niedziela, 6 marca 2016

Karmienie Fiordów 2015 - Część Piąta


Pociąg, którym wyruszyłem z Oslo na południe, nie dojeżdżał bezpośrednio do Fredrikstad. Z powodu remontu torowiska wszyscy pasażerowie zostali poproszeni o przesiadkę na autobus na jednej ze stacji. Droga zajęła ponad trzy godziny i około 10:00 znalazłem się w ostatnim norweskim mieście na mojej trasie.
Rynek w Fredrikstad.

Na miejscu zacząłem szukać informacji turystycznej. Kiedy ją znalazłem, spytałem, skąd odjeżdżają autobusy do szwedzkiego Strömstad. Pani sprawdziła mi w internecie... I powiedziała, że najbliższy jest za 10 minut. Pobiegłem we wskazanym kierunku. Kiedy znalazłem autobus, okazało się, że bilet można kupić płacąc tylko kartą... Następny autobus na południe był dopiero za dwie godziny. Chcąc zdążyć tego samego dnia na prom do Polski w Ystad, nie mogłem pozwolić sobie na tak długie czekanie. Zostało mi kilka minut. Uznałem, że najlepiej będzie poczekać i poprosić innego pasażera o pomoc w kupnie biletu. Do autobusu zbliżył się czarnoskóry Norweg. Spytałem, czy mógłby mi kupić bilet, a ja oddam mu równowartość biletu w gotówce. Zgodził się i za 80 norweskich koron jechałem do Strömstad. Po ośmiu latach wracałem do Szwecji, tym razem jednak na bardzo krótko.

Granica przebiegała w lesie, a jej dokładne położenie sygnalizowały szwedzkie flagi. Kiedy dotarłem do Strömstad udałem się od razu na dworzec kolejowy. Miałem kilka minut do odjazdu pociągu do Goteborga. Ku mojemu zdziwieniu, w okolicach dworca nie było kantoru. Było około godziny 11:00. Uznałem, że mam sporo czasu i spróbuję złapać stopa na południe. Pierw czekałem na wylotowej w okolicach rzeki Strömsån, jednak pani, która mnie mijała, doradziła, by pójść na południe od portu i tam łapać stopa. Argumentowała to faktem, że więcej samochodów wyjeżdża z portu na południe, dodatkowo, znajdowało się tam pole namiotowe, a więc i więcej turystów. Ponad dwie godziny łapania stopa za polem namiotowym nie dały oczekiwanego efektu. Wróciłem do miasta i zacząłem szukać kantoru. Strömstad to przygranicznej miasto w Szwecji. Tu zaczyna się szwedzka kolej biegnąca na południe. Tu także jest port, do którego co chwila zawijały statki z Danii i Niemiec. I jak się okazało, tak duże przygraniczne miasto nie ma ani jednego kantoru. Dodatkowo, dwa znajdujące się w mieście banki również nie były w stanie wymienić mi koron norweskich na szwedzkie.

Nie poddałem się jednak i zacząłem próbować szczęścia w różnych miejscach. Będąc kilka razy na pograniczu Słowacji trafiałem na sklepy, w których można było płacić i polskimi złotówkami i euro. Pomyślałem, że może pogranicze szwedzkie także prowadzi handel w koronach norweskich. Chodzenie od sklepu do sklepu, od restauracji do restauracji, nie napawało optymizmem. Pierwszy raz podczas tej wyprawy poczułem przytłaczającą bezradność... W końcu jednak trafiłem do kiosku, w którym pracujący Hindus pomógł mi kupić bilet na najbliższy pociąg. Podziękowałem, mówiąc, że ratuje mi życie i udałem się dalej na południe.

 Winda dla wózków w pociągu do Goteborga.

 Farmy wiatrowe w Szwecji. 

 Goteborg okazał się mało skandynawskim miastem. Na dworcu i w jego okolicach dominowali imigranci z Afryki. Miałem szczęście, iż najbliższy pociąg do Malmö odjeżdżał w przeciągu 20 minut. W międzyczasie znalazłem kantor, w którym wymieniłem część koron norweskich na szwedzkie. Nie traciłem nadziei, że zdążę na wieczorny prom do Świnoujścia. 

 Zachód słońca nad cieśninami duńskimi.

Przed zmrokiem dotarłem do Malmö. Stary dworzec, który pamiętam z wyprawy z 2007 roku, ustąpił miejsca nowemu, podziemnemu. Mnogość peronów i przejść zdezorientowała mnie na chwilę.

Stary dworzec kolejowy w Malmö - rok 2007.

Kiedy rozglądałem się za peronem z pociągiem do Ystad podeszła do mnie konduktora, która jechała ze mną na trasie Goteborg-Malmö i wskazała właściwą drogę. Do dziś zastanawiam się, skąd wiedziała, że chcę jechać dalej do Ystad. Czyżby zdradził mnie akcent i domyśliła się, że zmierzam do Polski?

