piątek, 26 kwietnia 2019

Kattakyn - Kot zombie


Źródło obrazka: https://www.photoshoplady.com/manipulating-a-zombie-cat/, data odczytu: 26.04.2019.

Jakiś czas temu opisałem draugów – umarłych wojowników, zombie z mitologii nordyckiej. Wspomniałem także, że w pewnej sadze jeden z umrzyków potrafił zmieniać się w kota. Dziś chciałbym rozwinąć ten temat.

Kattakyn, bo tak dokładnie w wierzeniach wikingów,nazywało się to nieumarłe zwierzę, jest niczym innym jak kocim zombie. Jego nazwę można tłumaczyć na język polski jako Kotowaty. Kattakyny były mięsożerne. Najlepszym sposobem na pozbycie się ich było odcięcie upiornemu futrzakowi głowy.

W sadze o Hrómundzie Gripssonie główny bohater starł się z nieumarłym królem Þrainnem, byłym władcą Galii. Hrómund szukał kurhanu króla – miał tam znajdować się wyjątkowy miecz, Mistilteinn (nord. Jemioła), którym Þrainn zabił czterystu dwudziestu przeciwników. Kiedy wojownik w końcu znalazł grobowiec, okazało się że pochowany w nim władca zamienił się w drauga (na marginesie mała ciekawostka – draugi, które nie wałęsały się swobodnie po świecie a tylko pilnowały swoich grobów nazywane były Haugbui, czyli Mieszkańcami Kurhanów). Podczas walki nieumarły zmienił postać – pierw przemienił się w  zombie-trolla a później w kattakyna właśnie, raniąc ostrymi pazurami plecy Hrómunda. W końcu jednak dzielny wiking pokonał drauga i spalił jego zwłoki, a następnie zabrał Mistilteinna ze sobą.

Niektóre sagi wspominają, że matki osób, które uciekły z Helheimu, również mogły zostać ściągnięte z powrotem na ziemski padół. Włóczyły się w okolicach grobów swoich zmarłych dzieci. Opisywane były jako groźne potwory o długich szponach. Taki stwór nosił nazwę Ketta, czyli Kocica[1].

Kattakyny nie były jedynymi zwierzęcymi zombie znanymi w Skandynawii. Sagi wspominają także o  nieumarłych byka, koniach a nawet fokach, jednak tylko Kotowate doczekały się swojej własnej nazwy.



[1] The Monsters and Beowulf,  Nora K. Chadwick, wyd. Bowes and Bowes, Lodnyn 1959, s. 178).

czwartek, 4 kwietnia 2019

Idunna - bogini wiosny


Źródło obrazka: https://mitologia.fandom.com/pl/wiki/Idunn, 
data odczytu: 04.04.2019.

Dwa tygodnie temu, wraz z równonocą, rozpoczęła się astronomiczna wiosna. Skorzystam z okazji i dzisiejszy temat poświęcę Idunnie, która jest nordycką boginią tej pory roku.

Idunnę (nord. Iðunn - Odmładzającaprzedstawia się jako młodą, piękną boginię, a jej atrybutami są złote jabłka i kwitnące kwiaty. W przeciwieństwie do większości nordyckich bogów, nie pochodziła z dynastii Asów. Była córką krasnoluda Ivaldiego. Poślubiła Bragiego, boga poezji i patrona skaldów. Idunna była opiekunką ogrodu, w którym rosły złote jabłka. Inna wersja mówi, iż była posiadaczką magicznej skrzyni Eski (nord. Jesionowa), która sama napełniała się owocami. Tu muszę zaznaczyć, że bogowie świata wikingów nie byli nieśmiertelni. Starzeli się, a odmłodnieć mogli właśnie dzięki wspomnianym złotym jabłkom. Druga uwaga tyczy się samej istoty jabłek. Gabriel Turville-Petre, znawca islandzkich utworów, twierdził, że staronordyckie słowo Epli oznaczało nie tylko jabłka. Mogłoby to być inne owoce, jednak wizerunek złotego jabłuszka utarł się w literaturze.

Jeden z mitów opowiada o porwaniu Idunny przez olbrzyma imieniem Þjazi. Pewnego razu Odyn, Loki i Hœnir (lub Villi) wyprawili się daleko poza Asgard, do Jotunheimu. Szukając pożywienia zauważyli stado wołów. Jednego z nich upolowali na kolację, a następnie rozpalili ognisko. Mięso z wołu nie chciało się jednak ugotować. Nad sobą zobaczyli olbrzymiego czarnego orła, który do nich przemówił. Ptak rzekł, że to on rzuca zaklęcie, przez które mięso pozostaje surowe. Orzeł obiecał jednak, że jak dostanie swoją część posiłku, zdejmie zaklęcie z tego, co zostanie. W pierwszej chwili trójka bogów oburzyła się, jednak nie mając innego wyboru, zgodzili się na propozycję. Wtedy orzeł pikując porwał największą i najlepszą część wołu. Rozzłościło to Lokiego, który chwycił leżącą na ziemi gałąź i próbował uderzyć orła. Ptak chwycił w locie drugi koniec konara i zaczął wzbijać się w powietrze, podnosząc do góry także i boga oszustw. Będąc już wysoko na niebie Loki przeraził się i zaczął błagać skrzydlatego porywacza, by ten sprowadził go na ziemię. Orzeł zgodził się i przedstawił jeden warunek – żądał, by Loki przyprowadził Idunnę do jego włości, Þrymheimu, a wraz z nią jej wszystkie złote jabłka. Przewrotny bóg przystał na żądanie, po czym obaj wylądowali na ziemi. Okazało się, że czarnym ptakiem był obrzym Þjazi, który potrafił zmieniać postać.

