piątek, 30 lipca 2021

Nøkk

Nøkken
 Theodor Kittelsen, 1904 rok


Woda od zawsze fascynowała i jednocześnie przerażała ludzi. Podróżnicy wypływali na bezkresne morza i oceany szukając nowych ziem i przecierając szlaki. W ich opowieściach gościły również przerażające morskie stworzenia, jak grasujący na północnym Atlantyku Kraken. Nie inaczej było z mniejszymi zbiornikami jak zatoki, jeziora i rzeki. Stanowiły drogi komunikacji, dostarczały pożywienia, ale i budziły grozę. To w ich głębinach czaiły się przenajróżniejsze istoty, jedne bardziej przychylne człowiekowi, inne mniej. Wśród mieszkańców Skandynawii powszechna była wiara w Nøkki, złowrogie duchy, które topiły śmiertelników.

Nøkki (forma określona w norweskim Nøkken) zamieszkiwały wszystkie słodkie zbiorniki wodne Północnej Europy, od rzek po jeziora. Etymologia nazwy (zapisywanej także jako Nykk lub Niks) wywodzi się od starogermańskiego nikwus oznaczającego mycie, pranie, podmywanie. Z tego samego słowa wywodzą się staro angielskie nicor oraz wysokoniemieckie (grupa języków germańskich) nihhus którym można określić stworzenia wodne jaki i potwory. Nøkki występowały zarówno formie męskiej, jak i żeńskiej. Samce mogły ukazywać się jako grajkowie z skrzypcami, na których wygrywały piękne melodie. Samice, niczym syreny, potrafiły kusić swoimi wdziękami. Przybierały także postaci zwierząt. Nøkk pod postacią białego lub siwego konia mógł porwać człowieka, który go dosiadł i utopić w wodzie. Stwory zmieniały swoją postać nie tylko w inne istoty żywe, ale także w rośliny i przedmioty. Pływająca kłoda, czy opuszczona tratwa również mogły okazać się zakamuflowanym potworem. Jednak w swej prawdziwej formie były oślizgłymi stworami o świecących oczach i ostrych kłach, często z wodorostami zamiast włosów lub brody.

Nøkki przetrwały chrystianizację Skandynawii. Wierzono, że były wyjątkowo groźne dla kobiet w ciąży i nieochrzczonych dzieci. Niektóre podania wspominały, iż Nøkkami stawały się dusze ludzi, które nie zaznały zbawienia po śmierci i zostały skazane na wieczną tułaczkę w pobliżu zbiorników wodnych.

Nøkken
Katherine Rasmussen


Niektóre Nøkki oczekiwały składania ofiar. Miejscowa ludność, by udobruchać stwora i uchronić się przed utopieniami swoich bliskich, ofiarowała co mogła. Mile widziana było upuszczenie krwi do zbiornika wodnego, poświęcenie czarnego zwierzęcia lub wrzucenie w odmęty wody drogiego alkoholu. Zaspokojony Nøkk nie topił miejscowych a nawet potrafił pomóc. Uważano, iż są świetnymi muzykami. Osoby, które chciały uzyskać niesamowite brzmienie swoich instrumentów, zostawiały je nad brzegiem wody. Kiedy po jakimś czasie wracały po nie, były one nastrojone tak perfekcyjnie, jak nie zrobiłby tego żaden śmiertelnik. Czasami potrafiły także uczyć ludzi gry na instrumentach, w zamian za obietnicę modlitwy w ich intencji – wszak jako istoty niedopuszczone do zbawienia chciały znaleźć cień szansy na spokojną wieczność. Na muzyczne talenty potwora trzeba było jednak uważać. Bywało i tak, iż grając zaczarowane melodie na skrzypcach lub harfie zwabiał kolejne ofiary do siebie (chociaż ten drugi instrument często utożsamiany jest z inną istotą, Fossegrimem, ale o nim opowiemy sobie innym razem).

Spotkałem się z dwiema wersjami wydarzeń, co działo się z ofiarami Nøkka. Wedle jednej, były one po prostu zjadane. Natomiast wedle innej wersji trafiały jako nieumarłe sługi do podwodnej siedziby stwora. Opisy wspominają o pałacu o zielonych ścianach znajdującym się na dnie danego jeziora lub rzeki. Tam, przez całą wieczność, zarówno utopieni ludzie jak i zwierzęta, służyły Nøkkowi. By uchronić się przed porwaniem w głąb wody można było nosić przy sobie jakiś stalowy przedmiot. Mogła to być igła, krzyżyk lub małe narzędzie. Rzucone w stronę płynącego stwora skutecznie mogło go odstraszać. Wspomóc można się było również krzycząc na istotę, lub wypowiadając słowa modlitwy.

Od nazwy stwora pochodzi potoczne miano lilii wodnych w Norwegii – kwiaty Nøkka lub róże Nøkka. Ponoć zerwane lilii ze zbiornika zamieszkanego przez tą istotę powodowało jej gniew i dawało kolejny powód, by wciągnąć złodzieja pod powierzchnię wody.

Nøkken krzyczy
Theodor Kittelsen, 1910 rok


Wzmianki o Nøkkach pojawiały się już w epoce wikingów, jednak wyobrażenia, jakie przytaczam, ukształtowały się w renesansie. Przejawiają wiele wspólnych cech ze wspomnianymi Fossegrimami, celtyckimi Kelpie, które też przybierały postacie koni, japońskimi Kappami, czy w końcu naszymi słowiańskimi Utopcami oraz Wodnikami. Wszystkie te istoty mogły pozbawić człowieka życia, topiąc go w swoim zbiorniku wodnym. Dziś można uznać, że straszenie nimi było sposobem ostrzegania przed niebezpieczną wodą i sposobem, by zachować ostrożność, nawet w miejscach, które się zna. Widać to zwłaszcza przy przestrogach przed zbieraniem lilii wodnych – pozornie spokojna woda, na której te rośliny żyją, mogła skrywać niebezpieczne, muliste dno. Dlatego po przeczytaniu dzisiejszego artykułu, niech każdy z Was uważa wybierając się nad wodę – nigdy nie wiadomo, gdzie Nøkk mógł zrobić sobie siedlisko.

Na sam koniec chciałbym tradycyjnie zaprosić do odwiedzania mojego profilu na Facebooku a także podziękować Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojej twórczości na Patronite.

piątek, 16 lipca 2021

Miecze Ulfberhta

 

Źródło: https://www.tf.uni-kiel.de/matwis/amat/iss/kap_b/illustr/ib_4_2.html,
data odczytu: 14.07.2021

Kiedy pojawia się droga i dobra rzecz znanej marki, w krótkim czasie rynek zalewają również jej podróbki, niekoniecznie utrzymujące jakość i standard wykonania pierwowzoru. Nie jest to jednak zjawisko współczesne, gdyż i w średniowieczu podrabiano znanych rzemieślników i ich markowe produkty. Doskonałym przykładem mogą być bronie wykuwane przez kowala imieniem Ulfberht.

Do naszych czasów dotrwało 166-170 mieczy wykonanych przez Ulfberhta  i jego naśladowców. Cechą charakterystyczną i swoistym znakiem towarowym ze średniowiecza, jest wygrawerowany na nich napis +VLFBERH+T.  Druga strona ostrza zawiera różne wersje plecionych wzorów lub inne inskrypcje. Miecze ze wspomnianynm napisem znajdywano na terenie całej Europy, najwięcej w Norwegii i Finladnii. Powstawały między IX a XI wiekiem, tak więc nie mogły wyjść spod młota jednego kowala. Wszystkie miały podobne wymiary i wagę – średnią długość ok. 90 cm, szerokość ostrza 5 cm oraz wagę w przybliżeniu 1,2 kg. Była to broń jednoręczna, obosieczna. Wykonane były z wysokonawęglonej stali tyglowej, czyli takiego stopu, który zawierał domieszkę węgla na poziomie 1,5-2%. Proces wymagał wytwarzania oręża w wysokiej temperaturze ponad 1600 stopni Celsjusza, co jest zagadką dla ekspertów w sprawie broni, gdyż piece z tamtej epoki nie byłyby w stanie wytworzyć takiego ciepła. Kształt ostrza był formą przejściową pomiędzy mieczami używanymi w epoce wikingów a ostrzami rycerzy z czasów wypraw krzyżowych. Miecze Ulfberhta były twardsze a jednocześnie mniej kruche i lżejsze, niż typowe ostrza stosowane w średniowieczu.