Pociąg do Ystad odjeżdżał z jednego z podziemnych peronów. Miałem jakieś dwie godziny, by zdążyć na prom. W tym miejscu muszę wspomnieć o mniej przyjemnej przygodzie z tej wyprawy. Oprócz fatalnej pogody i szybko kończącej się gotówki w Skandynawii również zdrowie skłoniło mnie do tak prędkiego powrotu. Niewielkie zranienie, którego nabawiłem się na ręce w lesie w Borg zaczęło się pogarszać. Na prawym przedramieniu pojawiła się cała pajęczyna pociemniałych żył, od dłoni aż po łokieć. Podejrzewałem nawet tężec. W dniu, w którym przejeżdżałem przez Szwecję, stan ręki był najgorszy. Przez całą podróż do Ystad nerwowo spoglądałem na telefon, patrząc ile czasu mi zostało do promu.

Podobnie jak Malmö, Ystad bardzo zmieniło się. Zaściankowa mieścina tętniła teraz życiem nawet po zmroku. Na obrzeżach zobaczyłem przez okno pociągu neon Kebab 24/7. Pamiętam, że kiedy przed laty byłem w Ystad, niemożliwe było znalezienie sklepu, który byłby czynny dłużej, niż do 18:00. O 21:58 dotarłem na peron. Z dwoma plecakami pobiegłem ile sił w nogach do terminalu portowego. Zdyszany pytam się w kasie, czy mogę jeszcze kupić bilet na prom do Świnoujścia. Pan powiedział mi, że to nie ten terminal. Tu odpływały promy na Bornholm, terminal, z którego odpływały promy do Świnoujścia miał znajdować się kilometr dalej na wschód... 22:01, biegnę wzdłuż ścieżki rowerowej do następnego terminalu. To również dowód, jak wiele pozmieniało się od mojej ostatniej wizyty - wtedy był tylko jeden terminal pasażerski. Zmęczony biegiem z 25 kilogramami bagażu pytam się pani w kasie, czy mogę jeszcze kupić bilet na prom do Polski. Powiedziała, że tak, że zdążyłem. Spytałem, czy mogę zapłacić złotówkami. Powiedziała, że można, ale jest dodatkowa prowizja. Chętnie ją zapłaciłem - niczego nie chciałem wtedy tak bardzo, jak dostać się na pokład tego statku. Wybiegłem na górę, do rękawa. Przy odprawie dwie celniczki przywitały mnie po polsku. Powiedziałem, że to miłe, słyszeć ten język, po całej drodze, jaką przebyłem. Jedna odpowiedziała, że tak mówi każdy Polak, który wraca do kraju. Nie sprawdzały już nawet bagażu - pozwoliły mi biec dalej, na pokład. 22:13 - dwie minuty przed zamknięciem bramek, zdążyłem dostać się na statek. Podobnie, jak osiem lat wcześniej, wracałem do Polski na pokładzie MF Polonii.

Na pokładzie zająłem miejsce na fotelu w tylnej części promu. Akurat w telewizji transmitowali jakiś mecz, więc mnóstwo osób go oglądało. Kiedy transmisja skończyła się i wiele podchmielonych osób zajmowało miejsca obok, postanowiłem dla świętego spokoju przenieść się gdzie indziej. Obok recepcji były dwa fotele. Zająłem jeden z nich. Jednak co chwilę ochroniarz przechodził obok mnie, przyglądając mi się uważnie i dając do zrozumienia, że to nie jest miejsce do spania. W końcu przeniosłem się do stołówki, która po północy była już prawie pusta. Tam, na jednym ze stolików, przespałem kilka godzin. Obudziłem się po 5:00 i postanowiłem wyjść na zewnętrzny pokład. Był zupełnie pusty, więc mogłem w spokoju czekać na wschód słońca. Po całym tygodniu deszczu w Norwegii słońce, które wstawało nad znanym mi Bałtykiem było wspaniałym widokiem, symbolicznie zaczynając nowy etap mojej wyprawy.

 Przedświt na pustym pokładzie MF Polonia.

Powitanie nowego dnia na Bałtyku.

Niemieckie wybrzeże.

Kiedy zaczęliśmy zbliżać się do portu na pokładzie pojawiły się kolejne osoby. Część wyszła oglądać rosnące w oczach z każdą chwilą wybrzeże, inni psuć powietrze dymem z papierosów. Udało mi się jednak znaleźć inne, bardziej ciche miejsce na pokładzie, gdzie mogłem dalej cieszyć się w spokoju z powrotu na znajome tereny.

Wschodni Falochron w Świnoujściu.


Plaża na wyspie Uznam.

 Fort Gerharda widziany z pokładu Polonii - 
w przyszłości zamieszczę więcej zdjęć z wyprawy do tego miejsca z 2007 roku.

 Widok na Świnę z rufy Polonii.

 Port wojskowy w Świnoujściu.
 
Przybijanie do brzegu trwało chwilę. Po całym manewrze stanąłem wreszcie na polskiej ziemi. Już od pierwszych chwil witały mnie znaki świadczące o powiązaniu wyspy Wolin z kulturą wikingów.

Pożegnanie z Polonią.
 
 Ciężarówka Freja (imię nordyckiej bogini z dynastii Wanów).

 Bus Jomsborg - Jomsborg to staronordycka/islandzka nazwa
twierdzy na wyspie Wolin.