Źródło obrazka: https://www.shmoop.com/loki/photo-loki-pjazi.html, 
data odczytu: 04.04.2019.
Po powrocie Loki zastanawiał się, w jaki sposób sprowadzi Idunnę do pałacu Þjaziego. Pewnego dnia powiedział jej, że znalazł poza Asgardem jabłka o takiej samej mocy jak te z jej ogrodu, a przy tym ładniejsze. Zaciekawiło to Idunnę, ponieważ sądziła, że odmładzające owoce rosną tylko u niej. Wraz z Lokim opuściła świat bogów i udała się na ich poszukiwanie. Wedle wersji o samonapełniającej się skrzyni Idunna miała ją wziąć ze sobą, by porównać owoce. Nagle z nieba zleciał olbrzym Þjazi, który znów przyjął formę czarnego orła i porwał boginię wiosny. Loki, nic sobie nie robiąc z porwania, wrócił do Asgardu.
Wkrótce pozbawieni złotych jabłek Asowie zaczęli się starzeć i podejrzewać, że w zniknięcie Idunny jest zamieszany Loki. Bóg oszustw wyjawił prawdę. Freya pożyczyła mu swój płaszcz, dzięki któremu mógł zamienić się w sokoła, a następnie został wysłany do pałacu porywacza, by sprowadzić boginię i jej złote jabłka z powrotem. Loki udał się do Þrymheimudomostwa Þjaziego i korzystając z nieobecności właściciela zamienił Idunnę w orzech laskowy. Pod tą postacią wyniósł ją i przybrawszy z powrotem postać sokoła odleciał do Asgardu. Þjazi wkrótce wrócił do swojego pałacu i spostrzegł, że nie ma jego zakładniczki. Rozzłoszczony przemienił się w orła i poszybował w stronę świata bogów.
Loki był już w pobliżu murów Asgardu, gdy nagle spostrzegł za sobą czarne skrzydła. Zobaczyli je i Asowie, którzy wypatrywali z murów powrotu Idunny. Szybko zaczęli budować podłużny stos z drewna. Kiedy Loki przeleciał nad nim podpalili drwa. Płomienie pojawiły się tak szybko i sięgnęły tak wysoko, że lecący za nim Þjazi nie zdążył zmienić kierunku lotu, ani zmniejszyć prędkości – po chwili strawił go ogień. Asowie powitali Idunnę. Bragi, jej mąż, który podczas jej nieobecności stracił wenę, wrócił do tworzenia poezji. Wszyscy otrzymali owoce, dzięki którym ich młodość i siła powróciły.
Źródło obrazka: https://en.wikipedia.org/wiki/Bragi, 
data odczytu: 04.04.2019.

Idunnę utożsamia się z germańską boginią Ostarą oraz z celtycką Ēostrą ­- w każdej religii była to patronka wiosny, a podobieństwa między nimi (a także między celtyckim i germańskim imieniem) są uderzające. Postać Idunny, czy też Ēostry mogła wpłynąć na powstanie legend arturiańskich. Jak wiadomo Król Artur trafił na wyspę Avalon – kraina ta opisywana była jako miejsce wiecznej wiosny, a jej mieszkańcy byli nieśmiertelni. Inna znana nazwa Avalonu to… Wyspa Jabłek.

Podobny motyw występuje także w Biblii, gdzie w Edenie miało rosnąc Drzewo Życia, a owoce zeń zerwane zapewniały nieśmiertelność. Nie da się też ukryć podobieństwa Idunny do greckiej bogini Hebe – patronki młodości. To ona zapewniała dostęp do nektaru i ambrozji greckim bogom, przez co pozostawali wiecznie młodzi. Ponadto, w mitologii greckiej także występowały złote jabłka – rosły w magicznym ogrodzie i były celem jednej z prac Heraklesa.

Podobnie jak opisywany jakiś czas temu Ymir, także imię Idunny stało się sławne. Na planecie Wenus jeden z łańcuchów górskich nazwano Idunn Mons a w animacji Kraina Lodu imię to nosi matka głównych bohaterek.

Źródło obrazka: https://publicdomainclip-art.blogspot.com/2017/03/vernal-equinox-ostara.html, 
data odczytu: 04.04.2019.

piątek, 15 marca 2019

Wyspa Skellig Michael

Źródło obrazka: https://www.dochara.com/places-to-visit/monastic-sites/skellig-michael/, data odczytU: 13.04.2019.

17 marca Irlandczycy obchodzą Dzień Świętego Patryka. Z tej okazji zrobimy małą odskocznię od  mitologii nordyckiej. Wikingowie w swojej niespokojnej epoce docierali do wielu zakątków naszego kontynentu, a także daleko poza jego granice. Jednym z tych miejsc była właśnie Irlandia i sąsiadujące z nią wyspy. Pierwsza ich wyprawa na te ziemie miała miejsce w 795 roku (czyli zaledwie dwa lata po ataku na angielską wyspę Lindisfarne). W 823 roku wikingowie zapuścili się na południowo-zachodnie wybrzeże Irlandii, atakując klasztor na wyspie Skellig Michael (ir. Sceilig Mhichíl).