Niektóre znalezione miecze odbiegają standardem wykonania i jakością materiałów od innych, przez co uważa się je za podróbki (utożsamiane między innymi z inskrypcją  +VLFBERH+, +VLFBERTH). Po przebadaniu większości ze znalezionych mieczy eksperci doszli do wniosku, że najwyższą jakością cechują się te okazy, które mają wygrawerowaną inskrypcję +VLFBERH+T oraz +VLFBERHT+ - wskazywałoby, iż to one były oryginalnymi i licznie naśladowanymi oryginałami. Ulfberht przekazał zapewne wiedzę o produkcji swojej broni uczniom lub potomkom. Jakość jego mieczy i idące za nią ceny były zapewne na tyle kuszące, że każdy kowal czy sprzedawca broni chciał mieć do zaoferowania ostrza opatrzone inskrypcją +VLFBERH+T. Przypuszcza się, że pierwsze miecze jak i ich wykonawca pochodziły gdzieś z terenów Nadrenii, jednak, jak już wspomniałem, najwięcej znalezisk pochodzi ze Skandynawii. Powszechnie uważa się, że taka liczba znalezisk spowodowana jest sposobem, w jakim dokonywano pochówków. Skandynawowie, w przeciwieństwie do chrześcijańskich wojowników, byli chowani do grobów ze swoją bronią. Tym samym to dzięki wikińskim obrzędom pogrzebowym kilkadziesiąt ostrzy Ulfberhta zachowało się do naszych czasów właśnie na północy Europy. Wysokowęglową stal, potrzebną do wytwarzania tych znakomitych mieczy, mógł sprowadzać z Bliskiego Wschodu, przez Ruś a następnie Wołgę. 

Tajemnicą Ulfberhta pozostanie zapewne, jak doszedł do tak niesłychanej receptury stali, która pozwoliła mu tworzyć znakomite miecze. Podobnie jak bronie wytworzone ze stali damasceńskiej, jego ostrza wyprzedzały epokę, w której żył.

Temat znalezisk nie jest zamknięty. W 2008 roku w Szwecji pewna ośmiolatka znalazła w jeziorze miecz z epoki wikingów. Znaleziska takie jak to pokazują, że na świecie ciągle może być wiele broni, które tylko czekają, aż zostaną odnalezione. Wiele z nich może okazać się mieczami Ulfberhta lub jego naśladowców.

Dla chętnych, którzy chcą dowiedzieć się, jak mogła wyglądać produkcja mieczy przez Ulfberhta, polecam poniższy film:


Na sam koniec tradycyjne podziękowania dla Piotra Brachowicza za wspieranie mojej twórczości. Dla tych, którzy chcą również dorzucić swoją cegiełkę, zapraszam na portal na Patronite. Zachęcam również do odwiedzenia mojej strony na Facebooku.

piątek, 2 lipca 2021

Miernik i Granicznik


Źródło: http://zdlugopisa.blogspot.com/2017/09/granicznik.html,
data odczytu: 01.07.2021

Ostatnimi czasy miałem wiele problemów z przeprowadzeniem pewnych prac geodezyjnych. Cała sytuacja przypomniała mi o wierzeniach naszych przodków w kary, jakie spotykają nieuczciwych ludzi (zwłaszcza urzędników). Dziś omówimy sobie dwa rodzaje istot, które po śmierci musiały pokutować za oszustwa, których dopuściły się za życia.

Współcześnie każdy ma mniejsze lub większe wykształcenie. Mamy też wyspecjalizowane sprzęty jak wagi różnych rodzajów, miarki do sprawdzania objętości, mierniki do wyznaczania długości czy innych właściwości obiektów. No i jest Internet, gdzie wszystko można zweryfikować, czy przynajmniej uzyskać podpowiedzi, gdzie szukać informacji. W dawnych wiekach nie było jednak tych dobrodziejstw i pomiarami zajmowali się tylko wyspecjalizowani ludzie. Same przyrządy też były mniej precyzyjne i bardziej skomplikowane w obsłudze. Nie wystarczyło tylko naciśnięcie przycisku, by dokonać pomiaru – kto korzystał chociażby z wagi lekarskiej, ten wie o czym mówię.

Oszukiwać więc mogli kupcy, ważąc skupywane lub sprzedawane towary albo geometrzy (geodeci), wyznaczający granice pól na wsiach. Zaniżanie wagi przy skupowaniu zboża, czy zawyżanie przy sprzedawaniu dóbr (albo oszukiwanie, jak chrzczenie piwa) mogło spotkać każdego prostego chłopa. Przykładowo, przy skupywaniu ziarna przez młynarzy, miarą potrząsano lub nawet ugniatano, by więcej zboża ułożyło się jak najciaśniej i weszło do środka. Tych praktyk nie stosowano jednak przy sprzedaży, by była większa objętość, gdyż w dawnych wiekach nie ważono tego towaru, ale mierzono właśnie ze względu na objętość. Prostemu chłopu ciężko było dojść swoich racji, bowiem jak udowodnić, że został potraktowany niesprawiedliwie? Tak samo było z pomiarami gruntów, gdy rolnik najczęściej tracił cześć swojej ziemi na rzecz wpływowego sąsiada czy też lokalnego pana, gdyż według geometrów/geodetów wcześniejsze granice były źle wytoczone, albo miedza została wyznaczona w złym miejscu. W społeczeństwie opartym na rolnictwie ziemia zapewniała pożywienie i dochód. Mniej arów to mniej pieniędzy i trudniejszy żywot. Nic dziwnego, że takie praktyki budziły nieufność a także poczucie krzywdy. Nie widząc szans na sprawiedliwość na tym świecie wśród ludu zaczęto wierzyć w pokutę w zaświatach, na którą oszuści byli skazywani.

Przykładem takiego pokutnika w zaświatach miał być Jakub Gibboni (nazwisko spolszczane też jako Dziboni), syn włoskiego hutnika Jana Gibboniego, który w XVII wieku zarządzał przedsiębiorstwem hutniczym w Studziannie (obecnie powiat przysuski w województwie mazowieckim). Oszukiwał chłopów na wagach żelaza. Po jego śmierci w 1709 roku jego duch zaczął nawiedzać własne przedsiębiorstwo, prosząc pracowników o zamienienie oszukanej wagi na prawdziwą. Błagając przyznawał, że dopóki to się nie stanie, będzie cierpiał męki w piekle. Historia była na tyle znana (lub nawiedzenia zdarzały się tak często), iż została opisana nawet w kronice traktującej o wydarzeniach historycznych w Studziannie. Gibboni stał się po śmierci duchem, którego nasi przodkowie nazywali miernikiem. Innym przykładem miernika, a raczej mierniczki, może być karczmarka z powiatu szamotulskiego w Wielkopolsce, która oszukiwała chłopów na podawanych trunkach. Ślady jej przewinień zachowały się polichromii w kościele św. Mikołaja we wsi Słopanowo. Widnieje na niej diabeł, który porywa oszustkę do piekła. Nad nią napisał także powód pokuty – Bo nie dolewała. W wielu miejscowościach również zachowały się podania o młynach, opuszczonych lub nie, z których nocami dobiegały odgłosy pracy lub smętne zawodzenie. Miały to być dusze młynarzy, którzy fałszowali pomiary skupowanego ziarna za życia i teraz muszą wykonywać swoją pracę przez całą wieczność.