 Idąc wzdłuż nabrzeża dotarłem do przeprawy promowej. Promy Bieliki kursowały stąd do zachodniej części Świnoujścia położonej na wyspie Uznam. Na rzece Świnie nie ma mostów, by nie blokowały znajdujących się w głębi lądu portów. W zamian co kwadrans z jednego brzegu na drugi kursują małe promy dla samochodów i pieszych. 

  Piesi i samochody opuszczający pokład promu Bielik I.

 Widok na Świnę z portami na obu brzegach - na zachodnim wojskowy,
na wschodnim pasażersko-handlowy.

Bielik II na wodach Świny.

Kiedy dotarłem na Uznam zacząłem rozglądać się za miejscem na odpoczynek. Świnoujście zmieniło się od mojej ostatniej wizyty. Wyremontowany rynek prezentuje się obecnie bardziej okazale. Pobudowały się także centra handlowe i większe sklepy, jak w wielu polskich miastach w ostatnich latach . Na miejsce odpoczynku wybrałem jeden z dużych, drewnianych leżaków, które stoją na rynku. Była to pierwsza chwila spokoju od wielu dni - przez cały pobyt w Norwegii nie mogłem być pewien, czy chwilowego postoju na trasie nie przerwie nagły deszcz. Tu, na wyspie Uznam, znając polskie niebo i pogodę, mogłem przez długi czas odpoczywać.

Restauracja na pseudowikińskim statku na wyspie Uznam.

 Ulga i spokój po tygodniu deszczu w dzień i noc. 
 
Postanowiłem poszukać sobie noclegu. Spisałem z internetu w telefonie kilka numerów telefonów do pensjonatów na Uznam i Wolinie i zacząłem dzwonić. Sezon turystyczny w pełni, więc wiele miejsc było pozajmowanych. Kiedy w końcu udało się dowiedzieć, że w jednym pensjonacie są wolne miejsca usłyszałem od właścicielki mówiącej skrzeczącym głosem Na jedną noc nie wynajmujemy. Próba podtrzymania rozmowy spotkała się z kilkukrotnym powtarzaniem identycznej odpowiedzi Na jedną noc nie wynajmujemy, niczym wiadomości nagranej na pocztę głosową. Przypomniało mi się, że rok wcześniej dzwoniłem do internatu w Wolinie Pomorskim. Był to strzał w dziesiątkę - mieli wolne pokoje w bardzo niskiej cenie (chociaż po doświadczeniach w Norwegii teraz każda cena wydawała się przystępna).

Wróciłem Bielikiem na Wolin i udałem się na dworzec. Podczas, gdy w Norwegii przez cały mój wyjazd padał deszcz, w Polsce panowały susze. Komunikaty na dworcu mówiły o wolniej jeżdżących pociągach, przerwach w dostawie prądu i konieczności zaopatrzenia się w wodę na długie trasy. Droga do Wolina Pomorskiego minęła szybko. Na miejscu udałem się bezpośrednio do internatu. Tam przyjęła mnie bardzo sympatyczna pani. Po zjedzeniu obiadu postanowiłem odespać nieco trasę przez Norwegię - drzemka trwała do późnego popołudnia. Po tak wielu przygodach zwykłe łóżko okazało się prawdziwym luksusem.

Wieczorem postanowiłem poznać lepiej miasto. Spacer zacząłem od Srebrnego Wzgórza, na którym przed wiekami stała dzielnica rzemieślnicza. Na Wolinie czuć klimat przeszłości - wiele miejsc i zabytków nawiązuje do historii tego miejsca.

Srebrne Wzgórze nad brzegiem Dziwny.


Katapulta pod budynkiem muzeum.

Stara łódź rybacka na tle mapy Wolina.


 Wymowna tablica pamiątkowa.

Bardzo ładnie wykonane trafo.

Pozostałości murów miejskich.


 Na rynku w Wolinie stoją figury drewnianych wojów.

Nie są one niestety podpisane, ale wygląd wskazuje
na postaci z epoki Piastów.

 Czyżby Mieszko?

Neogotycki ratusz.


Przy wolińskim rynku stoi również kamień runiczny.

 Poświęcony jest Haraldowi Sinozębemu, królowi Danii z IX wieku.
 
  Harald został ciężko ranny podczas bitwy, którą stoczył ze Swenem, swoim synem. Według pewnych źródeł po bitwie znalazł schronienie w słowiańskim mieście Jumne (Jomsborg, Wolin), wedle innych, został tu uwięziony. Niezależnie od wersji, tradycja uznaje, że to właśnie w Jomsborgu zakończył swój żywot.

Na cześć Haralda firma Nokia nazwała swoją technologię łączenia urządzeń Bluetooth (ang. Sinozęby).
Marzeniem Haralda było połączenie plemion Norwegii, Danii i Szwecji w jedno państwo.