Zbiory własne

Kilkanaście kilometrów na zachód od irlandzkiego miasteczka Portmagee leżą dwie wyspy – Mała Skellig (irl. Sceilig Bheag) oraz Skellig Michael zwana także Wielką Skellig (irl. Sceilig Mhór). Nazwa wywodzi się od słowa Sceillic oznaczającego Stromą Skałę. Mała Skellig jest rezerwatem ptaków morskich, do którego turyści nie ma wstępu. Na Skellig Michael można dotrzeć kutrami, które odpływają m.in. z Portmagee. Cena biletu to ok. 40,00 €. Kutry kursują tylko w sezonie letnim, a dziennie na wyspę wpuszczanych jest maksymalnie 180 osób. Restrykcje spowodowane są utworzonym na wyspie rezerwatem przyrody a także wpisaniem jej  na listę światowego dziedzictwa UNESCO[1].

Zbiory własne

Razem z przyjacielem odwiedziłem wyspę 9 czerwca 2017 roku. Rejs na Skellig rezerwowaliśmy kilka tygodni wcześniej. Przez długi czas możliwość rezerwacji była w ogóle wyłączona – firmy zajmujące się przewozem czekały na decyzję o nowych dziennych limitach turystów. W końcu pewnego kwietniowego dnia, kiedy rezerwacje ruszyły, strony przewoźników były przeciążone przez kilka godzin. Czatowałem całe popołudnie i dopiero wieczorem udało się znaleźć dwa miejsca w terminie, który nas interesował. Dzień przed rejsem byliśmy już w Portmagee. Wieczorem potwierdzałem u kapitana udział w rejsie. Powiedział mi, że na następny dzień zapowiadają silny wiatr oraz wysokie fale i być może nie dostanie pozwolenia na przybicie do Skellig. W takim wypadku, zapewnił, że nie weźmie od nas pieniędzy, a sam rejs do brzegu wyspy i z powrotem byłby darmowy. Uczciwy i dobry człowiek. Pamiętam, że ciężko mi było go zrozumieć, ponieważ miał mocny irlandzki akcent, charakterystyczny dla hrabstwa Kerry, jakże inny od znanego mi sposobu wysławiania się Anglików.

Zbiory własne

Kiedy następnego dnia wsiedliśmy na pokład kutra otrzymaliśmy kapoki i peleryny przeciwdeszczowe. W trakcie trwającego prawie godzinę rejsu na Skellig pytano nas, jak się czujemy, a osoby, które gorzej znosiły ośmiometrowe fale na Atlantyku otrzymywały imbir do żucia… Lub w ostateczności wiadro. Fale miotały małym kutrem, na którego pokładzie znajdował się tuzin osób. Dwie wyspy Skellig to znikały, to pojawiały się ponad falami. Kiedy mijaliśmy mniejszą z nich dało się słyszeć skrzeczenie i czuć zapach dziesiątek tysięcy ptaków, które na niej gniazdowały. W końcu znaleźli się w pobliżu Skellig Michael. Po dotarciu do Zatoki Ślepca (ang. Blind Man’s Cove) czekaliśmy na pozwolenie na przybicie do brzegu. Trwały chwile niepewności, w końcu jednak na przystani pojawił się przewodnik i machając nam ręką dał znak do zejścia na ląd. Powitał nas i następnie ruszyliśmy wzdłuż znajdującego się na wyspie lądowiska dla helikopterów w stronę klasztornej zabudowy. I tu ważna informacja dla odwiedzających – na wyspie nie ma żadnej toalety, a zwiedzanie wraz z rejsem tam i z powrotem trwają 4-5 godzin.

Zbiory własne

Sam klasztor znajduje się w jednym z najwyższych punktów wyspy na wysokości 180 m n.p.m. i prowadzi do niego 618 stopni wykutych w skale. Cała wyspa jest kamienista i porasta ją tylko niska roślinność, jak paprocie, porosty i trawa. Zajmuje powierzchnię niecałych 22 hektarów, a najwyższy jej szczyt ma 218 m n.p.m. Na Skellig występuje kilka gatunków ptaków. Z tych, które udało nam się obserwować to mewy, alki, gołębie, ale przede wszystkim najwięcej widzieliśmy maskonurów. Te małe zwierzaki (długość ciała ok. 30 cm, rozpiętość 50 cm, waga 300-600 g) nie mające na Skellig zagrożenia ze strony drapieżników i z powodu małej liczby odwiedzających wyspę ludzi, nie bały się nas. Można było spokojnie podejść do nich na odległość 30 cm by móc przyjrzeć im się z bliska. Pamiętam ich charakterystyczny lot – szybowanie z rozłożonymi łapkami (większość ptaków podwija nóżki do lotu) oraz osobniki, które wykopywały sobie norki (maskonury nie budują gniazd, a jaja składają właśnie pod ziemią).

Zbiory własne

Po wspinaczce na szczyt mogliśmy usłyszeć historię klasztoru – tą szczegółowiej opiszę w osobnej notatce. Wszystkie chatki zakonników były zbudowane z kamieni. Tereny mieszkalne otoczone są murami. Przewodniczka wskazywała na różnice w budowie – młodsza część klasztoru miała wyższe mury i masywniejsze ściany. Powodem mocniejszej zabudowy było wzmocnienie funkcji obronnej przed napadami wikingów. W obrębie klasztoru znajduje się także cmentarz i sieć kanałów do zbierania wody deszczowej. Na Skellig nie ma źródeł słodkiej wody – mnisi, którzy tu mieszkali gromadzili deszczówkę, której w Irlandii nie brakuje, w kamiennych zbiornikach. Prowiant dowożono także z wybrzeża, gdyż obok niewielkich wyrównanych tarasów nie było tam wystarczająco gleby pod uprawę roli.