Źródło: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:Diabe%C5%82_zabiera_karczmark%C4%99_-_S%C5%82opanowo_-_001101_3_tab_KLWII_p.jpg, data odczytu: 01.07.2021

Szczególny typ mierników stanowiły świcki, zwane także granicznikami. To dusze wspomnianych geodetów, którzy po śmierci błąkali się po niesłusznie wytyczonych za życia granicach. Ich karą było wytyczanie pomiarów gruntów przez całą wieczność. Pierwsza nazwa pochodzi od ich wizerunku. Często bowiem widziano nietypowe światło unoszące się nad miedzą. W dzień były to zapewne promienie słoneczne odbijające się od leżących wśród pól narzędzi czy też szkła. W nocy, postacie błędnych ogników, dziś utożsamiane z gazem błotnym. Opisy jednak różniły się znacząco w różnych regionach. Czasami były to postacie na pozór ludzkie, które świeciły własnym światłem. Czasami widma z lampami przemierzające grunty. Innym z kolei razem były to ogromne świece lub latarnie z głową człowieka, albo ludzkie sylwetki z lampą zamiast głowy. Na pewno jednak każde ich wyobrażenie związane było z jakąś formą światła. Większość nie szukała sposobności by krzywdzić ludzi. Kontakty z ich strony miały raczej formę błagalną, by wybawić ich od mąk piekielnych lub nawet ofiarowywały swoją pomoc. Gdy ktoś po ciemku zbłądził drogę, pomagały oświetlić teren i bezpiecznie wrócić. Często też nosiły ze sobą kamienie lub słupki graniczne. Jeśli taki granicznik spytał śmiertelnika, co ma zrobić z przedmiotem, należało mu nakaz odłożenie go na właściwe miejsce (czyli na miejsce sprzed oszukanych pomiarów, których dokonał za życia). Takie przywrócenie właściwego oznaczenia granicy pola uwalniało duszę świcka od niekończącej się pokuty. Zdarzały się jednak wyjątki. Czasami złośliwy granicznik pod postacią błędnego ognika wyprowadzał chłopa w przysłowiowe pole, a ten ginął na mokradłach lub zaatakowany przez zbójców czy też przez dzikiego zwierza.

Wiara w mierniki i graniczniki była chęcią doszukiwania się sprawiedliwości na tym, lub przyszłym świecie. Jedno jest pewne – nie warto oszukiwać innych, by samemu się wzbogacić, gdyż kara za to może trwać przez całą wieczność. A chyba nikt z nas nie chce pozostać na pełnym etacie, zwłaszcza na nocnych zmianach, do końca świata, prawda?

Jeśli podobają Ci się tematy, które tworzę - grosza daj wikingowi i wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do obserwowania profilu na Facebooku. Dziękuję także Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie mojego bloga oraz zapraszam do wyglądania następnego tematu już za dwa tygodnie.

piątek, 18 czerwca 2021

Łódź z Hjortspring

 

Źródło: https://en.natmus.dk/historical-knowledge/denmark/prehistoric-period-until-1050-ad/the-early-iron-age/the-army-from-hjortspring-bog/the-hjortspring-boat/, data odczytu: 17.06.2021

Drakkary, smocze łodzie, są jednym z symboli epoki wikingów. Ich konstrukcja nie jest trudna do rozpoznania – od dziobu reprezentującego smoka lub inne zwierzę, przez długi drewniany pokład z jednym masztem aż po rufę kształtem przypominającą ogon zwierzęcia. Taka budowa statku opiera się na znacznie starszej konstrukcji, której początków można doszukiwać się w prehistorii.

By bliżej poznać historię skandynawskich łodzi przenieśmy się na tereny szwedzkiej gminy Tanum. Ten położony na południu kraju obszar to miejsce w którym znaleziono tysiące petroglifów z epoki brązu. W innych częściach Skandynawii również znaleziono mnóstwo naskalnych rysunków, jednak Tanum jest ewenementem, jeśli chodzi o ich zagęszczenie. Większość z nich powstała między 1700 a 200 rokiem przed naszą erą. O samych petroglifach opowiemy sobie więcej w przyszłości, dziś chciałbym skupić się na jednym z motywów, który dość często na nich występuje, a mianowicie na łodziach.

Statki są drugim najczęstszym motywem przewijającym się wśród petroglifów. Nie posiadają żagli – to raczej czółna, które były napędzane siłą ludzkich mięśni. Przypuszcza się, że niektóre rysunki przestawiały rytuały związane z łodziami, być może nawet ceremonie pogrzebowe. Są to wizerunki długich statków, mieszczących kilka a nawet kilkanaście osób. Niektóre skały przedstawiają nie tylko pojedyncze łodzie, a całą ich flotę.

Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/Rock_Carvings_in_Tanum,
data odczytu: 17.06.2021

Można by uznać, że naskalne rysunki były fantazją ich twórców lub wyobrażeniami scen mitologicznych, gdyby nie odkrycie, do którego doszło w 1921 roku na duńskiej wyspie Als. Z torfowiska Hjortspring Mose wydobyto łódź, datowaną na ok. 400-300 rok p.n.e.. Zarys statku odkopano już w 1880 roku, podczas wydobywania torfu, jednak na prawdziwe wydobycie połączone z badaniami archeologicznymi trzeba było czekać ponad 40 lat. Nazwy grzęzawiska zaczęto używać do określania rodzaju łodzi. I tym sposobem odnaleziony egzemplarz łodzi Hjortspring potwierdził, że petroglify z Tanum nie były tylko wymysłem autorów naskalnych dzieł – istniały i były używany naprawdę od zamierzchłych czasów.

Łódź z Hjortspring została w całości wykonana z drewna lipowego. Poszycie jest wykonane na zakładkę (tzw. klinkierowe) – kolejne warstwy desek nachodzą na wcześniejsze. W podobnym stylu wikingowie budowali tysiąc lat później swoje smocze łodzie. Elementy kadłuba łączone były sznurami zrobionymi z kory lipowej, korzeni świerku i niewyprawionej skóry. Całość uszczelniona została smołą. Dziób i rufa były wzmocnione kołkami i uszczelnione dodatkowo żywicą. Wymiary znaleziska to dziewiętnaście metrów długości i dwa metry szerokości. Konstrukcja nie posiadała masztu i była napędzana przez wioślarzy, siedzących po dwóch w każdym z dziesięciu rzędów ławek. Same wiosła wykonane były z klonowego drewna. Szacuje się, że sprawny statek mógł ważyć ok. 530 kilogramów. Waga nie wydaje się specjalnie duża, jeśli założymy, że załoga liczyła dwadzieścia osób. Łódź, podobnie jak drakkary w epoce wikingów, mogła zostać przeniesiona w razie konieczności przez płyciznę czy nawet przez ląd, do następnego zbiornika wodnego. Z tyłu statku znajdował się prosty ster.

Podobne znaleziska z późniejszych wieków pokazują, że główna konstrukcja była tworzona z jednego kawałka drewna, a drewniane kołki z czasem zostały zastąpione metalowymi nitami. Dzięki powstałej rekonstrukcji udało się ustalić, iż łódź mogła rozwijać prędkość 8 węzłów morskich, czyli niecałe 15 kilometrów na godzinę.

Statek w chwili znalezienia zawierał na swoim pokładzie pokaźną ilość broni oraz innych narzędzi. Dwa miecze zostały celowo wygięte. Ponadto, w czółnie  znaleziono zabitego konia, owcę, cielaka i dwa psy. Przypuszcza się, że cała łódź została zatopiona we w torfowisku specjalnie, co stanowiło element pewnego rodzaju rytualnej ofiary. Prawdopodobnie to właśnie celowe poświęcenie statku w torfowisku pozwoliło mu dotrwać do naszych czasów – podmokły teren zakonserwował go na tysiąclecia.

