piątek, 22 lutego 2019

Gullinbursti - Magiczny dzik czy pierwszy robot?

Joanna Gondek, Gullinbursti, 2020 rok

Mitologie z całego świata opisują magiczne przedmioty i cudowne artefakty o właściwościach, które wykraczały poza możliwości ludzi żyjących w starożytności i średniowieczu. Dziś chciałbym przedstawić jeden z takich przykładów z mitologii nordyckiej – dzika imieniem Gullinbursti.

Gullinbursti (nord. Złotogrzywy) nazywany był także w podaniach Slíðrugtanni (nord. Straszne Kły). Jego historia zaczyna się, kiedy Loki podstępem nakłonił dwa rody krasnoludów do współzawodnictwa. Kowale mieli stworzyć po trzy przedmioty, które zostaną ocenione przez bogów. Asowie mieli zadecydować, który z krasnolodów może poszczycić się mianem najznakomitszych kowali we wszystkich Dziewięciu Światach. Do zawodów stanęły dwie drużyny – synowie Iwaldiego oraz bracia Brokk i Eitri. Dziś skupię się tylko na powstaniu Gullinburstiego, gdyż knowania Lokiego i sam konkurs to materiał na osobny artykuł.

Eitri stworzył łącznie trzy przedmioty. Do jednego z nich przygotował świńską skórę i rozpalił piec. Kazał swojemu bratu pracować miechem. Przygotował także złote części, z których miał składać się powstający zwierz[1]. Sierść Gullinburstiego miała być złota i świecić w ciemności. Złotogrzywy został zbudowany, a więc był sztucznym tworem. Dodatkowo przewyższał żywe dziki szybkością, doskonałym pływaniem i możliwością latania. Dziś powiedzielibyśmy, że był robotem. Czy pieśni potwierdzają niesamowitą wyobraźnię skalda, który wymyślił Gullinburskiego, czy też może jest to zapis istnienia starożytnej technologii, która uległa zapomnieniu? To pytanie pozostawiam Wam do przemyślenia.

Złotogrzywy był i jest ciągle obecny w ludzkiej kulturze. Kiedy bóg Frej zszedł na ziemię, by nauczyć ludzkość jak uprawiać rolę, to właśnie Gullinbursti pomagał mu swoimi kłami wytłumaczyć, jak orać pole uprawne. W innej historii Frej miał na owym dziku przyjechać na pogrzeb Baldura


 Źródło obrazka:https://pl.pinterest.com/pin/500321839834256537/?lp=true, 
data odczytu: 13.04.2019.

W angielskiej miejscowości Benty Grange znaleziono hełm ze zdobieniem w kształcie dzika. Motyw ten był powszechny zarówno wśród ludów nordyckich jaki i anglosaskich. Wśród skandynawskich wojowników wierzono, że ozdabianie hełmów i tarcz symbolem dzika, miało przynieść szczęście w walce i przychylność Freja – takie nakrycia głowy nosił legendarny Beowulf  i jego załoga. Snorri Sturluson wymieniał nawet specjalne określenie dla hełmów z zdobieniami w kształcie dzika – Hildisvíni (nord. Świnia Bitewna). Właścicielem Hildisvíniego według niego był wojownik imieniem Áli, a następnie szwedzki król Adlis, który zabrał hełm z pola bitwy po śmierci Áliego[2].

W noc przesilenia zimowego Yule, w Skandynawii składano Frejowi w ofierze właśnie dzika (rytuał nazywany  Sónarblót – Ofiara z dzika). Dzik był podawany tradycyjnie z jabłkiem w pysku, oraz przyprawiany rozmarynem. Potrawa była na tyle istotna w rytuale, że często wprowadzono ją przed samym królem do sali biesiadnej. Kiedy danie zostało wniesione nad dzikiem śpiewano, kładziono na nim dłonie i składano święte przysięgi. Zwyczaj ten zmienił się na przestrzeni wieków, jednak ślady po nim pozostały do dziś. W Szwecji z okazji Bożego Narodzenia podaje się szynkę tzw. Julskinka, stawia się dekoracje a nawet wypieka ciasteczka w kształcie świnek.


Źródło obrazka: https://skandihome.com/skandiblog/inspiration/this-little-piggy-the-story-of-the-swedish-christmas-pig/, data odczytu: 13.04.2019.