Zbiory własne

Tereny klasztoru na Skellig można było oglądać w dwóch częściach Gwiezdnych WojenPrzebudzeniu Mocy i Ostatnim Jedi. Filmy te stały się reklamą dla wyspy – W Portmagee widzieliśmy wiele pamiątek nawiązujących jednocześnie do Skellg, jak i do Gwiezdnych Wojen. Inspiracji wyspą można doszukać się także w drugim filmie – pojawiające się tam porgi, czyli małe skrzydlate stworzonka, są wzorowane na  zamieszkujących wyspę maskonurach.

Zbiory własne

Wszystkim, którzy mają możliwość odwiedzenia irlandzkiego hrabstwa Kerry w sezonie letnim polecam wybrać się na Skellig. Miejsce jest niesamowite - spokojne i odizolowane od świata. Czuję respekt dla mnichów, którzy włożyli ciężką pracę, by wybudować klasztor tak daleko od brzegu Irlandii, na stromej i niedostępnej skale. Wyspie poświęcę jeszcze jedną notkę - opiszę w niej historię miejsca i rolę, jaką odegrali w niej wikingowie.

Zbiory własne

I na sam koniec zapraszam do obejrzenia filmiku z pięknymi ujęciami ze Skellig Michael.




[1] Sceilg Mhichíl, http://whc.unesco.org/en/list/757, data odczytu: 15.03.2019.


piątek, 22 lutego 2019

Gullinbursti - Magiczny dzik czy pierwszy robot?

Joanna Gondek, Gullinbursti, 2020 rok

Mitologie z całego świata opisują magiczne przedmioty i cudowne artefakty o właściwościach, które wykraczały poza możliwości ludzi żyjących w starożytności i średniowieczu. Dziś chciałbym przedstawić jeden z takich przykładów z mitologii nordyckiej – dzika imieniem Gullinbursti.

Gullinbursti (nord. Złotogrzywy) nazywany był także w podaniach Slíðrugtanni (nord. Straszne Kły). Jego historia zaczyna się, kiedy Loki podstępem nakłonił dwa rody krasnoludów do współzawodnictwa. Kowale mieli stworzyć po trzy przedmioty, które zostaną ocenione przez bogów. Asowie mieli zadecydować, który z krasnolodów może poszczycić się mianem najznakomitszych kowali we wszystkich Dziewięciu Światach. Do zawodów stanęły dwie drużyny – synowie Iwaldiego oraz bracia Brokk i Eitri. Dziś skupię się tylko na powstaniu Gullinburstiego, gdyż knowania Lokiego i sam konkurs to materiał na osobny artykuł.

Eitri stworzył łącznie trzy przedmioty. Do jednego z nich przygotował świńską skórę i rozpalił piec. Kazał swojemu bratu pracować miechem. Przygotował także złote części, z których miał składać się powstający zwierz[1]. Sierść Gullinburstiego miała być złota i świecić w ciemności. Złotogrzywy został zbudowany, a więc był sztucznym tworem. Dodatkowo przewyższał żywe dziki szybkością, doskonałym pływaniem i możliwością latania. Dziś powiedzielibyśmy, że był robotem. Czy pieśni potwierdzają niesamowitą wyobraźnię skalda, który wymyślił Gullinburskiego, czy też może jest to zapis istnienia starożytnej technologii, która uległa zapomnieniu? To pytanie pozostawiam Wam do przemyślenia.

Złotogrzywy był i jest ciągle obecny w ludzkiej kulturze. Kiedy bóg Frej zszedł na ziemię, by nauczyć ludzkość jak uprawiać rolę, to właśnie Gullinbursti pomagał mu swoimi kłami wytłumaczyć, jak orać pole uprawne. W innej historii Frej miał na owym dziku przyjechać na pogrzeb Baldura


 Źródło obrazka:https://pl.pinterest.com/pin/500321839834256537/?lp=true, 
data odczytu: 13.04.2019.

W angielskiej miejscowości Benty Grange znaleziono hełm ze zdobieniem w kształcie dzika. Motyw ten był powszechny zarówno wśród ludów nordyckich jaki i anglosaskich. Wśród skandynawskich wojowników wierzono, że ozdabianie hełmów i tarcz symbolem dzika, miało przynieść szczęście w walce i przychylność Freja – takie nakrycia głowy nosił legendarny Beowulf  i jego załoga. Snorri Sturluson wymieniał nawet specjalne określenie dla hełmów z zdobieniami w kształcie dzika – Hildisvíni (nord. Świnia Bitewna). Właścicielem Hildisvíniego według niego był wojownik imieniem Áli, a następnie szwedzki król Adlis, który zabrał hełm z pola bitwy po śmierci Áliego[2].

W noc przesilenia zimowego Yule, w Skandynawii składano Frejowi w ofierze właśnie dzika (rytuał nazywany  Sónarblót – Ofiara z dzika). Dzik był podawany tradycyjnie z jabłkiem w pysku, oraz przyprawiany rozmarynem. Potrawa była na tyle istotna w rytuale, że często wprowadzono ją przed samym królem do sali biesiadnej. Kiedy danie zostało wniesione nad dzikiem śpiewano, kładziono na nim dłonie i składano święte przysięgi. Zwyczaj ten zmienił się na przestrzeni wieków, jednak ślady po nim pozostały do dziś. W Szwecji z okazji Bożego Narodzenia podaje się szynkę tzw. Julskinka, stawia się dekoracje a nawet wypieka ciasteczka w kształcie świnek.