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Hjortspring_boat,
data odczytu: 17.06.2021

Spotkałem się kiedyś z opinią, że jedną z przyczyn wielkiej ekspansji wikingów na tereny Rusów, Franków i Anglosasów było wynalezienie drakkarów. Teorię tą można po omówieniu dzisiejszego tematu włożyć między bajki – statki od wielu stuleci fascynowały mieszkańców Skandynawii. Ulepszane na przestrzeni wieków, coraz szybsze i większe, jednak wciąż bazujące na konstrukcjach wymyślonych w starożytności. Podsumowując, kadłuby łodzi typu Hjortspring były budowane na zakładkę, napędzała je siła wioślarzy, a lekka konstrukcja pozwalała je w łatwy sposób przenieść po lądzie. Jedyne, co je odróżniało od późniejszych drakkarów to brak masztu. Był to idealny środek transportu, jak na tamte czasy, do podróżowania po Skandynawii. Liczne zatoki, wyspy (sama Dania obejmuje swoim terenem ponad 400 wysp!) oraz rzeki wcinające się głęboko w ląd tworzyły wielką sieć dróg wodnych. Nie dziwi więc fakt, że wikingowie stali się najgroźniejszymi wilkami morskimi swojej epoki – zamiłowanie do żeglugi mieli we krwi od setek pokoleń[1].

I na sam koniec mam dla was współczesną ciekawostkę. Rysunek łodzi z Tanum pojawił się na 50-koronowym banknocie szwedzkim, który może zobaczyć poniżej.

Źródło: https://banknotenews.com/?p=6941,
data odczytu: 17.06.2021

Jeśli podoba Ci się, to co tworzę - grosza daj wikingowi i wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do polubienia mojego profilu na Facebooku. Na koniec chciałbym tradycyjnie podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi.


[1] Stwierdzenie, iż zamiłowanie do żeglugi istniało od setek pokoleń jest oczywiście metaforą. Między czasem powstania łodzi z Hjortspring a epoką wikingów na terenach północnej Europy miało miejsce kilka wędrówek ludów. Spuścizna w postaci konstrukcji łodzi, architektury, uzbrojenia, przechodziła jednak i ewoluowała pomiędzy różnymi plemionami germańskimi południowo- i północnogermańskimi.

piątek, 4 czerwca 2021

Càirn

Park Narodowy Trollheimen w Norwegii
Zbiory własne

Wędrując po leśnych czy górskich szlakach można co jakiś czas zobaczyć namalowane oznaczenia trasy. Mogą to być znaki na korze drzew, budynkach lub na tabliczkach. Co jednak w sytuacji, gdy znajdujemy się w surowym, arktycznym klimacie, teren jest płaski i nie ma na nim żadnych szczególnych punktów orientacyjnych? Ludzkość znalazła sposób by oznaczać drogi w takich miejscach już w prehistorii, tworząc proste budowle z kamienia. Mowa tu o konstrukcji, która w języku gaelickim nazywa się Càirn, co prawdopodobnie pierwotnie oznaczało Róg

Càirny były budowane przez różne kultury, jednak ich konstrukcje są do siebie bardzo podobne. To starannie ułożone na sobie kamienie, tworzące charakterystyczne kopczyki lub wieżyczki. Mogły być uszczelniane piaskiem, mułem rzecznym lub gliną. Niektóre z nich mogły zawierać inne elementy dekoracyjne, mieć wyżłobione otwory lub być pomalowane kolorowymi farbami. Pełniły różne role, nie tylko drogowskazów. Mogły być ustawione w ważnych dla danej religii miejscach, przez co można było je uznać za kapliczki. Zdarzały się także Càirny ustawione w miejscach pochówków ważnych ludzi w lokalnych społecznościach. Niektóre z nich wskazywały miejsca obserwacji astronomicznych. Mogły także wyznaczać granice terytorialne, grunty gospodarstw lub określać tereny łowieckie. Większe kopczyki usytuowane na linii brzegowej, na małych wysepkach lub mieliznach miały z kolei sprawiać, że wybrzeże oraz płytkie wody będą lepiej widoczne z powierzchni statków. 


Jak już wspominałem, konstrukcje były używane przez rożne kultury, co wiąże się z ich różnym nazewnictwem. I tak dla przykładu dla Innuitów są to Inuksuki lub Inunnguaqi, czyli Imitacje Ludzi, ludy południowogermańskie nazywały je Steinmenn, co znaczyło Kamiennymi Ludźmi, a Włosi używali nazwy Ometti co znaczyło Mali Ludzie.

Kopczyki ustawiane ze względów religijnych nosiły w Skandynawii nazwę Hörgr. Budowane je na wzniesieniach i składano przy nich ofiary. Współcześnie śladów po nich można dopatrywać się w nazwach miejscowości, takich jak Harg, Hargan, Hörgá lub Hörgsdalur. Współcześnie takie kopczyki nazywane są przez Norwegów Varde (nord. Varðr), a wśród Szwedów znane są pod nazwą Kummel.

Odpowiednie ułożenie kamieni mogło nie tylko zapewniać o przebywaniu na właściwym szlaku, ale także wskazywać jego kierunek do następnego punktu. Przykładowo, w górskich terenach Ameryki Północnej Càirny układa się w taki sposób, by niektóre z kamieni tworzyły jakoby dziób – kierunek trasy. Stąd wśród Amerykanów konstrukcje znane są również pod nazwą Duck lub Duckies (ang. Kaczka). Należy jednak pamiętać, że niektóre kamienie mogły znaleźć się w podobnym ułożeniu przypadkiem, dlatego też wśród przemierzających amerykańskie góry turystów znane jest powiedzenie Two rock do not make a duck (ang. Dwa kamienie nie czynią kaczki).

Jedna z teorii mówi o ciekawym zastosowaniu Càirnów w rolnictwie i  ich wpływie na posadzone rośliny. Kamienie mogły być stawiane celowo nie tylko na granicach pól, ale i przy uprawach, w celu ochrony przed przymrozkami. Nagrzane w dzień światłem słonecznym skały powoli traciły ciepło w nocy. Niewielkie podniesie temperatury przy oddawaniu ciepła mogło mieć zbawienny wpływ na rośliny zwłaszcza w północnej części Europy, gdzie klimat jest bardziej surowy.


I na konie ciekawostka. W 2010 Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbyły się w Kanadzie. Logiem zawodów został… Inuksuk, czyli inuicki Càirn.

 Jeśli podoba Ci się, to co tworzę - wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do polubienia mojego profilu na Facebooku. Na koniec chciałbym podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi, a także grupie przyjaciół, z którymi odwiedziłem Norwegię w lipcu 2018 roku - wszystkie zamieszczone dziś  zdjęcia pochodzą właśnie z tej wyprawy (tak, także to z typowym, lipcowym śniegiem).

piątek, 21 maja 2021

Karol Wielki a początek Epoki Wikingów

 

Źródło: https://www.worldhistory.org/image/13841/coronation-of-charlemagne/,
data odczytu: 20.05.2021

Rozpoczynając omawianie życia Karola Wielkiego zaczęliśmy od jego kampanii w Italii i wrócimy do niej również w ostatnim temacie poświęconym władcy Franków. W 795 roku nowym papieżem został Leon III. Kiedy wybrano go na głowę kościoła wysłał Karolowi Wielkiemu symboliczne klucze do grobu św. Piotra, za który to gest otrzymał obietnicę obrony w razie potrzeby. Nie spodobało się to części wpływowych dostojników rzymskich, którzy widzieli w tym geście wyraz uznania zwierzchności Karola nad Państwem Kościelnym. Przeprowadzili zamach na papieża, uwięzili go w klasztorze a także  próbowali okaleczyć. Leonowi udało się jednak uciec. Następnie udał się do Paderborn w Westfalii, gdzie aktualnie przebywał Karol, próbując tłumić kolejne powstanie Sasów.