I na sam koniec mała ciekawostka językowa – staronordyckie słowo svín mogło oznaczać dzika lub świnię. Podobieństwo do polskiego odpowiednika i anglosaskiego swine jest uderzające.




[1] Gullinbursti, Źródło: http://www.norse-mythology.cba.pl/page,165,gullinbursti.html, data odczytu: 22.02.2019.


[2] The Boar, Źródło: http://thethegns.blogspot.com/2012/04/boar.html, data odczytu: 09.02.2019. 

sobota, 2 lutego 2019

Muspelheim - Kraina Ognia

Keodred, Muspelheim, 2023 rok


Poprzednim razem opisałem narodziny olbrzyma Ymira. Kiedy żar Muspelheimu spotkał lód Nilfheimu powstała życiodajna woda. Dziś chciałbym skupić się na pierwszym z tych światów - Krainie Ognia Muspelheim. Pierwszy cytat, który opisuje to miejsce pochodzi z pieśni Gylfiaginning (Gylfa Omamienie):

Przed wszystkim jednakże był Muspelhejm (świat ognia), jaśniejący i gorejący, nieprzystępny. Panuje w nim Surtur (czarny) słońce ruchawe iskrzy się na końcu jego miecza, przyjdzie on na końcu wieków wojować z bogi. Rzeki Eliwager, oddalały się od źródeł tak dalece, że trucizna, którą płynęły, krzepła, marzła, i przepaść ze strony północnej lodem wypełniała. Tym sposobem Ginnungagap (przepaść czyli próżna przestrzeń) była w północy lodem i zziębłą mgłą wypełniona, południowa widoczna od błyskawic i jasności z Muspelhejmu wypływających.[1]

Z tego fragmentu dowiadujemy się, że Muspelheim leży na południe od Ginnungagapu, a jego władcą jest Surtur (Surtr) – ognisty olbrzym. Być może to on kierował ciepłym wiatrem, który stopił lodowce Nilfheimu u zarania dziejów, o czym pisałem ostatnim razem. Przytoczony fragment wspomina także, że Surtur przybędzie przy końcu świata, Ragnaröku, by walczyć z bogami. Tworzy to klamrową kompozycję mitologii nordyckiej, w której świat zaczyna się i kończy w ogniu.

Źródło obrazka:https://metalstate.wordpress.com/2011/04/04/album-review-amon-amarth-surtur-rising/
data odczytu: 13.04.2019.

Muspelheim był miejscem wypełnionym lawą i płomieniami, według Eddy nieprzystępnym dla istot pochodzących z innych światów. Etymologia nazwy Muspelheim nie jest do końca jasna, jednak literatura tradycyjnie wywodzi ją od słów Mund-Spilli Heim, co może oznaczać Krainę Niszczycieli lub Zniszczoną Krainę[2]. Jego mieszkańcy nazywani byli też Synami Muspelu (staronord. Múspellssynir, Múspellsmegir), Ognistymi Olbrzymami (staronord. Eldþursar, Eldjötnar) lub inaczej Niszczycielami (staronord. Rjúfendr). Studiując Eddę nie można jednoznacznie stwierdzić, czy te trzy nazwy odnoszą się do jednej rasy olbrzymów, czy może do trzech różnych rodzajów potworów z Muspellheimu.

Odniesienie do Muspelheimu możemy jeszcze znaleźć w poemacie Fjölsvinnsmál. Wspomniana jest tam postać imieniem Sinmara (Sinmöru). Przyjmuje się, że to imię nie jest pochodzenia nordyckiego, i powstało w późniejszych wiekach niż Edda Sturlusona. Rdzeń Mara wiąże się tradycyjnie z określeniem Widziadła, Zmory. Sinmara jest wymienia obok Surtura, przez co uważa się ją za małżonkę władcy Muspelheimu. Fjölsvinnsmál opisuje dalej, iż była ona posiadaczką broni o nazwie Lævateinn, która spoczywała w jej skrzyni zamkniętej na dziewięć zamków (liczba ta często przewija się przez całą mitologię nordycką). Nazwę Lævateinn można tłumaczyć jako Raniącą Różdżkę. Henry Adams Bellows utożsamia ją z gałązką jemioły, która zabiła Baldura[3].