 Spacer wzdłuż brzegu Dziwny zaprowadził mnie w okolice skansenu wikingów. Jest to o tyle ważne miejsce, że uważa się je za największy port nad Bałtykiem we wczesnym średniowieczu. Kronikarz Saxo Grammaticus opisywał Jomsborg jako port mogący pomieścić 300 statków. Adam z Bremy szedł o krok dalej, uważając Wolin za największe miasto całej Europy. Podkreślał, że port posiadał własną latarnię, co w tamtych czasach nie było codziennością (nazywał ją dokładnie Garnkiem Wulkanu). Sława Jomsborga dotarła nawet na Bliski Wschód. Ibn Said Al-Garnati opisywał port Lujanija (prawdopodobnie arabska nazwa Wolinu), który wedle niego był najpiękniejszym portem nad Bałtykiem). Temat historii Jomsborga, jak i wspomnianego Haralda Sinozębego, jest na tyle obszerny, że na pewno poświęcę mu więcej miejsca w przyszłości.

Wróciłem do internatu. Od rozpoczęcia tej wyprawy nigdy nie udało mi się odpocząć aż tyle - zmęczony brakiem snu w Norwegii, teraz przespałem ponad 11 godzin. Kiedy wstałem następnego dnia, uznałem, iż przed odwiedzeniem skansenu wikingów chcę zobaczyć jeszcze stary holenderski wiatrak z XIX wieku, do którego odwiedzenia zachęcały liczne drogowskazy.

Stary wiatrak holenderski w Wolinie. Obecnie nie posiada skrzydeł,
ale znajdująca się pod zabytkiem tablica informuje, iż trwają prace nad
przywróceniem go do dawniej świetności.

Żałuję, że nie dane mi było zobaczyć go w pełnej krasie...
Jednak jest powód, by wrócić w przyszłości w to miejsce.
 
Następnie skierował swoje kroki w stronę Skansenu. Ciekawostka - Centrum Słowian i Wikingów Wolin Jomsborg wcale nie leży na wyspie Wolin, tylko na sąsiednim Ostrowie. By się tam dostać, należy przejść obrotowy most na Dziwnie.

 
 Widok z mostu na Dziwnie na wyspę Ostrów i znajdujący się na niej skansen.

Tylna brama skansenu.

 Mapa skansenu - stojąca w samym środku świątynia
nie została jeszcze zbudowana.

  Rekonstrukcja tradycyjnego parkingu dla samochodów z epoki wikingów :}

Wieża bramna twierdzy Jomsborg.

W tym miejscu skończę. Zwiedzanie Jomsborga jest materiałem tak obszernym, że poświęcę mu całą następną notkę. Cieszy mnie fakt, że w ciągu jednej wyprawy mogłem zobaczyć dwa zupełnie różne skanseny poświęcone wikingom. Oba są miejscami wartymi zobaczenia, oba skupiają się na innych aspektach, przez co można poznać o wiele lepiej tamtą epokę.

niedziela, 24 stycznia 2016

Tyr - bóg wojny

Źródło: https://fineartamerica.com/featured/tyr-the-germanic-war-god-tyr-who-mary-evans-picture-library.html?product=art-print, data odczytu: 08.04.2019.

Dziś dla odmiany trochę mitologii. Swego czasu przytoczyłem opis Widara – boga spokoju i zemsty. Dziś chciałbym zaprezentować Týra – boga wojny.

Týr był synem olbrzyma Hymira i olbrzymki Hroðr, którzy w przeciwieństwie do większości swoich współplemieńców byli przyjaciółmi Asów. Pomimo, że nie należał do dynastii Odyna, ani do Wanów, uznawany był przez wikingów za boga.  

Przyjmuje się, że Týr był niegdyś najwyższym z bogów w wierzeniach nordyckich, a być może przez pewien czas nawet jedynym (monoteizm). Wspomniałem już o tym w jednej z pierwszych notek. Religia ewoluuje. Pierwotny kult bóstw natury w Skandynawii został prawdopodobnie zastąpiony kultem jednego boga, by następnie ewoluować w politeistyczną religię z panteonem bóstw, na którego czele stanął Odyn. Jednym z głównych argumentów podpierających tą tezę jest staronordyckie słowo týr, którym w Eddzie określa się boga. Liczbą mnogą jest tívar (bogowie). Również starogermańskie słowo tiwaz to określenie bogów – w kulturze nordyckiej zaś runa o nazwie Tiwaz jest poświęcona właśnie Týrowi. Od jego imienia pochodzi współczesna angielska nazwa wtorku – Tuesday (od Tiwaz) oraz m.in. szwedzka (Tisdag)  i norweska (Tirsdag). 

Drugim argumentem jest patronowanie innym dziedzinom życia, które w różnych religiach są często związane z naczelnym bóstwem. Týr był nie tylko bogiem wojny, ale także prawa, honoru, przysięg, sprawiedliwości oraz nieba. Warto w tym miejscu przytoczyć jeden z przydomków Odyna – Hangatýr – Bóg Wisielców. Historycy uważają, że przydomek ten był we wcześniejszych wiekach jedną z wariacji imienia Týra i podkreślał sprawiedliwy charakter tego boga.

Trzecim argumentem jest znalezisko z miejscowości Negova (obecna Słowenia). Odkopany w 1929 roku hełm (nazywany hełmem z Negau, od austriackiej nazwy miejscowości), datowany na ok. 600 r p.n.e., ma umieszczoną na sobie runiczną inskrypcję o treści Harixasti Teiwa. Sentencję tą można przetłumaczyć jako Dowódca (Patron) armii Tiwaz (Tyr)


Źródło: https://rokus01.wordpress.com/2011/05/15/old-germanic-in-la-tene/
data odczytu: 08.04.2019.