Karol, który obiecał Leonowi ochronę, wrócił z nim do Rzymu. Tam odbył się synod, mający wykazać winę lub uniewinnić papieża. Wśród zarzutów było między innymi oskarżanie o cudzołóstwo, jednak niczego Leonowi nie udowodniono. Co więcej, oskarżycieli skazano na śmierć – wyrok ten złagodzono następnie i zamieniono na wygnanie z państwa. Pozycja papieża została przywrócona, a nawet umocniona. 25 grudnia 800 roku podczas mszy w Boże Narodzenie Karol został koronowany przez Leona na Cesarza Rzymskiego. Akt ten miał na celu połączenie Cesarstwa Zachodniego, ze Wschodnim, którego ostatni władca, Leon IV zmarł w 780 roku, a rządy po nim sprawowała cesarzowa-regentka, Irena. Planowano nawet doprowadzić do ślubu Karola z Ireną, by zjednoczyć oba Cesarstwa, jednak do małżeństwa nigdy nie doszło (a Irena nie stała się kolejną z żon władcy Franków). Tak więc zamiast połączenia dawnego Imperium koronacja tylko utrwaliła podział na Wschód i Zachód. Spowodowało to nawet konflikt o Wenecję, która w latach 806-810 należała do Cesarstwa Wschodniorzymskiego.  

Karol, jako zwierzchnik papieża i nowy Cesarz Rzymski wpływał na kościół. Przykładem może być dopuszczenie nowego wyznania wiary w kościele, innego, niż dotychczas obowiązujące, co dwa wieki później było jednym z powodów schizmy wschodniej i oderwania się części chrześcijan od papiestwa.

Źródło: https://www.thoughtco.com/charlemagne-king-of-the-franks-1788691,
data odczytu: 20.05.2021


Pomimo, iż na południowym wybrzeżu domeny narastały niepokoje, Karol ciągle był mocno zaangażowany w tłumienie buntów i umacnianie władzy na germańskich terenach. W 804 roku ziemie należące do  saskiego plemienia Nordalbingów przekazano Obodrytom, a ludność germańska została w większości wysiedlona. Sasi, którzy licznie znajdywali schronienie w Danii jeszcze za czasów Windukinda, zniknęli ze wspomnianych terenów. Godfred, ówczesny król duński, zwołał w tym samym roku całe swoje wojsko i flotę, ponieważ od tej pory jego domena bezpośrednio zaczęła sąsiadować z mocarstwem Franków. A jak Karol traktował swoich sąsiadów, którzy wyznawali inną wiarę, wiadomo. Następne lata przyniosły negocjacje z Frankami, a także wzmacnianie największej duńskiej fortyfikacji – wielkiego muru Danevirke. Przygotowany odpowiednio Godfred uznał, iż nie może biernie czekać, aż Karol wyprawi się na jego ziemię i w 808 roku zaatakował sprzymierzonych z Frankami Słowian Połabskich, a następnie w 810 roku skierował się w stronę Fryzji. Ambicje duńskiego króla sięgały na wszystkie zajęte przez Karola tereny germańskie, jednak zostały pokrzyżowane przez skutecznie przeprowadzony zamach na jego życie. Godfred zginął prawdopodobnie z rąk kogoś ze swojego najbliższego otoczenia a władzę po nim objął w następnym roku jego bratanek Hemming, zawierając pokój z Frankami.

W 813 roku Karol wezwał na swój dwór w Akwizgranie swojego syna Ludwika Pobożnego, by przekazać mu władzę cesarską. W styczniu następnego roku sędziwy Karol zachorował i 28 dnia tego samego miesiąca zmarł. Imperium, które stworzył, nie przetrwało nawet jednego pokolenia. Już za życia Cesarza władze w Italii przejął syn Pepina, Bernard, a w trzy lata po śmierci swojego dziadka wzniecił bunt przeciwko Ludwikowi. Ludwik, chcąc uniknąć dalszych walk o władzę, podzielił królestwo pomiędzy swoich trzech synów, tym samym osłabiając scentralizowaną władzę.

Sytuacji nie ułatwiały niepokoje na granicach Cesarstwa. Pod koniec życia Karola zaczęły mieć miejsce napady na porty położone na północnym wybrzeżu. Napady odnotowywano nie tylko w kraju Franków, ale także na angielskim i irlandzkim wybrzeżu – wszędzie, gdzie dotarło już chrześcijaństwo. Wśród Duńczyków znane były relacje o podboju Sasów. Być może, podobnie jak Godfred, więcej lokalnych przywódców uznało, iż najlepszą obroną jest atak. Być może były też powodowane chęcią zemsty za niszczenie przez całe stulecie świętych drzew, gajów i mordowanie braci w wierze (wierzenia południowo- i północnogermańskie są do siebie podobne). Za tym drugim faktem może przemawiać brutalność ataku, który miał miejsce 8 czerwca 793 roku na klasztor położony na wyspie Lindisfarne. Najeźdźcy wdarli się do zabudowy, zabili większość mnichów oraz splądrowali przybytek. Tych, którzy nie zginęli na miejscu, zaciągnięto siłą na plażę. Część związano i zabrano jako niewolników. Resztę potopiono w przybrzeżnej wodzie. Te ostatnie morderstwa mogły być inspirowane brutalnością, z jaką Karol rozprawił się  z Sasami na brzegu Łaby w 782 roku – najpierw ponownie chrzcząc 4500 buntowników, a następnie zabijając wszystkich wychodzących z wody. We wczesnym średniowieczu chrzest odbywał się poprzez zanurzenie całego człowieka w wodzie. Topienie mnichów mogło być wyrazem pogardy i wypaczeniem tego rytuału przez najeźdźców. A najeźdźcy owi pochodzili ze Skandynawii, która bezpośrednio sąsiadowała teraz z bardzo ekspansywnym Imperium Karola Wielkiego. W momencie, w którym dobiegała końca ekspansja Franków, rozpoczynała się Epoka Wikingów...


Na sam koniec tradycyjnie chciałbym podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi, za kilka miesięcy wspierania mojej twórczości. Jeśli i Tobie podoba się to, co tworzę - grosza daj wikingowi! Zapraszam do odwiedzenia mojego profilu na Patronite, a także do zawitania na stronę na Facebooku.

piątek, 7 maja 2021

Karol Wielki - Wojny z Sasami

 

Zniszczenie Irminsul przez Karola Wielkiego
Heinrich Leutemann, 1882 rok
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Irminsul,
data odczytu: 07.05.2021


Italia i Iberia nie były jedynymi kierunkami zbrojnych działań Karola Wielkiego. W 772 roku, a więc jeszcze przed pokonaniem Longobardów, Frankowie skierowali się na wschód. Zajęte wówczas zostały tereny Angrarenów. To germańskie plemię wierzyło w swoich bogów, a ich główne miejsce kultu znajdowało się gdzieś na pograniczu Saksonii i Westfalli. W tym miejscu rósł święty dąb Sasów Irminsul (lub wedle innej wersji, filar imitujący dąb), który dla południowych Germanów był odpowiednikiem skandynawskiego Yggdrasilla – stanowił oś świata i podtrzymywał sklepienie niebieskie. Sam Irminsul nazywany był przez północne ludy Jörmunr (to słowo było również jednym z przydomków Odyna). W tym samym roku na rozkaz Karola dąb został ścięty. Napad Franków na tak istotne miejsce kultu nie pozostał bez odpowiedzi. W ramach akcji odwetowej Sasi dokonali ataku na siedzibę biskupa Büraburgu oraz na klasztor w Fritzlarze. Warto zaznaczyć, że pierwszy kościół lub kaplica w Fritzlarze został zbudowany w 723 przez św. Bonifacego, a do jego konstrukcji użyto drewna z innego, ściętego świętego drzewa – dębu Donara. W średniowieczu tradycyjnie wspominało się zniszczenie miejsca kultu w sobotę przed Niedzielą Pasyjną (czyli dwa tygodnie przed Wielkanocą). Najechanie Angrii i zniszczenie Irminsul będzie przeze mnie jeszcze opisywane na blogu, gdyż miało wielki wpływ na wydarzenia kolejnych stuleci.