Synowie Muspelu ostatni raz pojawią się, kiedy ruszą na Asgard podczas Ragnaröku. Spróbują przejechać tęczowy most Bifröst. Most ten zarwie się pod kopytami ich koni. Opis ten wskazuje na fakt, iż w Muspelheim występował jakiś rodzaj wierzchowca, być może ognistego konia. Te spośród olbrzymów, które będą w tym czasie na moście, spadną razem z końmi do rzeki. Reszta ruszy na równinę Vigriðr (lub w innej wersji wyspę Óskópnir). Tam sam Surtur stanie do walki z bogiem Freyem i go zabije, a od jego miecza spłonie cały znany świat… By później narodzić się na nowo.

Źródło obrazka:https://www.awn.com/vfxworld/method-studios-ignites-fire-demon-surtur-marvels-thor-ragnarok, data odczytu: 13.04.2019.

Imieniem Surtura nazwano kompleks wulkanicznych jaskiń Surtshellir w zachodniej części Islandii. Z kolei szwedzki zespół Amon Amarth nazwał swój ósmy album Surtur Rising. Sam Surtur pojawia się w komiksach Marvela oraz w opartym na nich filmie Thor: Ragnarok.

Na koniec wspomnę, iż zaktualizowałem notatkę o Szale Bitewnym.



[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 116.

[2] The Complete Poetical Works of Theodore Tilton in One VolumeWith a Preface on Ballad-making and an Appendix on Old Norse Myths & Fables, Theodore Tilton, wyd. Nabu Press, s. 705.

[3] The Poetic Edda: The Mythological Poems, Henry Adams Bellow, wyd.Courier Dover Publications, 2004, s. 245.


niedziela, 20 stycznia 2019

Ginnungagap - Narodziny Ymira

Ymir
Copilot, 2026


Postanowiłem reaktywność blog po bardzo długiej przerwie – pierwszym tematem będzie kontynuacja mitu o stworzeniu świata. W pierwszej części opisałem Pustkę, która istniała przed powstaniem świata – Ginnungagap. Była ona wypełniona Magiczną Siłą. W drugiej części opisałem, jak ze świata NilfheimKrainy Mgieł, wypływało jedenaście rzek określanych mianem Élivágar, czyli Fale Lodu. Rzeki te, a raczej języki lodowców, wpadały od północnej strony do Pustki, natomiast od południa uderzała w nią jasność i błyskawice z Muspelheimu – Krainy Ognia. Pieśń Gylfiaginning (Gylfa Omamienie) wyraźnie podkreśla, że Kraina Ognia powstał a długo przed Krainą Mgieł. Muspelheim opisany został jako świat jaśniejący, gorejący i nieprzystępny.

Kiedy płomienie Muspelheim i szron z Nilfheimu spotkały się w Pustce oba żywioły utworzyły wodę. Jak czytamy w Eddzie Prozaicznej:

Pośrodku była próżnia i cisza: aż dech czyli wiaterek ciepły ze stron ciepłych owionął lody, i począł je w krople topić. Z tych kropel, mocą tego, który ciepło nasłał, powstał człowiek Ymer (najstarszy, albo, powstanie, niespokojność) (od olbrzymów Elgermer zwany).[1]

Poniżej przytaczam jeszcze wersję angielską:

But Ginnungagap was as mild as windless air, and when the breath of heat met the rime, so that it melted and dripped, life was quickened from the yeast-drops, by the power of that which sent the heat, and became a man's form. And that man is named Ymir, but the Rime-Giants call him Aurgelimir;[2]

Nim przejdziemy do osoby Ymira, warto rozważyć kim był ten, który ciepło nasłał. Wiele źródeł wskazuje, iż to Ymir był pierwszą istotą żywą, której stworzenie jest wspomniane w mitologii nordyckiej. Jednak w poprzedniej części wskazałem, iż pierwszą opisaną przez Sturlusona istotą był Surtur – władca Muspelheimu. Czy możliwe jest, iż to on nasłał ciepło na lodowce Nilfheimu? Czy może jednak to stwierdzenie odwołuje się do sprawczej Magicznej Siły, która wypełniała Ginnungagap? Z braku dokładniejszych źródeł, które niestety nie dotrwały do naszych czasów, muszę zostawić to pytanie bez odpowiedzi.