Źródło obrazka: https://skandihome.com/skandiblog/inspiration/this-little-piggy-the-story-of-the-swedish-christmas-pig/, data odczytu: 13.04.2019.

I na sam koniec mała ciekawostka językowa – staronordyckie słowo svín mogło oznaczać dzika lub świnię. Podobieństwo do polskiego odpowiednika i anglosaskiego swine jest uderzające.




[1] Gullinbursti, Źródło: http://www.norse-mythology.cba.pl/page,165,gullinbursti.html, data odczytu: 22.02.2019.


[2] The Boar, Źródło: http://thethegns.blogspot.com/2012/04/boar.html, data odczytu: 09.02.2019. 

sobota, 2 lutego 2019

Muspelheim - Kraina Ognia

Keodred, Muspelheim, 2023 rok


Poprzednim razem opisałem narodziny olbrzyma Ymira. Kiedy żar Muspelheimu spotkał lód Nilfheimu powstała życiodajna woda. Dziś chciałbym skupić się na pierwszym z tych światów - Krainie Ognia Muspelheim. Pierwszy cytat, który opisuje to miejsce pochodzi z pieśni Gylfiaginning (Gylfa Omamienie):

Przed wszystkim jednakże był Muspelhejm (świat ognia), jaśniejący i gorejący, nieprzystępny. Panuje w nim Surtur (czarny) słońce ruchawe iskrzy się na końcu jego miecza, przyjdzie on na końcu wieków wojować z bogi. Rzeki Eliwager, oddalały się od źródeł tak dalece, że trucizna, którą płynęły, krzepła, marzła, i przepaść ze strony północnej lodem wypełniała. Tym sposobem Ginnungagap (przepaść czyli próżna przestrzeń) była w północy lodem i zziębłą mgłą wypełniona, południowa widoczna od błyskawic i jasności z Muspelhejmu wypływających.[1]

Z tego fragmentu dowiadujemy się, że Muspelheim leży na południe od Ginnungagapu, a jego władcą jest Surtur (Surtr) – ognisty olbrzym. Być może to on kierował ciepłym wiatrem, który stopił lodowce Nilfheimu u zarania dziejów, o czym pisałem ostatnim razem. Przytoczony fragment wspomina także, że Surtur przybędzie przy końcu świata, Ragnaröku, by walczyć z bogami. Tworzy to klamrową kompozycję mitologii nordyckiej, w której świat zaczyna się i kończy w ogniu.

Źródło obrazka:https://metalstate.wordpress.com/2011/04/04/album-review-amon-amarth-surtur-rising/
data odczytu: 13.04.2019.

Muspelheim był miejscem wypełnionym lawą i płomieniami, według Eddy nieprzystępnym dla istot pochodzących z innych światów. Etymologia nazwy Muspelheim nie jest do końca jasna, jednak literatura tradycyjnie wywodzi ją od słów Mund-Spilli Heim, co może oznaczać Krainę Niszczycieli lub Zniszczoną Krainę[2]. Jego mieszkańcy nazywani byli też Synami Muspelu (staronord. Múspellssynir, Múspellsmegir), Ognistymi Olbrzymami (staronord. Eldþursar, Eldjötnar) lub inaczej Niszczycielami (staronord. Rjúfendr). Studiując Eddę nie można jednoznacznie stwierdzić, czy te trzy nazwy odnoszą się do jednej rasy olbrzymów, czy może do trzech różnych rodzajów potworów z Muspellheimu.

Odniesienie do Muspelheimu możemy jeszcze znaleźć w poemacie Fjölsvinnsmál. Wspomniana jest tam postać imieniem Sinmara (Sinmöru). Przyjmuje się, że to imię nie jest pochodzenia nordyckiego, i powstało w późniejszych wiekach niż Edda Sturlusona. Rdzeń Mara wiąże się tradycyjnie z określeniem Widziadła, Zmory. Sinmara jest wymienia obok Surtura, przez co uważa się ją za małżonkę władcy Muspelheimu. Fjölsvinnsmál opisuje dalej, iż była ona posiadaczką broni o nazwie Lævateinn, która spoczywała w jej skrzyni zamkniętej na dziewięć zamków (liczba ta często przewija się przez całą mitologię nordycką). Nazwę Lævateinn można tłumaczyć jako Raniącą Różdżkę. Henry Adams Bellows utożsamia ją z gałązką jemioły, która zabiła Baldura[3].

Synowie Muspelu ostatni raz pojawią się, kiedy ruszą na Asgard podczas Ragnaröku. Spróbują przejechać tęczowy most Bifröst. Most ten zarwie się pod kopytami ich koni. Opis ten wskazuje na fakt, iż w Muspelheim występował jakiś rodzaj wierzchowca, być może ognistego konia. Te spośród olbrzymów, które będą w tym czasie na moście, spadną razem z końmi do rzeki. Reszta ruszy na równinę Vigriðr (lub w innej wersji wyspę Óskópnir). Tam sam Surtur stanie do walki z bogiem Freyem i go zabije, a od jego miecza spłonie cały znany świat… By później narodzić się na nowo.

Źródło obrazka:https://www.awn.com/vfxworld/method-studios-ignites-fire-demon-surtur-marvels-thor-ragnarok, data odczytu: 13.04.2019.

Imieniem Surtura nazwano kompleks wulkanicznych jaskiń Surtshellir w zachodniej części Islandii. Z kolei szwedzki zespół Amon Amarth nazwał swój ósmy album Surtur Rising. Sam Surtur pojawia się w komiksach Marvela oraz w opartym na nich filmie Thor: Ragnarok.

