ziemie. Był też najbardziej znaczący, ponieważ pierwszy raz złupiono chrześcijańską świątynie. Jednak dziś musimy umniejszyć jego znaczeniu, wskazując starcia, do których doszło przed tym symbolicznym początkiem Epoki Wikingów.

Wspomniana Kronika Anglosaska omawia inny atak, do którego doszło w 787 roku, a więc na kila lat wcześniej:

W tym roku król Beorhtric wziął sobie za żonę Edburge, córkę Offy. I za jego czasów przybyły trzy statki Ludzi Północy z krainy rabusiów. Urzędnik (ang. reeve) znalazł ich i miał odwieźć do miasta królewskiego, bowiem nie wiedział, kim są. I tam został zabity. To były pierwsze statki Duńczyków, które szukały ziemi narodu Angielskiego.

Przypuszcza się, że atak mógł mieć miejsce dwa lata później, niż jest wspomniane w kronice, kiedy wikińskie drakkary dopłynęły do wybrzeży Dorset oraz do wyspy Portland. Urzędnik miał nazywać się Beaduheard i liczył sobie ponad 30 wiosen. Prawdopodobnie piastował stanowisko w Dorchester. Usłyszawszy o przybyciu obcych miał wskoczyć na konia i wespół z kilkoma ludźmi udać się do portu. Pretekstem do jego zabicia rzekomo był rozkazujący ton, w jakim przemawiał do Skandynawów.

Wspomniany atak nie mógł być jedyny. W 792 roku, a więc ciągle rok przed atakiem na Lindisfarne, Offa, król Mercii i teść Beorhtrica wzywał w dekrecie mieszkańców Kentu do obrony przed pogańskimi ludami. Rozporządzenie to zwalniało także kościoły z podatku z jednym wyjątkiem – sytuacji, w której złoto potrzebne byłoby na sfinansowanie obrony przed najeźdźcami w wiosłowych statkach (a więc w drakkarach).

Kronika Anglosaska w dużej mierze skupia się na dziejach Wessexu, które wysuwa się przed inne angielskie królestwa. Być może to jest jeden z powodów, dlaczego tak mało wiemy o wikińskich atakach przed Lindisfarne – Dorset, Kent czy Nortumbria nie były wtedy jeszcze w kręgu zainteresowania kronikarzy, a inne lokalne dokumenty mogły nie dotrwać do naszych czasów, ulegając zniszczeniu nawet podczas skandynawskich najazdów.

To kolejne wydarzenia, tak jak opisane dzieje Yngvara Wysokiego, które nakazują zadać sobie pytanie, czy słusznie przyjmuje się atak na Lindisfarne jako początek Epoki Wikingów. Zostawiam Was, drodzy czytelnicy z tym pytaniem, tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.


[1] Wstęp do roku 793 w Kronice Anglosaskiej

piątek, 8 lipca 2022

Sigfred, Anulo i Reginfrid

Sigfred
Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Sigfred_-_Sigurd_-_Sigifridus_-_Sigfridus_%28dansk_konge,_%3F_-_777-798_-_%3F_%29.jpg, data odczytu 08.07.2022

W 810 roku prowadząc kampanię przeciw Frankom we Fryzji ginie duński król Godfred. Jego następca, Hemming, pospiesznie zawarł rozejm z Karolem Wielkim. Nowy władca nie nacieszył się królewskim tytułem zbyt długo, ponieważ już w 812 roku zmarł. W Danii rozgorzała walka o władzę. Jednym z pretendentów do tronu był Sigfred, brat lub kuzyn Hemminga (wiemy jedynie, że był bratankiem Godfreda).

O tron wystąpił jednak inny krewniak Godfreda, Anulo (zwany też Ale – zbieżność nazw do piwa jest przypadkowa). Jego imię podobne jest do zawartego w Beowulfie imienia Onel lub innego wariantu, Áli. Anulo był prawdopodobnie synem Halfdana, który złożył hołd Karolowi Wielkiemu w 807 roku, tak więc jego linia krwi również dawała mu prawa do królewskiego tytułu. A niestety w ludzkiej naturze jest chęć walki o władzę, która pchnęła tych dwóch krewnych przeciwko sobie.