Ymir został opisany jako największy z lodowych olbrzymów – Jotunów. Kiedy postawił pierwszy krok tuż po przebudzeniu, jego stopa dosięgnęła Muspelheimu i zaczęła się topić. Krzycząc w bólu rzucił się czym prędzej w stronę mroźnego Nilfheimu.[3]

Joachim Lelewel tłumaczy imię Ymira (Ymera) jako Najstarszy, Powstanie, Niespokojność. Z takim tłumaczeniem nie mogę się jednak zgodzić i proponuję formę przytaczaną przez innych autorów – Krzyczący, od staronordyckiego słowa Ymja. Drugie jego imię, Aurgelimir powstało przez dodanie członów Aur oraz Galm do imienia Ymir. O ile słowo Galm nie jest trudne do odszyfrowania, bo oznacza Krzyk lub Głos, czyli jest powtórzeniem znaczenia słowa Ymir, o tyle Aur ma już kilka znaczeń. Może oznaczać wykonywanie czynności na powrót, może także oznaczać wilgoć, wilgotne podłoże lub żwir. Bez odpowiedzi zostawię i tę kwestię, bo przydomek może nawiązywać do powtórnego krzyku po oparzeniu lub do wodnej natury tej istoty, która powstała z roztopionego lodu. Jeszcze innym imieniem Ymira, które możemy znaleźć w pieśni Völuspa jest Brimir, jednak rozważania nad tą nazwą zostawię na temat o powstaniu rasy krasnoludów.

Na koniec warto przytoczyć nawiązania do postaci pierwszego lodowego olbrzyma. Imieniem Ymira nazwano dziewiętnasty księżyc Saturna, odkryty w 2000 roku. Ymir zagościł także w komiksach Marvela, jego mianem nazwano jedną z postaci w mandze Shingeki no Kyoji (znaną w Polsce pod nazwą Atak Tytanów), jest jedną z postaci w grze Smite oraz został wspomniany także i w innej grze, God of War z 2018 roku.



[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 116.
[2] The Prose Edda of Snorri Sturlson, transladed by Arthur Gilthrist Brodeur, wyd. CreateSpace Independent Publishing Platform 2014, s. 18.
[3] Illustrated Norse Myths, Alex Frith, Louse Stowell, Usborne Publishind Ltd., 2014, s. 14.

wtorek, 1 listopada 2016

Karmienie Fiordów 2015 - Część Siódma


Po długiej przerwie wracam do opowieści o mojej wyprawie... Pociąg jechał do Wrocławia. Moim celem był Karpacz, ze względu na pewien zabytek, który wiąże się z Norwegią (zdjęcie powyżej). Postanowiłem jednak nie kierować się tam bezpośrednio, ale zahaczyć o niemieckie pogranicze. Przyjaciółka, która pomogła mi zaprojektować logo wyprawy, pomogła mi znaleźć transport. Podesłała mi ogłoszenie z portalu Blablacar. Dzięki temu, miałem zaklepane miejsce w samochodzie z Wrocławia do Zgorzelca. Czasu nie było dużo i tuż po przyjeździe do stolicy Dolnego Śląska skierowałem się w stronę ustalonego miejsca spotkania. 

Krasnoludek Freudek.

Czekając na kierowcę znalazłem wrocławskiego krasnoludka pod budynkiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Byłem pierwszą z osób, które kierowca obiecał zabrać. Drugą była pani, która przybiegła pod Uniwersytet chwilę po mnie, a trzecią pan, którego zabraliśmy spod jednego z dużych marketów. Kiedy byliśmy w komplecie wyruszyliśmy na zachód, do Zgorzelca. W trakcie podróży wymienialiśmy się historiami. Mogłem już zdać relację z mojej trasy przez deszczową Norwegią. Pod wieczór byliśmy w Zgorzelcu. Widząc w pobliżu galerię, udałem się do niej. Był dzień 14 sierpnia, nazajutrz miało być święto Freyfaxi (no dobrze, w Polsce zwane Matki Boskiej Zielnej), więc wolałem uzupełnić zapasy. Szukając w internecie noclegu znalazłem tanią ofertę w miejscowości Trójca. Skierowałem się przez Łagów na wschód. 

ŁOŚ - Łagowski Ośrodek Sportowy.

Trasa biegła przez las, zajęła mi około półtorej godziny. Gdzieś w połowie drogi mijał mnie rowerzysta, który zmierzał do Görlitz. Widząc mnie, niosącego dwa plecki ważące łącznie ponad 20 kilogramów, spytał, czy nie potrzebuję wody, bo wyglądam na wykończonego. Podziękowałem, mówiąc, iż mam jeszcze własną i udaliśmy się w swoje strony. W końcu udało mi się dotrzeć do pensjonatu. Kolejny raz po Norwegii doceniłem luksus, jakim był prysznic i wygodne łóżko. 