Na koniec wspomnę, iż zaktualizowałem notatkę o Szale Bitewnym.



[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 116.

[2] The Complete Poetical Works of Theodore Tilton in One VolumeWith a Preface on Ballad-making and an Appendix on Old Norse Myths & Fables, Theodore Tilton, wyd. Nabu Press, s. 705.

[3] The Poetic Edda: The Mythological Poems, Henry Adams Bellow, wyd.Courier Dover Publications, 2004, s. 245.


niedziela, 20 stycznia 2019

Ginnungagap - Narodziny Ymira

Ymir
Copilot, 2026


Postanowiłem reaktywność blog po bardzo długiej przerwie – pierwszym tematem będzie kontynuacja mitu o stworzeniu świata. W pierwszej części opisałem Pustkę, która istniała przed powstaniem świata – Ginnungagap. Była ona wypełniona Magiczną Siłą. W drugiej części opisałem, jak ze świata NilfheimKrainy Mgieł, wypływało jedenaście rzek określanych mianem Élivágar, czyli Fale Lodu. Rzeki te, a raczej języki lodowców, wpadały od północnej strony do Pustki, natomiast od południa uderzała w nią jasność i błyskawice z Muspelheimu – Krainy Ognia. Pieśń Gylfiaginning (Gylfa Omamienie) wyraźnie podkreśla, że Kraina Ognia powstał a długo przed Krainą Mgieł. Muspelheim opisany został jako świat jaśniejący, gorejący i nieprzystępny.

Kiedy płomienie Muspelheim i szron z Nilfheimu spotkały się w Pustce oba żywioły utworzyły wodę. Jak czytamy w Eddzie Prozaicznej:

Pośrodku była próżnia i cisza: aż dech czyli wiaterek ciepły ze stron ciepłych owionął lody, i począł je w krople topić. Z tych kropel, mocą tego, który ciepło nasłał, powstał człowiek Ymer (najstarszy, albo, powstanie, niespokojność) (od olbrzymów Elgermer zwany).[1]

Poniżej przytaczam jeszcze wersję angielską:

But Ginnungagap was as mild as windless air, and when the breath of heat met the rime, so that it melted and dripped, life was quickened from the yeast-drops, by the power of that which sent the heat, and became a man's form. And that man is named Ymir, but the Rime-Giants call him Aurgelimir;[2]

Nim przejdziemy do osoby Ymira, warto rozważyć kim był ten, który ciepło nasłał. Wiele źródeł wskazuje, iż to Ymir był pierwszą istotą żywą, której stworzenie jest wspomniane w mitologii nordyckiej. Jednak w poprzedniej części wskazałem, iż pierwszą opisaną przez Sturlusona istotą był Surtur – władca Muspelheimu. Czy możliwe jest, iż to on nasłał ciepło na lodowce Nilfheimu? Czy może jednak to stwierdzenie odwołuje się do sprawczej Magicznej Siły, która wypełniała Ginnungagap? Z braku dokładniejszych źródeł, które niestety nie dotrwały do naszych czasów, muszę zostawić to pytanie bez odpowiedzi.

Ymir został opisany jako największy z lodowych olbrzymów – Jotunów. Kiedy postawił pierwszy krok tuż po przebudzeniu, jego stopa dosięgnęła Muspelheimu i zaczęła się topić. Krzycząc w bólu rzucił się czym prędzej w stronę mroźnego Nilfheimu.[3]

Joachim Lelewel tłumaczy imię Ymira (Ymera) jako Najstarszy, Powstanie, Niespokojność. Z takim tłumaczeniem nie mogę się jednak zgodzić i proponuję formę przytaczaną przez innych autorów – Krzyczący, od staronordyckiego słowa Ymja. Drugie jego imię, Aurgelimir powstało przez dodanie członów Aur oraz Galm do imienia Ymir. O ile słowo Galm nie jest trudne do odszyfrowania, bo oznacza Krzyk lub Głos, czyli jest powtórzeniem znaczenia słowa Ymir, o tyle Aur ma już kilka znaczeń. Może oznaczać wykonywanie czynności na powrót, może także oznaczać wilgoć, wilgotne podłoże lub żwir. Bez odpowiedzi zostawię i tę kwestię, bo przydomek może nawiązywać do powtórnego krzyku po oparzeniu lub do wodnej natury tej istoty, która powstała z roztopionego lodu. Jeszcze innym imieniem Ymira, które możemy znaleźć w pieśni Völuspa jest Brimir, jednak rozważania nad tą nazwą zostawię na temat o powstaniu rasy krasnoludów.

Na koniec warto przytoczyć nawiązania do postaci pierwszego lodowego olbrzyma. Imieniem Ymira nazwano dziewiętnasty księżyc Saturna, odkryty w 2000 roku. Ymir zagościł także w komiksach Marvela, jego mianem nazwano jedną z postaci w mandze Shingeki no Kyoji (znaną w Polsce pod nazwą Atak Tytanów), jest jedną z postaci w grze Smite oraz został wspomniany także i w innej grze, God of War z 2018 roku.