W 773 Angria poddała się a dalsza kampania na ziemiach Sasów nie była kontynuowana. Karol skierował się do Italii, by podporządkować sobie Longobardów. Na tereny germańskich plemion wrócił dopiero w 775 roku. Walki trwały przez następne trzy dekady. Frankowie powoli podporządkowywali sobie kolejne tereny, a ich mieszkańcy byli przymusowo nawracani na chrześcijaństwo. Karol nadawał tytuły i ustalał nowe prawa. W 782 roku (lub wedle innej wersji 785 roku) obulikowano kodeks Capitulatio de partibus Saxoniae. Najbardziej kontrowersyjnym zapisem jest zapewne prawo które każe śmiercią za odmowę przyjęcia chrztu. W tym samym roku doszło do okropnej masakry w Verden (Aller) w Dolnej Saksonii. Sasi zbuntowali się przeciwko narzuconemu zwierzchnictwu i nowej wierze. Na czele powstania stanął Widukind. Gdy jednak wieści o saskiej reakcji doszły do Karola ruszył na czele swoich wojsk do Saksonii. W październiku 782 roku stłumiono powstanie a 4500 buntowników zostało na rozkaz króla Franków ściętych w ciągu jednego dnia. Karol nie uznawał kompromisów – jak widać dla niego były tylko możliwości – albo poddaństwo i przejście na chrześcijaństwo przez podbite ludy albo ich śmierć. Spotkałem się z teorią, że przed masową egzekucją Sasi zostali pierw ponownie ochrzczeni w wodach pobliskiej rzeki i ścinani po kolei w momencie wyprowadzania na brzeg, jednak tą wersję wydarzeń ciężko obronić i wskazać konkretne źródła.

Miejsce pamięci po Irminsul w Harbarnsen w Niemczech
Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Irminsul, data odczytu: 07.05.2021


Inspiracją do tej rzezi mógł być Stary Testament. Karol lubił odnosić się do Biblii, samemu porównując się do Dawida, który zabił Goliata. Biblijny król po zwycięstwie nad Moabitami kazał przegranym żołnierzom położyć się na ziemi. Następnie doszło do wielkiej masakry – dwóch na trzech jeńców zostało zabitych tam, gdzie leżeli. Podobna czystka nastąpiła po zdobyciu przez Izrealitów Jerycha. Być dać wyraźnie do zrozumienia, co grozi za bycie wrogiem wobec Narodu Wybranego, wszystko, co żyło w mieście zostało zabite po zburzeniu jego murów – ludzie, bydło, psy, ptaki. Również Amalekici padli ofiarą Izraela. Podczas wyjścia z Egiptu napadali na lud Mojżeszach. Z czasem jednak role się odwróciły, a Izraeli dążyli do całkowitego wytępienia tego plemienia, co miało mieć miejsce za czasów króla Ezechiasza w VIII-VII wieku przed naszą erą. Patrząc na wszystkie biblijne przykłady, które były Karolowi dobrze znane, nic dziwnego, że traktował całe podbijane narody jako współwinne wykroczeń i karał śmiercią za jakąkolwiek próbę oporu czy buntu.

Pomimo, iż Widukind został ostatecznie pokonany w 785, opór ze strony Sasów pojawiał się co jakiś czas. Buntownicy najeżdżali nawet ziemie Franków, a kiedy na horyzoncie pojawiały się znów oddziały Karola, składali broń, albo udawali lojalnych sojuszników. Próbowali nawet sprzymierzyć się z Awarami, by znaleźć wsparcie przeciwko chrześcijańskiemu władcy. Te i inne powody przedłużały konflikt aż do pierwszych lat IX wieku. Z czasem działania Karola stały się mniej drastyczne, a bardziej skuteczną strategią w tłumieniu buntów okazały się przymusowe przesiedlenia (dla przykładu, Sasów z północnych rejonów do Bawarii na południu).

Kolejna kampania skierowana była wobec wspomnianych Awarów. Ten koczowniczy lud najeżdżał przylegające do Niziny Węgierskiej tereny, w tym ziemie podbijane przez Karola. Walki nie przebiegały bez problemów, gdyż przerywane były kolejnymi buntami Sasów, które stały się swoistą tradycją wojny na wschodnim pograniczu państwa Franków, i wybuchały prawie co roku. Główna siedziba Awarów została dwukrotnie zdobyta i splądrowana, a samo plemię straciło wolę walki i wysłało poselstwo do Akwizgranu, siedziby Karola, chcąc uznać jego zwierzchność i przyjąć chrześcijańską wiarę.

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=sH0qJ4eU9bU,
data odczytu: 07.05.2021

Kolejne walki toczone były ze Słowianami. Pogranicze słowiańsko-saskie było niespokojnym miejscem od wielu lat. Kiedy nowe granice terytorium Karola były najeżdżane przez wschodnich sąsiadów, ten uznał, że musi interweniować. W krótki czasie plemiona Słowian połabskich uznały zwierzchność Karola. W 795 roku doszło nawet sytuacji, gdy przy kolejnym (corocznym) buncie Sasów zarówno Obodryci jak i Wieleci stanęli po stronie Franków. Również plemiona leżące bardziej na południe, jak Czesi czy Chorwaci, uznali zwierzchność Karola.

Kampanie wschodnie, chociaż trwały o wiele dłużej, zakończyły się większym sukcesem dla imperium Karola, niż walki na Półwyspie Iberyjskim. Pokazały jednak okrutną twarz chrześcijańskiego władcy i jego chęć nawracania mieczem wszystkich opornych sąsiadów. Skutki jego działań będą jednak widoczne dopiero w następnych pokoleniach…

Jeśli podoba Ci się to, co tworzę i chcesz mnie wesprzeć - grosza daj wikingowi! Zapraszam na mój profil na Patronite, a także na Facebooka. Tradycyjnie, chciałbym podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi.

piątek, 23 kwietnia 2021

Mylingi - Dusze porzuconych dzieci

 

Alan Gajewski Mylingi
2021

Za jedne z najbardziej przerażających postaci w horrorach można uznać pojawiające się w nich dzieci – niepozorne, a jednak demoniczne, albo te wracające z zaświatów by nawiedzać żywych. I tak oto mamy Samarę (Sadako w oryginalnej wersji)  i jej nawiedzone kasety VHS z filmu The Ring, czy także Tomása z Sierocińca. Jednak zbłąkane dusze dzieci nie pojawiły się w wierzeniach ludzi dopiero w dobie kinematografii ale istniały już przed wieloma wiekami. W Skandynawii przekazywano sobie podania o duchach zwanych  Mylingami i to właśnie im poświęcę dzisiejszy temat.

Mylingi były duszami dzieci, które zostały porzucone w lesie albo nad wodą na powolną śmierć z głodu, wychłodzenia lub by zostały pożarte przez dzikie bestie. Powodów do tak drastycznych działań mogło być kilka. Niechciana ciąża, trudności w utrzymaniu rodziny i jej nowego członka, czy fakt, iż dziecko urodziło się zdeformowane. Jak pisze Robert Ferguson[1]:

Jeszcze niżej na skali ludzkiej wartości od noworodków rodzaju żeńskiego znajdowały się dzieci z poważnymi upośledzeniami fizycznymi. (…) Nawet w epoce pisemnych kodeksów pozostało w mocy prawo zabraniające chrzczenia takich dzieci i nakazujące porzucenie ich w miejscu, gdzie umrą z głodu i zimna.

W schrystianizowanej Skandynawii doszedł jeszcze jeden powód, przez który porzucano noworodki. Nieślubne dzieci uważano za powód do wstydu, piętnowano za to zarówno matki, jak i bękarty. Takim dzieciom odmawiano również prawa do chrztu, przez co wedle wiary nie mogły po śmierci trafić do Nieba. Był to wielki krok wstecz w stosunku do poprzednich wierzeń, gdzie kobieta nie będąca w związku małżeńskim (tzw. frilla) mogła mieć potomstwo, które w świetle wikińskiego prawa dziedziczyło po obojgu rodziców – najlepszym tego przykładem może być Wilhelm Bękart, który jako nieślubny syn Roberta Wspaniałego zasiadł po nim na normandzkim tronie, by następnie dać się zapisać w historii jako Wilhelm Zdobywca.

