środa, 2 września 2015

Karmienie Fiordów 2015 - Część Pierwsza




Moja wyprawa zakończyła się 20 sierpnia, jednak od tego dnia cierpiałem na deficyt czasu (głównie ze względu na ostatni rozdział magisterki). Korzystając z chwili przymusowego przestoju w pisaniu, postanowiłem wrzucić pierwszą część zdjęć z wyprawy. Za jakość przepraszam - robiłem pożyczonym aparatem, którego nie znam tak, jak swojego... No i przy tej ilości zdjęć (ponad 1300) odpuściłem ich obróbkę. Przed Wami więc surowe fotki z równie surowej Skandynawii. No to pora na historię...
Pierwszą przygodę przeżyłem jeszcze przed lotem. Spakowany, zgodnie z listą, wszystko posprawdzane, zostałem podwieziony przez brata na lotnisko. Tuż po przyjeździe, kiedy sprawdzałem, czy wszystko mam... Zorientowałem się, że zapomniałem kurtki. Na szczęście brat zdążył objechać i mi ją dowieźć przed zamknięciem bramek, za co jestem mu wdzięczny. Kurtka, jak się okaże, przydała się każdego dnia w Skandynawii. Po dramatycznym locie z Krakowa do Rygge (a był dramatyczny, bo po dziesięciu minutach od startu wpadliśmy w jakąś dziurę powietrzną, samolot osiadł ze 2 metry, a jakieś dziecko zaczęło płakać - moja myśl, 10 minut wyprawy i wszystko się skończy) z pomocą pary Polaków, którzy poratowali podwózką do Oslo (ok. 60 km), dotarłem do stolicy Norwegii. Idąc z lotniska w stronę dworca w Rygge, minął mnie biały duży samochód. Kierowca wychylił się przez okno i zaczął coś pytać po norwesku. Po chwili obrócił się do pasażera, po czym znowu do mnie i spytał A mówisz może po polsku? Pierwszy stop w Norwegii i trafiłem na pomocnych Polaków. Na dzień dobry nasłuchałem się wiele negatywnych rzeczy, głównie jeśli chodzi o Urząd Ochrony Praw Dziecka, który potrafi bez powodu odebrać dziecko rodzicom i który dopuszcza się wielu nadużyć. Podróż minęła dość szybko. Dostałem propozycję pojechania z nimi dalej, w stronę Fiordów Zachodnich, jednak powiedziałem, że moim celem są Lofoty oraz festiwal wikingów i nasze drogi się rozeszły na obwodnicy Oslo. Co mnie uderzyło w Oslo, to liczba imigrantów. Więcej czarnoskórych i arabów niż rodowitych Norwegów. Po przybyciu do nieznanego miejsca nie czułem się zbyt pewnie w takim otoczeniu. Najszybciej jak mogłem przedostałem się z obwodnicy miasta na dworzec główny. Pomimo wielu parków i kamienic, zdjęć robiłem mało z obawy, by ktoś w tym zatłoczonym mieście nie wyrwał mi aparatu. Pościg byłby utrudniony przez ponad 20-kilowy bagaż, więc wolałem nie ryzykować. Po przejściu ulicy Karla Johansa, która wygląda trochę jak  szersza Floriańska (i trochę bardziej multi-kulti), trafiłem na Dworzec Główny, z którego miałem udać się dalej, do Trondheim. Jedno z pierwszych zdjęć, to właśnie stary budynek dworca.
Budynek Dworca Głównego w Oslo.
Po zakupieniu miejscówki na pociąg, mając trochę czasu do odjazdu, udałem się nad Oslofjord. Fiord ten nie jest strzelisty i stromy, jak fiordy z przewodników i artykułów o Norwegii, niemniej jednak jest największy spośród fiordów południowej Norwegii. Poza tym, pierwszy fiord na mojej trasie i pierwszy, jaki widziałem w życiu. Na brzegu stał budynek opery. Można było wejść na jej dach, skąd byłby pewnie znacznie lepszy widok, jednak śliskie kamienie, przed którymi ostrzegała nawet tabliczka, skutecznie zniechęciły mnie do wspinania się po stromym podejściu z ciężkim bagażem na plecach. Po powrocie na dworzec zaczął padać deszcz. Ulewa narastała podczas mojej podróży pociągiem na północ. W okolicach Lillehammer przerodziła się w prawdziwe oberwanie chmury. Wyszła tu najpoważniejsza wada Norwegii, którą odczuwałem przez kolejny tydzień - deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz.