W epoce, w której dominował kult Asów, Týr stał się przede wszystkim bogiem wojny. Biorąc pod uwagę, iż Týr był swego czasu głównym bóstwem, objęcie przez niego sztuki wojennej pokazywało, jak ważną częścią życia w tamtej epoce była wojaczka. Wojownicy przed bitwami składali blót (ofiarę) z miodu, mięsa i krwi, modląc się do niego o zwycięstwo lub miejsce w Walhalli. Często przyozdabiano bronie i tarcze runą Tiwaz, która miała dodawać siły właścicielom oręża i zbroi. Warto podkreślić, że wojownik powinien używać ich z rozwagą. Týr nie patrzył przychylnie na osoby, które złamały topór lub strzaskały tarczę oznaczoną jego runą. 

Starsze wyobrażenia Týra przedstawiają go z włócznią (w późniejszym okresie włócznia stała się ulubioną bronią Odyna). Imię żony Tyra nie zachowało się do dnia dzisiejszego. Jedyne, co o niej wiemy, to że dała się uwieść Lokiemu [1]:

TYR. Ja bez ręki, ty beze czci, smutna dla obu strata; źle jest wilkowi, gdy musi w więzach, czekać władców przyćmienia.
LOK. Milcz Tyrze, zdarzy się twej żonie, że ze mnie syna mieć będzie; łokieć lub pieniądz, otrzymałżeś kiedy, za tę zniewagę nędzniku?

Jedna z przygód Týra, której treść zachowała się do dnia dzisiejszego, opowiada o jego wspólnej wyprawie z Thorem po kocioł Hymira. Asowie postanowili uwarzyć piwo na zbliżającą się ucztę, jednak nie mieli naczynia odpowiedniej wielkości. Týr zasugerował, że mogą zwrócić się z prośbą do jego ojca, olbrzyma Hymira, który posiadał największy kocioł we wszystkich dziewięciu światach. Mit ten dokładniej opiszę przy notce poświęconej Hymirowi.
Inny mit dotyczy spętania Fenrira (staronord. Mieszkaniec Bagien). Fenrir był olbrzymim wilkiem, synem Lokiego. Potomstwo Lokiego niepokoiło Odyna. Udał się więc do Norn po poradę. Te przepowiedziały mu, że dzieci Lokiego przyczynią się do śmierci jego i innych bogów. Po powrocie do Asgardu Odyn zrzucił Jormunganda, innego syna Lokiego o wyglądzie wielkiego węża, do oceanu w Midgardzie. Córkę Lokiego, Hel, umieścił  w podziemnym świecie, który od jej imienia nazywa się Helheimem (od tej nazwy pochodzi współczesne angielskie słowo hell ­– piekło). Trzecie dziecko Lokiego, wilk Fenrir, miał pozostać w Asgardzie pod czujnym okiem bogów. Fenrir był jednak agresywny wobec tych, którzy próbowali go oswajać i karmić. Tylko Týrowi pozwalał się zbliżać i karmić siebie. Fenrir rósł i nabierał sił, co niepokoiło Asów. Powodował też coraz większe zniszczenia podczas swoich zabaw. Odyn postanowił spętać bestię. Użyto w tym celu dwóch magicznych łańcuchów. Pierwszym z nich był Leying. Fenrir zerwał go jednak bez problemu. Asowie wykuli więc solidniejszy łańcuch i rzucili na niego potężniejsze czary – tak powstał Dromi. Jednak Fenrir zerwał go również bez najmniejszego problemu.
 Źródło: http://www.encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Tyr, 
data odczytu: 08.04.2019.
Asowie zwrócili się z prośbą do krasnoludów ze Svartalfheimu, najbieglejszych kowali we wszystkich dziewięciu światach. Ci stworzyli magiczną sieć Gleipnir (staronord. Otwartość) z dźwięku kociego stąpania, z brody niewiasty, z korzeni gór, ze ścięgien niedźwiedzia, z oddechu ryby oraz z ptasich wymiocin[2]. Asowie nakłonili Fenrira, by spróbował zmierzyć się z tą siecią. Przekonywali go, że to forma zawodów. Uspokajali zarazem, że skoro nie miał problemu z potężnymi łańcuchami, to i z siecią grubości pajęczyny także nie powinien mieć. Fenrir wyczuł  postęp. Zgodził się na próbę, jednak postawił warunek – któryś z bogów miał włożyć rękę do jego pyska. Chętnych nie było zbyt wielu. Tylko Týr zdobył się na odwagę, by wsunąć prawą dłoń do paszczy swojego podopiecznego. Kiedy sieć Gleipnir została narzucona na wilka, ten zrozumiał, że dał się uwięzić. Szarpał się i miotał, ale magiczne więzy krasnoludów nie puszczały. Wtedy odgryzł swojemu opiekunowi dłoń. Od tej pory Týr nosił przydomek Einhendr - Jednoręki, w miejsce wcześniejszego Sättir Manna – Pojednawca Ludzi. Stare wikińskie porzekadło mówi, że Týr nie podaje ręki na zgodę. W kulturze dawnej Skandynawii, podobnie jak obecnie, w geście pojednania, ludzie ściskali sobie prawą dłoń. Przysłowie oznacza, że nie ma mowy o zgodzie pomiędzy naprawdę skonfliktowanymi osobami.
Týr nawet po stracie prawicy pozostał bogiem wojny. Kalectwo wymusiło od niego nauczenie się walki lewą ręką i noszenia tarczy na kikucie prawej. W dniu Ragnaröku stanie do walki z czterookim psem bogini Hel – Garmem. Garm rzuci się na boga wojny, gryząc dotkliwie. W chwili, w której Týr będzie znajdował się pod bestią, rozpłata jej brzuch mieczem. Oboje zginą w tym pojedynku od odniesionych ran.