Wróćmy jednak do tematu porzuconych noworodków. Nazwa Myling (lub Myrding) wywodzi się ze szwedzkich słów Myrþa oraz przyrostka -ling, których połączenie można tłumaczyć jako Osobę zamordowaną. Norwegowie nazywają te nieszczęsne duszyczki również Utburdami, czyli Wyniesionymi na Zewnątrz. W Finlandii nazywano je Ihtiriekko (jedno z domniemanych tłumaczeń to Dusza-Ptak). Inną odmianą w fińskich wierzeniach było Liekkiö, którego nazwa oznacza Płomień – dusze tych dzieci często ukazywały się po zmroku jako błędne ogniki.

Mylingi nawiedzały miejsca, gdzie dokonały swojego żywota. Oprócz brzegów jezior i dzikich ostępów ukrywano je również pod deskami domowych podłóg, by sąsiedzi nie zobaczyli wynoszonego noworodka. Taki czyn piętnował dom, w którym spoczęły szczątki, powodując, iż budynek był następnie nawiedzany. Przechodząc w pobliżu miejsca ich porzucenia lub ukrycia można było usłyszeć ich rozpaczliwy płacz albo poczuć, jak niewidzialne dzieci wieszają się na plecach. Jeśli Mylingowi udało się wskoczyć komuś na plecy, nie puszczał, żądając, by zanieść go na najbliższy cmentarz. Im bliżej cmentarza był, tym stawał się cięższy. Jeśli niosący go człowiek nie dał rady dojść do celu i upadał, wtedy duch zabijał nieszczęśnika. Czasami wśród wrzasków dało się słyszeć rozpaczliwy głos, proszący by nadać im imię. Duszyczki potrafiły przybierać także postać różnych zwierząt, które często posiadały nietypowe cechy, jak świecące oczy czy nieproporcjonalnie większe części ciała. Zamienienie się w białą sowę (czyli właśnie Ihtiriekko) i ukazanie się własnej matce było odbierane jako zły omen i interpretowane jako chęć zemsty za pozostawienie na pewną śmierć. Czyżby więc pojawienie się sowy miało reprezentować poczucie winy, które dręczyło matkę po porzuceniu lub zabiciu dziecka? Mylingi często też nie chciały straszyć ani krzywdzić żyjących, a jedynie wskazać miejsce, gdzie leżą ich porzucone szczątki – świadczyło to, iż domagały się uwagi, której nie zaznały za życia.

Myling nie musiał być skazany na wieczną udrękę. Jednym ze sposobów, by zapewnić mu spokój po śmierci, było nadanie imienia. Przyjmuje się, że napotkanego Utbunda powinno się nazwać Jon, jeśli była to dusza chłopca albo Anne lub Kari, w przypadku dziewczynki. Innym sposobem było wskazanie matki dziecka, co często wiązało się z wymierzeniem jej kary za dzieciobójstwo. Ostatnim sposobem na wybawienie Mylinga było przeniesienie jego szczątków i pochowanie z należytym szacunkiem na poświęconej ziemi cmentarza.

W historiach o Mylingach najstraszniejsze nie jest to, że nawiedzają miejsca, czy potrafią przyczepić się do czyichś pleców, powodując nawet śmierć niosącej je osoby. Najbardziej przeraża fakt, gdy uświadomimy sobie, iż za historią  tych dzieci stoją niezliczone tragedie, które wydarzyły się na przestrzeni wieków.

Jeśli podoba Cię to, co tworzę i chcesz mnie wesprzeć - grosza daj wikingowi! Zapraszam na mój profil na Patronite a także do odwiedzenia profilu na Facebooku. Ponadto chciałbym serdecznie podziękować mojemu pierwszemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi oraz Alanowi Gajewskiemu, który zilustrował dzisiejszy temat.


[1] Młot i krzyż. Nowa historia wikingów, Robert Ferguson, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2018, s. 306.

piątek, 9 kwietnia 2021

Dziewięć niesamowitych odkryć z epoki wikingów

 

Źródło: https://i.pinimg.com/originals/57/ee/0e/57ee0ef1c692ed830821788b2344c107.jpg,
data odczytu: 09.04.2021


Wikingowie kojarzą się (i słusznie) ze Skandynawią. Jednak znaleziska archeologiczne i prowadzone badania pokazują, iż mieli kontakt ze sporą częścią współczesnego im świata. Dziś chciałbym pokrótce omówić dziewięć znalezisk potwierdzających ten fakt.


Źródło: https://maniakwisata.com/,
data odczytu: 09.04.2021


Hagia Sophia

Budowa znajdującej się w Konstantynopolu bazyliki Haga Sophia przypada na czasy Cesarstwa Bizantyjskiego. Od X wieku jej historia łączy się z wikingami, którzy wyruszyli ze Skandynawii na wschód, na tereny dzisiejszej Rosji i Ukrainy. Próbowali napadać także na Konstantynopol. Nazywani byli Waregami. Cesarz Bazyli II starał się za swojego panowania upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu – sprawdzić, że cesarska gwardia nie będzie przekupna i podatna na polityczne spiski oraz zniwelować zagrożenie ze strony Waregów. Dlatego też zamiast stawiać opór Skandynawom postanowił nająć ich do swojej straży – tak oto powstała Gwardia Wareska, która nie miała powiązań z jego rywalami w stolicy Cesarstwa, a także niwelowała zagrożenie najazdów. A teraz pytania, czy spotkaliście się kiedyś z wyrytymi lub napisanymi na wiatach, budynkach, drzewach imionami osób i datami, kiedy odwiedziły dane miejsce? Takie bazgroły nie są wymysłem naszych czasów. Hagia Sophia posiada co najmniej dwa runiczne napisy pochodzące z czasów Waregów. Pierwszy z nich odkryto stosunkowo późno, bo w 1964 roku. Większość znaków po wiekach jest wytarta i nieczytelna, ale przypuszcza się, że brzmiał Halfdan wyrzeźbił te runy. Drugi napis odkryto ponad dekadę później i prawdopodobnie brzmi Árni wyrzeźbił te runy. Pod koniec XX wieku znaleziono jeszcze pięć innych zarysowań, które potencjalnie także mogą pokazać pozostałościami wikińskiego graffiti sprzed tysiąca lat.

Źródło: https://sciencenorway.no/archaeology-viking-age-vikings/researchers-have-examined-the-burial-mound-where-the-gokstad-viking-ship-was-found-what-they-found-surprised-them/1741928, data odczytu: 09.04.2021

Pawie z Gokstad

Pawie w naturze występują w Indiach. Współcześnie można spotkać je przede wszystkim w ogrodach zoologicznych. W norweskiej miejscowości Gokstad znajduje się kurhan w którym odkryto pochówek jarla pogrzebanego z wieloma bogactwami i całym zwierzęcym inwentarzem. Grobowiec datuje się na koniec IX wieku. Wraz z wikingiem pochowano dwanaście koni, osiem psów, dwa jastrzębie… oraz dwa pawie. Czy to Norwegowie wyprawili się do Indii, czy może Hindusi do Skandynawii? A może obie strony spotkały się na jakimś targu gdzieś pomiędzy obiema krainami? Na te pytania nie poznamy zapewne odpowiedzi, jednak śladów po pawiach można znaleźć więcej. W Trondheim i Toftegårdzie znaleziono broszki, które według niektórych reprezentują koguty, a według innych, ze względu na długi i zdobny ogon, właśnie pawie. Odsuwając się dalej od Indii przenieśmy się na Islandię, gdzie w X wieku żył Olaf Hoskuldsson. Ten lokalny wódz miał przydomek Paw, na który zasłużył sobie przywdziewając już w wieku dwunastu lat wymyślny i bogaty strój.