Anulo
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Anulo,
data odczytu: 08.07.2022


Między krewnymi doszło do bitwy, w której miało zginąć, jak dokładnie podają kroniki frankijskie, 10 940 ludzi. Sam Sigfred pobił rekord swojego poprzednika i panował jeszcze krócej niż Hemming – nie minął nawet rok, gdy zginął w walnej bitwie nad brzegiem morza z Anulo... Tak samo, jak ten ostatni. Strona Anulo odniosła jednak zwycięstwo i na tronie obsadziła dwóch kolejnych braci lub kuzynów Hemminga, Reginfrida i Haralda Klaka. Prawdopodobnie cała trójka (wliczając w to zabitego Anulo) była zwolennikami pokoju z Frankami, co mogło być głównym punktem, w którym nie zgadzali się z innymi potomkami Godfreda, jak chociażby z Sigfredem. Widać potwierdzenie tego już w pierwszych działaniach Reginfrida i Haralda, którzy wysłali posłów do Karola Wielkiego w celu odnowienia pokoju i granic na rzece Eider oraz uwolnienia ich kolejnego brata, który był przetrzymywany jako zakładnik polityczny na frankijskim dworze. Prawdopodobnie ów brat, lub jak możemy się już domyśleć, być może kuzyn, także miał na imię Hemming. Niestety, Saxo Gramatyk jest nie jest tu zbyt pomocny i myli w swej kronice czasami stopnie pokrewieństwa w duńskich rodach, co przy powtarzających się imionach nie ułatwia sprawy.

Następny rok, 813, przyniósł jednak dalsze dynastyczne spory. Pięciu synów Godfreda, którzy przebywali w szwedzkiej Skanii, upomniało się o duński tron. Wykorzystali fakt, że Reginfrid i Harald udali się do południowej Norwegii by tłumić bunt w Vestfold i zajęli Jutlandię. Po powrocie braci, ku ich zdziwieniu, wygnali ich z kraju.

Rok później Reginfrid i Harald wrócili do Danii, próbując odzyskać władzę. Udało im się zabić jednego z synów Godfreda, jednak sam Reginfrid również poniósł śmierć, a Harald Klak zmuszony był uciekać. Legendy głoszą, że Reginfrid jakimś cudem uszedł z życiem, ale nie miał już ambicji by odzyskać tron i zajął się piractwem, jednak jest to mało prawdopodobne.

Co się tyczy Haralda Klaka, to wróci na strony mojego bloga, ponieważ odegrał w późniejszych latach większą rolę w walkach o tron Danii… Ale to już historia na inny dzień.

Tradycyjne podziękowania kieruję dla Piotra Brachowicza, za wspieranie mojego bloga. Jeśli również chcecie dołożyć swoją cegiełkę, zapraszam do odwiedzenia mojego profilu na Patronite. Zachęcam również do udostępniania linków do moich artykułów lub do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku.

czwartek, 23 czerwca 2022

Polewik

 

Źródło: https://www.slawoslaw.pl/polewik-opiekun-pol-i-roli/,
data odczytu: 23.06.2022

Wśród Słowian była powszechna wiara w rożne istoty, bezpośrednio związane z poszczególnymi dziedzinami życia.  Jednym z głównych sposobów życia w danych wiekach była praca na roli. Nic więc dziwnego, że wiele duchów i stworów w wierzeniach naszych przodków zajmowało się tym, co związane z rolnictwem. Wśród nich można wymieniać omawianą kiedyś Południcę (której to poświęcony artykuł został zilustrowany przez Asię Gondek). Dziś omówimy sobie innego ducha, który był również istotny dla chłopów w ich codziennej pracy.

Polewik (znany też jako Polewoj, Żytni Dziad lub Polowy Diabeł na Ukrainie), bo o nim mowa, zamieszkiwał obsiane zbożem pola. Mieszkał wśród dojrzewających łanów i opiekował się nimi. Strzegł także zakopanych na polu skarbów. Ci, którzy go dostrzegli opowiadali o niskim sędziwym człowieczku, który miał skórę koloru ziemi a zamiast włosów i brody wyrastały mu kłosy zbóż. Takie owłosienie zmieniało kolor wraz z porami roku – od zielonego na wiosnę po złote w czasie żniw. Ich wzrost również się zmieniał – im wyższe było otaczające ich zboże, tym większe były one same, czym przypominały polną odmianę leszych (te leśne duchy były tak wysokie, jak otaczający je drzewostan). Nosił zazwyczaj białą koszulę. Na Wschodzie wierzono, że potrafi także przybierać postać dziecka ukazującego się wśród łanów, ptaka czy innego polnego zwierzęcia. Pod postacią człowieka mógł ciągle przejawiać zwierzęce cechy, dla przykładu, mieć rogi, skrzydła lub zwierzęce łapy miast dłoni. Często uważano go za męski odpowiednik Południc, jednak w przeciwieństwie do żeńskich demonów, były mniej wrogie wobec śmiertelników.