[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 69.


[2] Tyr, encyklopediafantastyki.pl/index.php?title=Tyr, data odczytu: 24.01.2016.

niedziela, 3 stycznia 2016

Karmienie Fiordów - Część Czwarta



Ostatnim razem opisałem zwiedzanie skansenu w Borg na Lofotach (link). Kiedy w południe ulewa zamieniła się w łagodną mżawkę, spróbowałem złapać stopa przy stacji benzynowej. Zajęło mi to dłuższą chwilę, ale w końcu jedno z aut zatrzymało się. Norweżka, która postanowiła mnie podwieźć, jechała do Leknes. W trakcie krótkiej jazdy powiedziała, że była dwa razy w Polsce - raz w Gdańsku, a drugi raz w Warszawie. Odpowiedziałem, że najładniejsze tereny w Polsce są na południu i poleciłem jej Małopolskę, kiedy następny raz odwiedzi te ziemie (lokalny patriotyzm, a co :). Wysadziła mnie na drodze wjazdowej do miasta. Deszcz nasilił się, więc postanowiłem nie czekać biernie w jednym miejscu, tylko powoli iść na zachód, z wystawionym kciukiem i kartką z napisem Reine. Po kilku minutach zatrzymało się kolejne auto, czarny jeep. Kierowca, Norweg, obiecał podwieźć mnie na wylotową trasę za Leknes. Po drodze zahaczył o ulicę, na której stał jego dom, by pochwalić się przede mną swoimi włościami - drewnianym domem o niebieskawych ścianach. Powiedziałem mu, że to bardzo ładny budynek i że ogólnie podoba mi się drewniana architektura Skandynawii. Podrzucił mnie do pierwszego przystanku autobusowego za Leknes. Następny postój był długi. Z pół godziny czekałem, zanim kolejne auto zatrzymało się. Tym razem była to para, o nieco ciemnej karnacji jak na Norwegów i nietutejszym akcencie. Przedstawili się jednak jako Norwegowie i mówili, że mieszkają na Lofotach. Podróż z nimi była najdłuższa, aż na wyspę Flakstadøya.




Autostopem przez Lofoty.

Dwukolorowy fiord.



 Fiord podczas odpływu.

 

Deszczowa Arktyka.

Wysiadłem gdzieś przy głównej drodze, a para Norwegów odbiła w boczną ulicę do jakiegoś pensjonatu. Chwilka czekania i jechałem dalej z rodziną Włochów. Ci byli najbardziej rozmowni. Stwierdzili, że wyjechali na wakacje z Rzymu, bo nie mogli wytrzymać 50-stopniowych upałów, ale ciągłe deszcze la Lofotach to przesada. Odpowiedziałem im, że pogoda ma dziwne poczucie humoru. Większość drogi śpiewali rodzinnie prawie każdą piosenkę, która leciała w radiu. W pewnym momencie ojciec rodziny stwierdził, że muszę nie lubić ich muzyki, skoro nie śpiewam z nimi. Na przykładzie kolejnych utworów pokazałem, że znam piosenki i niektóre lubię, ale nie mam w zwyczaju fałszować śpiewać :} 

 Jak na moje skromne autostopowe doświadczenia muszę przyznać, że Lofoty są świetnym miejscem
na podróże w takim stylu. Jedna główna droga biegnąca przez wszystkie wyspy i mnóstwo przyjaznych ludzi,
którzy chętnie pomogą i porozmawiają. W ciągu niespełna 4 godzin zrobiłem 160 km e wszystkimi przesiadkami.


Plaża nad jednym z fiordów.

 Dotarliśmy do Reine - miejscowości, która często gości w przewodnikach z Norwegii. Czerwone drewniane domki wyglądały na zdjęciach bajkowo. Na żywo okazały się karmazynowymi domkami stojącymi w nieskończonych strugach deszczu. Prawdopodobnie co kilka lat Norwegowie zmieniają kolory tych domków. Widziałem w Trondheim Polaków pracujących przy przemalowaniu takiego domku (co opisałem w pierwszej części). Część domków w Reine była też pomarańczowa - widać czerwony kolor wyszedł z mody i tubylcy zmienili upodobania.


Reine.

 Rainy Reine (ang. Deszczowe Reine).
 
Pogoda nie zachęcała do zwiedzania miejscowości,
więc postanowiłem najbliższym autobusem wyruszyć dalej na zachód.