Życzliwy rowerzysta.

Długa droga do Trójcy.

Następnego dnia zostawiłem cięższe rzeczy w pokoju i skierowałem się z powrotem w stronę Zgorzelca. Przechodząc przez Łagów zauważyłem, że w miejscowości jest kantor. Licząca 1300 mieszkańców wieś mogła pochwalić się czymś, czego nie posiadało pięciokrotnie większe Strömstad.



 Uliczkami Zgorzelca.

Przeszedłem przez Zgorzelec, do mostu granicznego na Nysie Łużyckiej, a następnie skierowałem się na południe, w stronę wulkanu Landeskrone.

Görlitz po lewej i  Zgorzelec po prawej strony Nysy Łużyckiej.

Most na granicy polsko-niemieckiej.

 Posąg gęsi.

 Plac zabaw.

  Znak Parku Krajobrazowego.

Przykładowa zabudowa Görlitz.

Droga mijała dość spokojnie, pogoda dopisywała, chociaż w końcu dały mi się poznać polskie (tudzież niemieckie) upały, które częściowo ominąłem podczas pobytu w Norwegii. Po dojściu do stoku wulkanu na szczyt prowadzi kilka różnych tras, mniej lub bardziej strome, tym samym mniej lub bardziej kręte.

 Landeskrone widziane z Görlitz.


Droga na zalesionym stoku Landeskrone.

Schody - alternatywa dla krętych ścieżek.

  Wieża widokowa na szczycie wulkanu.

 Wieża telewizyjna wchodząca w skład zamku na szczycie wulkanu (sam zamek jest obecnie restauracją).

  Widok z Landeskrone na Görtliz i dalej na Zgorzelec.

Kiedy byłem na szczycie, nad wulkanem przeleciała mała awionetka.

Landeskrone ma 419 m n.p.m. Pomimo tej niewielkiej wysokości na jego szczycie było czuć niższą temperaturę i wiał wiatr. Po chwili odpoczynku skierowałem się w drogę powrotną.

 Zabytkowy samochód na wyjeździe z restauracji.


 Bazaltowe skały na stokach wulkanu.


W trakcie drogi powrotnej zaczęły pojawiać się na niebie pierwsze chmury - ten gorący dzień musiał zakończyć się potężną burzą. Skierowałem się w stronę Zgorzelca, po drodze zwiedzając jeszcze park i bulwary po niemieckiej stronie Nysy. 

Płytki chodnikowe na bulwarze w Görlitz. Wycięcia tworzyły wzory,
które były malowane kredą przez dzieci. Ot, taka duża, miejska kolorowanka.

Powrót do Polski - przekraczanie mostu na Nysie.

Miejski Dom Kultury w Zgorzelcu.

 Park miejski.

Tuż po przejściu na polską stronę moją uwagę zwróciło mnóstwo sklepików z papierosami - wyznacznik przygranicznej miejscowości. Po szybkim spacerze przez miasto skierowałem się w stronę Trójcy. Czarne chmury nie dawały mi zbyt dużo czasu na powrót. W chwili, w której dotarłem do Łagowa grzmiało i padało. Schroniłem się pod wiatą przystankową. Wykorzystując chwilę zacząłem łapać stopa. Po około pół godziny zatrzymał się biały samochód. Kobieta, która prowadziła, jechała z Görlitz do rodziny w Polsce. Powiedziała mi, że kiedy studiowała, dużo jeździła autostopem i teraz spłaca dług kolejnemu pokoleniu. Gdy wysadziła mnie w Trójcy, podziękowałem za pomoc. Ostatni kilometr do pensjonatu przeszedłem w deszczu. Resztę dnia spędziłem na dalszym odsypianiu Norwegii.
Nazajutrz spakowałem się i wyruszyłem do Zgorzelca. Zszedłem na stację kolejową, czekając na pociąg do Jeleniej Góry. Po dojechaniu do miasta zacząłem szukać środku transportu dalej na południe. Przy ulicy były stanowiska dla autobusów. Zdjąłem plecak przy miejscu, z którego powinny odjeżdżać busy do Karpacza i czekałem. Obok mnie czekała również pani z dzieckiem. Kiedy podjechał bus, wysiadł z niego niższy mężczyzna z wąsami i pomógł nam zapakować bagaże do samochodu. Bus był nieodznaczony, ale kierowca twierdził, że jedzie do Karpacza. Po dotarci do celu spytał, gdzie chcemy wysiąść, i czy wolimy Karpacz Dolny, czy Górny. Fakt, że nie miał jednego ustalonego przystanku końcowego wzbudził moje podejrzenia. Wysiadając, okazało się, że nie był zawodowym kierowcą, tylko dorabiał sobie. Wziął od każdej osoby po 20 złotych, argumentując to tym, że trafiła nam się okazja, bo taksówka z Jeleniej Góry kosztowałaby drożej. Problem w tym, że zarówno ja jak i pani z dzieckiem czekaliśmy na regularny bus, który kosztował 6 złotych w jedną stronę, przez co ten przewóz wcale nie był okazją. Niech moja przygoda z wąsatym busiarzem-amatorem będzie przestrogą by upewniać się, do jakiego pojazdu wsiadamy.
I tak oto dotarłem do Karpacza. Pierwszym krokiem było znalezienie noclegu. Usiadłem na ławce przy tablicy z mapą miejscowości i w internecie w telefonie zacząłem szukać noclegu. Po kilku wykonanych telefonach miałem już tani jednoosobowy pokoik niedaleko wejścia do Karkonoskiego Parku Narodowego. Zostawiłem rzeczy i skierowałem się w stronę zabytku, który przyciągnął mnie do Karpacza - świątyni Wang.