 Źródło: https://www.speakingtree.in/blog/mysterious-buddha-in-sweden,
data odczytu: 09.04.2021


Budda z Helgö

Równie daleko jak siedlisko pawi znajduje się kolebka buddyzmu. Tysiące kilometrów nie przeszkodziły jednak pewnej figurce Buddy dotrzeć do Szwecji. Na wyspie Helgö w pobliżu Sztokholmu znaleziono niewielki 10-centymetrowy posążek, który datuje się na VI wiek. Styl wykonania wskazuje, iż powstał na terenach północnych Indii. Przypuszcza się, że figurka Buddy mogła trafić do Szwecji poprzez wymianę handlową na Jedwabnym Szlaku. Obok statuetki dwa inne ciekawe znaleziska z Helgö to pastorał irlandzkiego pochodzenia oraz egipska chochla.

Źródło: https://www.bbc.com/news/world-europe-41567391,
data odczytu: 09.04.2021

Arabski pierścień

Również w pobliżu Sztokholmu, na terenach dawnej wikińskiej osady handlowej w Birce, w XIX wieku przeprowadzano prace archeologiczne. W jednym z grobów, w którym pochowano kobietę, znaleziono srebrny pierścień z czerwonym szkłem z wygrawerowaną inskrypcją Dla Allaha. Pomimo, iż w Szwecji znajdywano inne pierścienie wykonane w arabskim stylu przedmiot z Birki jako jedyny posiada inskrypcję. Znalezisko potwierdza opisy wypraw ze skandynawskich sag, wedle których wikingowie podróżowali nie tylko po północnej Europie, ale i zapuszczali się na basen Morza Śródziemnego, a nawet na północne wybrzeże Afryki.

Źródło: https://www.expressen.se/kvallsposten/saga-8-hittade-uraldrigt-svard-far-stor-hittelon/,
data odczytu: 09.04.2021

Miecz w jeziorze

Jest rok 2018, szwedzkie jezioro Vidöstern. Ośmioletnia wówczas Saga Vanecek bawiła się w wodzie, dalej od brzegu niż robiła to zwykle. W tym roku Skandynawię dotknęła susza i poziom wód był niższy niż zazwyczaj. W pewnym momencie nadepnęła na twardy przedmiot. Podniosła znalezisko, a następnie poszła powiedzieć swojemu ojcu, iż wygląda jej to na miecz. Osad na broni w pierwszej chwili zmylił pana Vaneceka – uznał, że córka znalazła gałąź łudząco przypominającą oręż. Badania wykazały jednak, iż przedmiot faktycznie jest skandynawskim mieczem, który powstał 1500-1000 lat temu. Kiedy o całej sytuacji zaczęło być głośno w mediach pojawiły się głosy, że młoda Saga powinna zostać Królową Szwecji lub nawet Królową Północy, niczym Król Artur, który dostał jeden ze swoich legendarnych mieczy od Pani Jeziora. Sama dziewczynka jednak wolałaby być weterynarzem lub aktorką.

Źródło: https://www.thoughtco.com/lanse-aux-meadows-vikings-north-america-167165,
data odczytu: 09.04.2021

Winlandia

Saga o Grenlandczykach wspomina o wyprawie Leifa Erikssona do ziem położonych na zachód od Grenlandii. Po dotarciu na miejsce wikingowie znaleźli tereny obfite w winogrona – stąd nazwa, którą nadali nowej krainie, Winlandia. Przez stulecia historia była wkładana między bajki, uważając, że wikingowie nie mogli dopłynąć na tereny, które dziś należą do Kanady i USA. Tak było do czasu odkrycia w 1960 roku skandynawskiej osady w kanadyjskim L’anse aux Meadows (datowanej na X-XI wiek). W 2014 roku natrafiono na pozostałości drugiej osady, w oddalonym o 40 kilometrów Point Rosee (datowanej na XI wiek). Obydwa zabudowania potwierdzają dwie rzeczy – skandynawskie sagi mówiły prawdę o dalekich wyprawach wikingów za zachód oraz że Krzysztof Kolumb i jego ekspedycja spóźnili się o prawie pięćset lat z odkryciem Ameryki.


Źródło: https://www.grandrapidscoins.com/blogs/entry/the-maine-penny-a-coin-mystery-from-history,
data odczytu: 09.04.2021

Moneta z Maine

Na wschodnim wybrzeżu Ameryki w stanie Maine w 1957 roku odnaleziono srebrną norweską monetę. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt że wybito ją w XI wieku. Pieniążek znajdował się na terenach starej indiańskiej osady, datowanej na koniec XII i początek XIII wieku. Czy trafiła do rdzennych mieszkańców Ameryki w drodze handlu? Czy może była znaleziskiem zabranym z wikińskich osad już po opuszczeniu ich przez mieszkańców? A może została specjalnie nabyta na rynku antyków i następnie podrzucona na wykopaliska w indiańskiej osadzie tylko by wzbudzić sensację? Wiele osób podważa tą ostatnią teorię, ponieważ przez ponad dwie dekady od jej znalezienia uważana była za brytyjską monetę. Prawda o jej nominale wyszła na jaw długo po śmierci odkrywcy. Niestety, ponad pół wieku później ciągle nie da się potwierdzić, jakie było jej prawdziwe pochodzenie.

 

Źródło: https://sagy.vikingove.cz/vikings-were-not-racists-but/,
data odczytu: 09.04.2021

DNA Indian na Islandii

Naukowcy doszukują się obecnie śladów wikingów w Ameryce… Ale także śladów Indian na średniowiecznej Islandii. Badania genetyczne przeprowadzone na kilku islandzkich rodzinach wykazały u ludzi geny charakterystyczne dla mieszkańców Ameryki Północnej. Oznaczony gen C1e przekazywany jest tylko przez matkę. Świadczyłoby to, iż około roku 1000 pewna Indianka została przywieziona na wyspę i przez całe tysiąclecie, w każdym pokoleniu jej potomków była przynajmniej jedna kobieta, która przekazywała gen dalej. Zdaniem naukowców pewne jest, iż gen był obecny a Islandii co najmniej od XVIII wieku. Biorąc pod uwagę, że cała wyspa przez stulecia była odizolowana przypuszcza się, że wspomniany gen znajdował się w krwi Islandczyków od czasów osadnictwa w Winlandii.

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Kensington_Runestone,
data odczytu: 09.04.2021

Kamień z Kensington

W 1898 roku w Kensington w stanie Minnesota odkryto kamień runiczny. Obelisk miał rzekomo powstać w 1362 roku, jednak lingwiści zwracają uwagę, że użyty język jest znacznie późniejszy (tłumaczenie najbardziej przybliża go do XIX-wiecznego języka szwedzkiego). Odkrywcą znaleziska był Olof Öhman, rolnik szwedzkiego pochodzenia. W czasach, gdy dokonano odkrycia znane były już opery Ryszarda Wagnera, który rozpromował romantyczny wizerunek wikingów. Zaczęto także dyskutować, ile prawdy mogło kryć się w Sadze o Grenlandczykach. Öhman, być może chcąc potwierdzić prawa Skandynawów do Nowego Świata, sam mógł wyryć runy. Kamień w krótkim czasie po odkryciu został uznany za fałszerstwo, chociaż ciągle można spotkać się z artykułami doszukującymi się w nim oryginalnej średniowiecznej natury.

Niektóre z przytoczonych odkryć są łatwiejsze do potwierdzenia, w przypadku innych trudniej o twarde dowody. Przyszłość zapewne przyniesie jeszcze więcej odkryć lub fałszerstw, jak powszechnie przyjmuje się w przypadku kamienia z Kensington. Być może kiedyś ślady wikingów odnajdzie się również na księżycu… Oczywiście, żartuję…

P.S. Albo i nie żartuję…

Źródło: https://www.reddit.com/r/funny/comments/2rdn2c/vikings_are_always_first/,
data odczytu: 09.04.2021

Jeśli podoba Ci się to co tworzę i chcesz mnie wesprzeć - grosza daj wikingowi :) Zapraszam na mój profil na Patronite a także do odwiedzenia stron na Facebooku. Już dziś chciałbym podziękować mojemu pierwszemu Patronowi - Piotrowi Brachowiczowi.