Oslofjorden o zmierzchu.
Do Trondheim dotarłem około godziny. 6.00 następnego dnia. Zmęczony po nieprzespanej nocy (w pociągu, gdzie było całkiem sporo imigrantów oraz po emocjach związanych z lotem nie bardzo chciałem spać). zacząłem szukać w Trondheim miejsca na obóz. Pierwsze, co jednak musiałem znaleźć, to denaturat. Ponieważ picie denaturatu jest zbyt mainstreamowe, osobiście preferuję palenie go... A tak serio, ciocia pożyczyła mi kuchenkę turystyczną na takie właśnie paliwo. Nie mogłem go wziąć do samolotu, więc musiałem zaopatrzyć się na miejscu. Pora była wczesna,  więc postanowiłem pozwiedzać nieco miasto, zanim jakikolwiek sklep będzie otwarty. Trondheim ma ładną zabudowę, ładniejszą niż Oslo. Mniej w nim europejskiej stolicy z kamienicami (chociaż samo miasto było pierwszą stolicą Norwegii) a bardziej przypomina tradycyjną, drewnianą zabudowę Skandynawii. No i jako trzecie największe miasto Norwegii, jest małe (jak na polskie standardy) - liczy raptem 170 000 mieszkańców. Wychodząc z dworca nie sposób nie trafić na rynek w Trondheim. Stoi na nim pomnik Olafa Tryggvasona, który przed wiekami założył Trondheim (Nidaros). 

Pomnik Olafa Tryggvasona w Trondheim.

Moją uwagę przykuła też nawierzchnia rynku. I nie mam na myśli intrygującego składu nawierzchni bitumicznej, a o malunki na niej. W różnych miejscach rynku narysowane były rozmaite układy taneczne. Ciekawy pomysł.

Foxtrot - były też m.in. Cha-Cha oraz Walc.

Na zdjęciu z pomnikiem Tryggvasona widać w tle wieżę - jest to katedra Nidaros, największa budowla średniowiecznej Skandynawii i kolejne miejsce, które poszedłem zobaczyć. Może nie jest tak olbrzymia jak Notre Dame, jednak robi przytłaczające wrażenie. No i to gotyk - jeden z dwóch najładniejszych, według mnie stylów w architekturze (muszę mówić, że drugim jest neogotyk?). 

Widok na Nidaros idąc od strony rynku.

Ściana boczna Nidaros - z tej perspektywy przypomina już Notre Dame.

Frontowa ściana Nidaros - w niszach rzeźby świętych.


Spacerując po mieście i czekając na otwarcie sklepów, mogłem trochę poobserwować codzienne życie. Ciekawił mnie fakt, iż w kilku miejscach natrafiałem na rzeźby, mniej lub bardziej współczesne. Wiele z nich nie było podpisanych z żadnej strony. Poniżej rzeźba, która skojarzył mi się z pomnikiem Justyny z Niepołomic (też dziewczyna i też byk... Byczek, bydło w każdym razie).

Niepodpisana rzeźba w Norwegii - jedna z wielu anonimowych.

Nabrzeżna dzielnica wyglądała bardzo podobnie do szwedzkiego Ystad - rzędy kolorowych, drewnianych domków. W jednym ze sklepów spytałem czarnoskórego sprzedawcę, czy mają denaturat, lub gdzie mogę go kupić. To był jedyny moment, kiedy nie byłem w stanie dogadać się po angielsku w Norwegii. Idąc dalej zauważyłem trójkę osób malujących dom. Pomyślałem, że skoro mają pędzle i farby, wiedzą, gdzie takie rzeczy kupić. Podszedłem i spytałem. Pani, odwróciła się, zapewne do swojego męża i spytała... Po polsku, jak nazywa się ulica, gdzie jest sklep z farbami. Roześmiałem się. Drugi dzień i drugi raz trafiam na Polaków. Pogadaliśmy chwilę. Kolejną zniechęcającą do Norwegii rzeczą było to, iż o pracę coraz trudniej. Oni, w trójkę z synem, musieli zrezygnować z mieszkania i całe lato żyli w namiocie, ponieważ nawet na malowaniu domów, o którym w internecie można przeczytać że jest wiodącą pracą sezonową w Norwegii, coraz ciężej zarobić. Mówili, że napływ imigrantów coraz skuteczniej zmniejsza możliwości szukania pracy. Życzyłem im powodzenia i udałem się do wskazanego sklepu. Tam musiałem wytłumaczyć sprzedawcy, co chcę palić. W końcu doszliśmy do porozumienia, że to, czego szukam, Norwegowie nazywają Rødspiritus - nie ma fioletowej barwy jak u nas, a mocną różową i pali się o wiele lepiej (dobry towar :). Mając paliwo na obiad, udałem się w stronę lasu, który na mapie wyglądał na największy w okolicy Trondheim i który był najbliżej, by poszukać płaskiego miejsca na namiot i kuchenkę. 