[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 116.
[2] The Prose Edda of Snorri Sturlson, transladed by Arthur Gilthrist Brodeur, wyd. CreateSpace Independent Publishing Platform 2014, s. 18.
[3] Illustrated Norse Myths, Alex Frith, Louse Stowell, Usborne Publishind Ltd., 2014, s. 14.

wtorek, 1 listopada 2016

Karmienie Fiordów 2015 - Część Siódma


Po długiej przerwie wracam do opowieści o mojej wyprawie... Pociąg jechał do Wrocławia. Moim celem był Karpacz, ze względu na pewien zabytek, który wiąże się z Norwegią (zdjęcie powyżej). Postanowiłem jednak nie kierować się tam bezpośrednio, ale zahaczyć o niemieckie pogranicze. Przyjaciółka, która pomogła mi zaprojektować logo wyprawy, pomogła mi znaleźć transport. Podesłała mi ogłoszenie z portalu Blablacar. Dzięki temu, miałem zaklepane miejsce w samochodzie z Wrocławia do Zgorzelca. Czasu nie było dużo i tuż po przyjeździe do stolicy Dolnego Śląska skierowałem się w stronę ustalonego miejsca spotkania. 

Krasnoludek Freudek.

Czekając na kierowcę znalazłem wrocławskiego krasnoludka pod budynkiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Byłem pierwszą z osób, które kierowca obiecał zabrać. Drugą była pani, która przybiegła pod Uniwersytet chwilę po mnie, a trzecią pan, którego zabraliśmy spod jednego z dużych marketów. Kiedy byliśmy w komplecie wyruszyliśmy na zachód, do Zgorzelca. W trakcie podróży wymienialiśmy się historiami. Mogłem już zdać relację z mojej trasy przez deszczową Norwegią. Pod wieczór byliśmy w Zgorzelcu. Widząc w pobliżu galerię, udałem się do niej. Był dzień 14 sierpnia, nazajutrz miało być święto Freyfaxi (no dobrze, w Polsce zwane Matki Boskiej Zielnej), więc wolałem uzupełnić zapasy. Szukając w internecie noclegu znalazłem tanią ofertę w miejscowości Trójca. Skierowałem się przez Łagów na wschód. 

ŁOŚ - Łagowski Ośrodek Sportowy.

Trasa biegła przez las, zajęła mi około półtorej godziny. Gdzieś w połowie drogi mijał mnie rowerzysta, który zmierzał do Görlitz. Widząc mnie, niosącego dwa plecki ważące łącznie ponad 20 kilogramów, spytał, czy nie potrzebuję wody, bo wyglądam na wykończonego. Podziękowałem, mówiąc, iż mam jeszcze własną i udaliśmy się w swoje strony. W końcu udało mi się dotrzeć do pensjonatu. Kolejny raz po Norwegii doceniłem luksus, jakim był prysznic i wygodne łóżko. 

Życzliwy rowerzysta.

Długa droga do Trójcy.

Następnego dnia zostawiłem cięższe rzeczy w pokoju i skierowałem się z powrotem w stronę Zgorzelca. Przechodząc przez Łagów zauważyłem, że w miejscowości jest kantor. Licząca 1300 mieszkańców wieś mogła pochwalić się czymś, czego nie posiadało pięciokrotnie większe Strömstad.



 Uliczkami Zgorzelca.

Przeszedłem przez Zgorzelec, do mostu granicznego na Nysie Łużyckiej, a następnie skierowałem się na południe, w stronę wulkanu Landeskrone.

Görlitz po lewej i  Zgorzelec po prawej strony Nysy Łużyckiej.

Most na granicy polsko-niemieckiej.

 Posąg gęsi.

 Plac zabaw.

  Znak Parku Krajobrazowego.

Przykładowa zabudowa Görlitz.

Droga mijała dość spokojnie, pogoda dopisywała, chociaż w końcu dały mi się poznać polskie (tudzież niemieckie) upały, które częściowo ominąłem podczas pobytu w Norwegii. Po dojściu do stoku wulkanu na szczyt prowadzi kilka różnych tras, mniej lub bardziej strome, tym samym mniej lub bardziej kręte.

 Landeskrone widziane z Görlitz.


Droga na zalesionym stoku Landeskrone.

Schody - alternatywa dla krętych ścieżek.

  Wieża widokowa na szczycie wulkanu.

 Wieża telewizyjna wchodząca w skład zamku na szczycie wulkanu (sam zamek jest obecnie restauracją).

  Widok z Landeskrone na Görtliz i dalej na Zgorzelec.

Kiedy byłem na szczycie, nad wulkanem przeleciała mała awionetka.

Landeskrone ma 419 m n.p.m. Pomimo tej niewielkiej wysokości na jego szczycie było czuć niższą temperaturę i wiał wiatr. Po chwili odpoczynku skierowałem się w drogę powrotną.

 Zabytkowy samochód na wyjeździe z restauracji.


 Bazaltowe skały na stokach wulkanu.


W trakcie drogi powrotnej zaczęły pojawiać się na niebie pierwsze chmury - ten gorący dzień musiał zakończyć się potężną burzą. Skierowałem się w stronę Zgorzelca, po drodze zwiedzając jeszcze park i bulwary po niemieckiej stronie Nysy. 

Płytki chodnikowe na bulwarze w Görlitz. Wycięcia tworzyły wzory,
które były malowane kredą przez dzieci. Ot, taka duża, miejska kolorowanka.

Powrót do Polski - przekraczanie mostu na Nysie.

Miejski Dom Kultury w Zgorzelcu.

 Park miejski.