Świątynia Wang.

Świątynia została przeniesiona z norweskiej miejscowości Wang w 1842 roku. Rozebrana, przetransportowana, ponownie złożona została właśnie Karpaczu. Wszystkie elementy ścian połączone zostały w tradycyjny dla kościołów klepkowych stavkirke sposób, bez użycia gwoździ. Na miejscu dobudowaną dzwonnicę, która nie była oryginalnym elementem budowli. Miejsce jest wyjątkowe - wprawne oko, obeznane z nordycką tematyką, dostrzeże zdobienia charakterystyczne dla religii, która poprzedzała chrześcijaństwo.

 Triquetra - symbol dynastii Asów.

Widok na kościół Wang z pobliskiego cmentarza.

 Mapa Karpacza ze zdobieniami stylizowanymi na nordyckie.





 Nie tylko sam kościół zawiera nordyckie symbole 
- charakterystyczne plecione wzory można dostrzec także na grobach osób, 
pochowanych w obrządku protestanckim.


 Wśród zdobień można dopatrzeć się smoki.

 Przejście z kościoła do dzwonnicy.




Głowy smoków zdobią także dach kościoła Wang.

Turyści są wpuszczani do środka o wyznaczonych godzinach. Kiedy przyszła kolej na moją grupę, zadałem przewodniczce pytanie, skąd wzięły się nordyckie ozdoby na nagrobkach i wyposażeniu terenu. Niestety, nie znała odpowiedzi. Nie zostało mi nic innego, jak zwiedzić kościół od środka i posłuchać nagranej opowieści o nim.

 Zdobienie przy wejściu, ponoć w kształcie lwa.

 Drzwi prowadzące do dzwonnicy - widok od środka.

 Drewniany ołtarz.

Chrzcielnica - element dodany już w Polsce, 
nie stanowiła oryginalnego wyposażenia kościoła w Norwegii.

 Organy.

 Drewniany portal - również tu można dopatrzeć się podobizn smoków.

 Jeden z czterech filarów podtrzymujących strop. Były to maszty drakkarów 
- kapitanowie czterech okrętów podarowali je podczas budowy kościoła ok. XII wieku.

 Pismo runiczne na jednym z portali - kolejny dowód, 
jak religia w nordyckich bogów przeplatała się z chrześcijaństwem w średniowieczu.

 Widok z jednego z licznych okienek świątyni.

Boczny korytarz biegnący dookoła całej kościoła.

I tak oto zwiedziłem ostatni ze skandynawskich zabytków na mojej trasie. Nie oznacza to jednak, że wyprawa dobiegła końca. Tego samego dnia spacerowałem po Karpaczu, zarówno Górnym, jak i Dolnym. Zabawny był fakt chodzenia w ciepłym deszczu, jakże różnym od norweskich ulew, i obserwowania, jak ludzie chowają się przed nim gdzie popadnie. Dzień się kończył, planowałem, iż nazajutrz pójdę w góry. Postanowiłem wykorzystać okazję i zdobyć pobliską Śnieżkę - najwyższy szczyt Karkonoszy... Ale o tym następnym razem.