 
Droga w stronę lasu za Trondheim.


 Jedna z malowniczych uliczek dzielnicy portowej.

Przed dotarciem do lasu postanowiłem zrobić postój nad brzegiem. Trondheimfjord również wydawał się ładniejszy niż Oslofjord - mniej zabudowany na brzegach, bardziej zielony i dziki. Na jego środku znajdowała się wyspa z fortem,  który w przeszłości był więzieniem, a wcześniej klasztorem. W tym miejscu, by mieć dowód, iż karmiłem fiordy, postanowiłem zrobić sobie zdjęcie. Niestety, wyzwalacz w aparacie wiedział lepiej, kiedy powinien je zrobić, pomimo ustawionych 12 sekund...

Trondheimfjord.

A tak biegnę karmić fiordy... Żałuję, że nie sprawdziłem tego zdjęcia na miejscu.
Wyspa z fortem na wodach Trondheimfjordu.
Sztuczne wydmy na brzegu fiordu.
Następnie kontynuowałem moją drogę w stronę lasu. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy w każdym możliwym miejscu okazał się zbyt stromy na namiot, a miejscami nawet by wspinać się wyżej. Również niewielkie płaskie powierzchnie wypełnione były ostrymi głazami. Nie zostało mi nic innego, jak siąść na betonowym murku nad brzegiem i tam sporządzić obiad... Oraz nieco odpocząć po nieprzespanej nocy. W pobliżu przepływał strumień, jednak w jego korycie leżały butelki i inne śmieci, przez co nie uzupełniłem zapasów wody. Siedem lat temu byłem w Szwecji. Uderzyła mnie czystość tamtejszych miast. Prawie w ogóle nie było śmieci. W Norwegii, chociaż i tak czyściej niż w Polsce, znacznie więcej walało się tego po trawnikach. Może inny kraj... A może inne czasy. 

 Widok na Trondheim i Trondheimfjord.

Fort na Trondheimfjord - widok od południa.

 A fiordy karmię tak.

Marina dla jachtów oraz latarnia morska w Trondheim.

Mały kawałek wybrzeża przy porcie był usiany... Pokruszonymi kawałkami muszelek.

 Kiedy wracałem, zerwał się silny wiatr z południowego zachodu. Nim doszedłem do portu (niecałe 4 km) rozpętała się burza. Przeczekałem ją w budynku dworca kolejowego. Z przerwami padało już do późnej nocy. Przerwy między kolejnymi ulewami wykorzystywałem na krótsze i dłuższe spacery po mieście. Pociąg do Bodø odjeżdżał przed północą, więc miałem całkiem sporo czasu na zwiedzanie. Myślałem też o uzupełnieniu zapasów wody. Jednak kiedy spytałem tubylca, czy to prawda, że woda z kranu w całej Norwegii nadaje się do picia (by móc uzupełnić butelki na dworcu lub w jakimś fast foodzie), ten odpowiedział, iż tak się twierdzi, aczkolwiek sam nie ufa nieprzegotowanej wodzie. Woląc nie ryzykować, zmuszony byłem kupować wodę butelkowaną. Prawdą jest iż najtaniej wychodzi robienie takich zakupów w sklepie sieci Rema 1000. W innych miejscach można spotkać się z 3-krotnym, a nawet 6-krotnym przebiciem cenowym.




 Burza nadciągająca nad Trondheim.

Stare portowe magazyny nad brzegiem Nidelvy.

 Magazy w dużej mierze zaadaptowane są obecnie na mieszkania i lokale usługowe (i to nie jest kryptoreklama).

Chmury nad Trondheim zwiastują kolejną ulewę.

Zupełnie przypadkowo trafiłem do Trondheim w dniu, w którym był zlot starych oldtimerów. Skandynawowie bardzo upodobali sobie amerykańskie krążowniki, co zaobserwowałem już przed laty w szwedzkiej Skanii. Norwegia nie jest inna. W Oslo i Trondheim jeździło tego pełno... Jednak jeden szczególny model zwrócił moją uwagę... Najprawdziwszy Chevrolet Impala, model z lat 1965-1967. Idąc tropem aut trafiłem znowu na rynek... Gdzie mogłem zobaczyć jeszcze dwie inne, co prawda nie z tych lat, Impale. Przy okazji wyszła kolejna wada Norwegii... Norwegowie nie umieją robić zdjęć. Na trzy zdjęcia Impal, jestem zadowolony tylko z tego własnego autorstwa. Jedno, które robił mi Norweg zupełnie nie wyszło, a drugie... Jak można było uciąć przód takiego auta? W dalszej części wyprawy tylko utwierdziłem się do nieprzeciętnego talentu Norwegów w psuciu każdego możliwego ujęcia.