Reine okazało się także nieprzyjazne pod innym względem. Kończył mi się zapas wody i musiałem udać się do sklepu. Za 2 litry wody mineralnej dałem... Ponad 30 złotych, w przeliczeniu na naszą walutę. Kolosalna różnica, biorąc pod uwagę, że dzień wcześniej w Leknes kupiłem wodę za ok. 12 złotych. Kiedy podjechał autobus kupiłem bilet do następnej miejscowości, którą chciałem odwiedzić - Å. Autobus nie dojechał do samej miejscowości - wysadził nas na parkingu przed tunelem prowadzącym dalej. Å (tak, to pełna nazwa) jest ostatnią wioską na samym krańcu Lofotów. Została tak nazwana na cześć ostatniej litery w norweskim alfabecie.

  Tunel prowadzący do Å.


Chwila przerwy od deszczu.

Niska zabudowa rybackiej wioski.

Przystań w Å.

Spacer po molo.

Ostatnie szczyty Lofotów wystające z Morza Norweskiego. Dalej jest już tylko Ocean i Islandia...
Potencjalny cel kolejnej wyprawy pod znakiem Karmienia Fiordów :}

Pobyt w Å był chwilą wytchnienia. Było mokro, ale nie padało. Można było usiąść na molo oraz pochodzić spokojnymi uliczkami tej zacisznej wioski. Największym minusem była jednak baza turystyczna. Podobnie jak w Borg/Bøstad i tu, w odwiedzanej przez turystów miejscowości, największy pensjonat był zamknięty (pierwsza połowa sierpnia, środek sezonu). Norwegowie kolejny raz udowodnili mi, że niczym się nie przejmują. Szkoda, bo po tylu dniach złej pogody byłem gotów nawet przepłacić za nocleg... Tymczasem najlepszą opcją okazało się odpłynięcie z Lofotów. Skierował się na trasę do Moskenes. Po przejściu tunelu na parkingu wyczytałem, że następny autobus miał odjeżdżać dopiero za godzinę. Postanowiłem iść (niecałe 10 km), licząc po drodze na kolejnego stopa. Na granicy Å zatrzymałem się przed znakiem. Przed wyjazdem przyjaciółka pomagała mi opracować logo wyprawy (bo każda poważna ekspedycja ma swoją nazwę i logo :). Powiedziała mi, że jak będę w Norwegii, na krańcu świata, powinienem zostawić gdzieś ślad po sobie w formie naklejki. I tak postanowiłem zrobić - zostawić ślad na samym krańcu norweskiego alfabetu Lofotów. 

Naklejka Karmienie Fiordów 2015 na lewym słupku :}

Zaraz za znakiem zatrzymało się auto, by mnie podwieźć. Znów trafiłem na Włochów, tym razem mniejszą rodzinkę. Kierowca mnie przeprosił, że jego angielski nie jest zbyt dobry. Jednak przez te kilka kilometrów udało nam się nieco pogadać. Prosiłem go, by zatrzymał się na moście do Moskenes. Nie bardzo kojarzył słowo bridge. Jego córka, która siedziała z tyłu, nie odzywała się, jakby oburzona, że jej ojciec zabrał jakiegoś włóczęgę do auta, ale w końcu powiedziała coś po włosku. Wśród słów wyłapałem ponte. Przytaknąłem jej po angielsku, bo zrozumiałem, że wie, co mówię, tylko nie raczy się odezwać. Podobne słowo jest w języku francuskim, więc łatwo mi było ją zrozumieć. Była zdziwiona, kiedy na to, co mówi do ojca po włosku ja odpowiedziałem po angielsku. Zapewne nie sądziła, że ją zrozumiem. Miły Włoch pożegnał mnie a skrzyżowaniu do Moskenes. Kolejna podwózka i marsz do Moskenes. Usiadłem na kamieniach w porcie, czekając na prom. 

 Samochody czekające na prom w Moskenes.

 Siedząc na brzegu zauważyłem namiot w połowie drogi na szczyt górujący nad Moskenes.
Sam szczyt miał ponad 1100 m n.p.m. Szacunek dla kogoś, kto na tak stromym terenie
w tak deszczową pogodę wytrzymywał tam w namiocie.

  I kolejna porcja deszczu w Norwegii...

 ... oraz mój ratunek przed deszczem - prom. 

Suche wnętrze promu. 

Prom odpływał ok. 20.00. Miałem nadzieję zdążyć na nocny pociąg do Trondheim, który odjeżdżał z Bodø po 23.00. Pomimo deszczu postanowiłem pożegnać się z Lofotami na zewnętrznym pokładzie. 

 Moskenes.

  Lofoty.

Nawet pomimo ciągłych deszczów Lofoty robiły niesamowite wrażenie.
Ich widok, wynurzających się wprost z morza i osiągających ponad 1000 metrów
jest niesamowity i nie da się go porównać do niczego innego, co do tej pory widziałem.
 Pożegnanie z Lofotami.