Tuż po przejściu na polską stronę moją uwagę zwróciło mnóstwo sklepików z papierosami - wyznacznik przygranicznej miejscowości. Po szybkim spacerze przez miasto skierowałem się w stronę Trójcy. Czarne chmury nie dawały mi zbyt dużo czasu na powrót. W chwili, w której dotarłem do Łagowa grzmiało i padało. Schroniłem się pod wiatą przystankową. Wykorzystując chwilę zacząłem łapać stopa. Po około pół godziny zatrzymał się biały samochód. Kobieta, która prowadziła, jechała z Görlitz do rodziny w Polsce. Powiedziała mi, że kiedy studiowała, dużo jeździła autostopem i teraz spłaca dług kolejnemu pokoleniu. Gdy wysadziła mnie w Trójcy, podziękowałem za pomoc. Ostatni kilometr do pensjonatu przeszedłem w deszczu. Resztę dnia spędziłem na dalszym odsypianiu Norwegii.
Nazajutrz spakowałem się i wyruszyłem do Zgorzelca. Zszedłem na stację kolejową, czekając na pociąg do Jeleniej Góry. Po dojechaniu do miasta zacząłem szukać środku transportu dalej na południe. Przy ulicy były stanowiska dla autobusów. Zdjąłem plecak przy miejscu, z którego powinny odjeżdżać busy do Karpacza i czekałem. Obok mnie czekała również pani z dzieckiem. Kiedy podjechał bus, wysiadł z niego niższy mężczyzna z wąsami i pomógł nam zapakować bagaże do samochodu. Bus był nieodznaczony, ale kierowca twierdził, że jedzie do Karpacza. Po dotarci do celu spytał, gdzie chcemy wysiąść, i czy wolimy Karpacz Dolny, czy Górny. Fakt, że nie miał jednego ustalonego przystanku końcowego wzbudził moje podejrzenia. Wysiadając, okazało się, że nie był zawodowym kierowcą, tylko dorabiał sobie. Wziął od każdej osoby po 20 złotych, argumentując to tym, że trafiła nam się okazja, bo taksówka z Jeleniej Góry kosztowałaby drożej. Problem w tym, że zarówno ja jak i pani z dzieckiem czekaliśmy na regularny bus, który kosztował 6 złotych w jedną stronę, przez co ten przewóz wcale nie był okazją. Niech moja przygoda z wąsatym busiarzem-amatorem będzie przestrogą by upewniać się, do jakiego pojazdu wsiadamy.
I tak oto dotarłem do Karpacza. Pierwszym krokiem było znalezienie noclegu. Usiadłem na ławce przy tablicy z mapą miejscowości i w internecie w telefonie zacząłem szukać noclegu. Po kilku wykonanych telefonach miałem już tani jednoosobowy pokoik niedaleko wejścia do Karkonoskiego Parku Narodowego. Zostawiłem rzeczy i skierowałem się w stronę zabytku, który przyciągnął mnie do Karpacza - świątyni Wang.

Świątynia Wang.

Świątynia została przeniesiona z norweskiej miejscowości Wang w 1842 roku. Rozebrana, przetransportowana, ponownie złożona została właśnie Karpaczu. Wszystkie elementy ścian połączone zostały w tradycyjny dla kościołów klepkowych stavkirke sposób, bez użycia gwoździ. Na miejscu dobudowaną dzwonnicę, która nie była oryginalnym elementem budowli. Miejsce jest wyjątkowe - wprawne oko, obeznane z nordycką tematyką, dostrzeże zdobienia charakterystyczne dla religii, która poprzedzała chrześcijaństwo.

 Triquetra - symbol dynastii Asów.

Widok na kościół Wang z pobliskiego cmentarza.

 Mapa Karpacza ze zdobieniami stylizowanymi na nordyckie.





 Nie tylko sam kościół zawiera nordyckie symbole 
- charakterystyczne plecione wzory można dostrzec także na grobach osób, 
pochowanych w obrządku protestanckim.


 Wśród zdobień można dopatrzeć się smoki.

 Przejście z kościoła do dzwonnicy.




Głowy smoków zdobią także dach kościoła Wang.

Turyści są wpuszczani do środka o wyznaczonych godzinach. Kiedy przyszła kolej na moją grupę, zadałem przewodniczce pytanie, skąd wzięły się nordyckie ozdoby na nagrobkach i wyposażeniu terenu. Niestety, nie znała odpowiedzi. Nie zostało mi nic innego, jak zwiedzić kościół od środka i posłuchać nagranej opowieści o nim.

 Zdobienie przy wejściu, ponoć w kształcie lwa.

 Drzwi prowadzące do dzwonnicy - widok od środka.

 Drewniany ołtarz.

Chrzcielnica - element dodany już w Polsce, 
nie stanowiła oryginalnego wyposażenia kościoła w Norwegii.

 Organy.

 Drewniany portal - również tu można dopatrzeć się podobizn smoków.

 Jeden z czterech filarów podtrzymujących strop. Były to maszty drakkarów 
- kapitanowie czterech okrętów podarowali je podczas budowy kościoła ok. XII wieku.

 Pismo runiczne na jednym z portali - kolejny dowód, 
jak religia w nordyckich bogów przeplatała się z chrześcijaństwem w średniowieczu.

 Widok z jednego z licznych okienek świątyni.

Boczny korytarz biegnący dookoła całej kościoła.

I tak oto zwiedziłem ostatni ze skandynawskich zabytków na mojej trasie. Nie oznacza to jednak, że wyprawa dobiegła końca. Tego samego dnia spacerowałem po Karpaczu, zarówno Górnym, jak i Dolnym. Zabawny był fakt chodzenia w ciepłym deszczu, jakże różnym od norweskich ulew, i obserwowania, jak ludzie chowają się przed nim gdzie popadnie. Dzień się kończył, planowałem, iż nazajutrz pójdę w góry. Postanowiłem wykorzystać okazję i zdobyć pobliską Śnieżkę - najwyższy szczyt Karkonoszy... Ale o tym następnym razem.