Nie znaczy to jednak, że nie trzeba było czuć przed nimi respektu albo nawet strachu. Jeśli spacerując w południe lub o zmierzchu po miedzy znalazł śpiącego a nie pracującego chłopa, mógł go w złości podduszać, kopać, deptać po jego żebrach lub zesłać chorobę. Potrafił się szczególnie rozsierdzić, jeśli człowiek był pijany – taka osoba mogła zostać wyprowadzana przez ducha na manowce (stąd prawdopodobnie pochodzi współczesne wyrażenie wyprowadzić kogoś w pole), a nawet postradać życie w konfrontacji ze stworem. Na Rusi przypisywano mu wynalezienie alkoholu, który następnie gubił jego ofiary. Zapewne miało to być przestrogą przed spożywaniem alkoholu podczas pracy, nieostrożnym zasypianiu w niebezpiecznych miejscach i o niebezpiecznych porach, kiedy to w południe żar słoneczny (lub Południca) mógł spowodować udar słoneczny albo też pod wieczór, gdy na drogach i polach wychodziło więcej dzikich zwierząt i zbójców. Wieczorami także można było nabawić się chory, jeśli w zimny wieczór ktoś zasnął na ziemi i przemarzł.

Źródło: https://brendan-noble.com/polewik-polevik-slavic-spirit-of-the-fields-slavic-mythology-saturday/,
data odczytu: 23.06.2022


Polewik, któremu ludzie nie zaszli na skórę, mógł być pomocny. Odprowadzał zagubione w polu dzieci lub bydło, które odeszło za daleko od pastwiska. Dbał o dobre zdrowie zboża lub chronił je przed gradem i wirami powietrznymi. Jeśli gospodarz był z nim w dobrych układach, burza mogła zniszczyć wszystkie pola dookoła, ale oszczędzić zboże człowieka, którego duch darzył sympatią. By przypodobać się Polewikowi można była zostać dla niego strawę na miedzy (w szczególności upodobały sobie kurze jajka). Warunek był jeden – nikt inny nie mógł tego widzieć ani o tym wiedzieć. W Przeciwnym wypadku stworek wpadał w nieuzasadnioną złość i zamiast pomagać, zaczynał szkodzić. Pod tym względem różnił się od Południcy, która nie była zbyt przekupna. Na terenach Białorusi zachowała się legenda, w której dwóch głodnych wędrowców napotkało Polewika. Poprosili go o jedzenie. Ten dał chleb, ale tylko jednemu z nich – temu, który miał na dłoniach odciski od ciężkiej pracy w polu.

Chrześcijaństwo starało się degradować znaczenie Polewników, przypisując im demoniczne moce i wrogą naturę wobec człowieka. W późniejszych wiekach straszono nimi dzieci, które nieostrożnie bawiły się w polu, zwłaszcza w trakcie żniw. Misjonarze dopisali im także nową genezę – miały to być anioły, strącone z Nieba za bunt przeciw Bogu.

Kiedy nastawał czas żniw trzeba było być szczególnie ostrożnym. Żytni Dziad uciekał przez kosą czy też sierpem chłopa, aż w końcu znajdywał schronienie w ostatnim łanach zboża. Taki snop, nazywany Diduchem należało ostrożnie i z należytym szacunkiem ściąć i zanieść do stodoły. Przenoszeniu kryjówki Polewika mogły towarzyszyć śpiewy i inne rytuały. Następnie snop stawiano w kącie i nikt nie mógł go dotknąć lub w inny sposób zakłócać zimowego snu duszka. Jeśli Polewik został obudzony w zimie, mógł w akcje zemsty zasypać pobliskie rowy śniegiem, tak, że niczego nieświadomy człowiek, myśląc, iż pod białym puchem jest dalej droga, zapadał się w nich. Niedopełnienie obowiązków z odpowiednim przechowaniem snopa zamieszkałego przez Żytniego Dziada mogło skutkować także tym, iż w następnym roku nikt nie zajmie się polem lub nawet ześle na nie nieurodzaj. Co ciekawe, taki ostatni snop Słowianie Wschodni nazywali brodą Wesela, boga zaświatów, który także mógł patronować bydłu, jak czynił to sam Polewik. Również zwierzęce elementy jego wyglądu, takie jak rogi czy ogon, mogą sugerować wcześniejsze, zapomniane więzi z bydłem. Czy zatem polne duchy były sługami Welesa, czy może też jego wizerunkiem, zdegradowanym przez chrześcijaństwo?

Na koniec tradycyjnie chciałbym podziękować Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie moje twórczości. Jeśli i Ty chcesz grosza dać wikingowi, zapraszam na mój profil na Patronite. Możesz mnie wesprzeć także niefinansowo - jeśli podobał Ci się ten artykuł, udostępnij, bym mógł dotrzeć do większego grona czytelników. Ponadto zachęcam do odwiedzenia mojej strony na Facebooku

Dziś również ponawiam prośbę o wsparcia projektu Alana Gajewskiego, którego ilustracje pojawiały się na blogu. Jeśli lubicie komiksy, wikingów, kosmiczne klimaty lub wikingów (bo tych nigdy za wiele na moim blogu) to zachęcam do wsparcia projektu Alana na Kickstarterze.