 Podczas rejsu próbowałem się zdrzemnąć. Mniejszy prom, niż ten, którym płynąłem w drugą stronę, był bardziej podatny na kołysanie się na falach. Niestety, dopływając do Bodø statek kołował strasznie długo po fiordzie i zanim przybił do brzegu, mój pociąg na południe zdążył odjechać. Był środek nocy (jasnej, ale jednak nocy) i padało bez przerwy, więc postanowiłem przeczekać do rana w terminalu portowym. Kilka razy przestawało padać, próbowałem wtedy zrobić wycieczkę do leżącego po przeciwnej stronie miasta pola namiotowego, jednak po kilku minutach od wyjścia z terminalu, deszcz za każdym razem powracał. W środku nocy do terminalu przyjechał na rowerze jakiś chłopak. Jak gdyby nigdy nic postawił rower pod ścianą, wyciągnął śpiwór, położył się na podłodze... I momentalnie zasnął. Innym lokatorem terminala był pijak, który budził się kilka razy i robił rundę po wszystkich zebranych prosząc o cigarettes. Trzy razy mnie męczył o nie, za czwartym razem podszedł by zapytać, ale chyba w końcu mnie poznał, machnął ręką ze zrezygnowaniem i poszedł męczyć innych. 

  Jedna z kilku prób wycieczki w stronę pola namiotowego w środku nocy. 

Dworzec kolejowy w Bodø otwierali o 6.00. Po kilku drzemkach w terminalu portowym i kilkukrotnym tłumaczeniu, że nie mam cigarettes, postanowiłem iść się przespać na dworcu. Na jednej ławce spał już inny turysta, z plecakami jeszcze większymi niż moje. Nie było jednak żadnego pijaka i mogłem pozwolić sobie na 3-godzinny sen. Kiedy się obudziłem, ciągle miałem kilka godzin do pociągu (odjeżdżał ok. godz. 13.00). Postanowiłem zwiedzić miasto. Na południe od niego było lotnisko wojskowe. Kilka razy startowały myśliwce. Przekraczanie bariery dźwięku przez nie powodowało okropny hałas. Spacer do sklepu sieci Rema 1000 pozwolił mi dość tanio uzupełnić zapasy (12 NOK za wodę mineralną - jest różnica między 12 w tym sklepie a 65 w Moskenes!). Idąc nad port, by pooglądać statki, usłyszałem za sobą I co tak, ku*wa, jeździć tą koparką w przód i tył! Tak, dzień w Norwegii bez słyszenia języka polskiego, to dzień stracony. Odwróciłem się. Grupka budowlańców, którzy zapewne wyjechali za pracą do Arktyki, kłóciła się przy koparce. Nie zagadałem jednak do nich i poszedłem dalej. 

 Port w Bodø.

Jeden z ciekawszych kościołów w Bodø.

 
Widok na dworzec kolejowy i port.

 Król Olaf V otworzył Północocną Linię Kolejową 7 czerwca 1962.

 Wejście na dworzec w Bodø - jak nad każdym norweskim dworcu widać,
ile metrów n.p.m. stoi.

 I w końcu pociąg na południe - po 14 godzinach czekania :)


Wygodne miejsce w pociągu pozwoliło mi odespać nieco noc. Kilka razy budziłem się. Pogoda była lepsza, niż kiedy jechałem na północ i mogłem podziwiać surowe krajobrazy Norwegii.

 Dziki Nordland.

 Nordland.

 Bezkresna równina w Arktyce.

  Widoczny na zdjęciu sklep z pamiątkami stoi na kole podbiegunowym.
Nie wysiadałem, jednak miałem szczęście zobaczyć dokładnie to miejsce z pociągu.
Ponoć jest to typowa pułapka na turystów, gdzie za dziesiątki, nawet setki koron można kupić
tak wartościowe pamiątki, jak globusy z zaznaczonym kołem podbiegunowym.

 Niekończące się lasy, jakich w Polsce już się nie uświadczy.

 Typowy sierpniowy śnieg w Norwegii :}

 Popołudniu przejaśniło się - po tylu dniach w deszczu
widok błękitnego nieba naprawdę cieszył.

Idealne odbicie chmury w jeziorze.
Późnym wieczorem byłem w Trondheim. Od razu kupiłem bilet na pociąg do Oslo. Została mi jeszcze godzinka do odjazdu, więc postanowiłem zrobić sobie spacer po porcie. 

 Trondheim późnym wieczorem.

Całonocną podróż do Oslo przespałem. Kilka razy budząc się widziałem powrót złej pogody, a deszcz tłukł się w okna pociągu. Około godziny 7.00 byłem już w Oslo. Chciałem wykorzystać czas do następnego pociągu i przespacerować się. Ponoć widok z dachu opery w Oslo jest bardzo ładny. Niestety deszcz sprawił, że chodnik na szczyt był niebezpiecznie śliski. Na dole była nawet tabliczka, ostrzegająca przed śliskimi kamieniami i informacja, że wchodzi się na własne ryzyko. Odpuściłem tą atrakcję i oglądałem Oslofjorden z brzegu.

Wyjście na dach opery w Oslo - nie posiadało nawet barierek, by się trzymać.

 Pierwszy fiord, który widziałem na tej wyprawie i zarazem ostatni - Oslofjorden.

Kolejna przesiadka i tym razem jechałem już na południe, przez Rygge i dalej, do Szwecji. Dalszą drogę w stronę Jomsborga, opiszę w następnej notce.