 The most important object in the Universe.

Tak... To Impala... I tak, to zdjęcie autorstwa Norwega...

Przy kolejnej przerwie między ulewami zdecydowałem się zwiedzić prawy brzeg Nidelvy. 
 Stary zwodzony most na Nidelvie. Obecnie łańcuchy zatopione są w betonie a konstrukcja jest stała.

Czyżby dla odmiany w Trondheim miał spaść deszcz?

Ostatnie godziny przed pociągiem przesiedziałem w poczekalni dworca lub rozprostowując kości, chodząc po nabrzeżu. Po 23.00 wyruszyłem dalej, do Bodø. Tą noc przespałem prawie całą... Chociaż ciężko tu mówić o nocy w naszym rozumieniu. Nawet po 23.00 byłem w stanie zrobić z pociągu zdjęcie ciągle jasnego nieba...


Biała (ale pochmurna) Noc w Trondheim.

 I w tym miejscu zakończę pierwszą część relacji - podróż bezpośrednio poza Koło Podbiegunowe to dobry punkt wyjścia dla następnej notki. W najbliższym czasie postaram się napisać kontynuację, w której opiszę moją drogę do Bodø, a następnie podróż przez Lofoty.

sobota, 1 sierpnia 2015

Norðvegr - Północna Droga



Za kilka dni wybieram się na wyprawę do Norwegii, by w końcu zobaczyć krainy, o których tak wiele czytałem i oglądałem. Zaznaczę w tym miejscu że już raz odwiedziłem Skandynawię, siedem lat temu, wygrywając główną nagrodę w konkursie w radiu. Był to jednak krótki wypad i jedyne co zwiedziłem to dwa miasta szwedzkiej Skanii – Ystad i Malmö. Tym razem plan jest bardziej ambitny i na pewno dotyczy bardziej malowniczych zakątków. W przeciwieństwie do płaskiej i zalesionej Szwecji, Norwegia jest górzystym krajem – w porównaniu do Polski, której średnia wysokość wynosi 173 m n.p.m., średnia wysokość Norwegii to 486 m n.p.m. Sama nazwa kraju pochodzi od staronordyckiego Norðvegr i oznacza Północną Drogę. W tym miejscu zaznaczę, że w nazewnictwie wikingów istniały jeszcze krainy, które dziś nazwalibyśmy Sudwegią (Suðrvegr Południowa Droga) i Austwegią (Austrvegr – Wschodnia Droga) – mowa odpowiednio o Germanii na południu od Skandynawii i słowiańskich krajach nadbałtyckich na wschodzie. Nie rozpisując się więcej w kwestiach etymologicznych, chciałbym przedstawić dziewięć miejsc, które podczas tej wyprawy zamierzam odwiedzić (w kolejności, w jakiej planuję do nich dotrzeć):

 Źródło obrazka: commons.wikimedia.org/wiki/File:Oslofjorden_2009_13.JPG, data odczytu: 02.04.2019.

I. Oslo – stolica Norwegii i jej najliczniejsze miasto. Podobno to zupełnie inny świat, niż reszta spokojnego kraju. Multi-kulti i położenie na ruchliwym szlaku handlowym (na końcu Oslofjordu) sprawiają, że blisko mu do innych stolic europejskich – ruchliwe, niebezpieczne, głośne. Oslo odwiedzę tylko przejazdem, przylatując samolotem z podkrakowskich Balic do Rygge i następnie obierając trasę dalej na północ. Zasygnalizowałem jego istnienie, bo w końcu to stolica kraju, czy coś (co dziewiąty mieszkaniec Norwegii żyje na terenie aglomeracji Oslo).

data odczytu: 02.04.2019.

II. Lofoty – archipelag wysp na Morzu Norweskim. Nazywane są Norwegią w Pigułce ze względu na zróżnicowane krajobrazy. Wyspy są bardzo strome – zdarza się, iż niektóre z nich, o szerokości kilkunastu kilometrów, posiadają szczyty dochodzące prawie do tysiąca metrów wysokości. To tu znajduje się wioska Reine z charakterystycznymi czerwonymi chatami rybaków, której zdjęcia goszczą na wielu przewodnikach o Norwegii. Lofoty posiadają także wieś o najkrótszej nazwie na całym świecie – Å. Jest to ostatnia miejscowość na archipelagu i została tak nazwana na cześć ostatniej litery norweskiego alfabetu. W wodach dookoła archipelagu można zaobserwować rekiny polarne, a nawet wieloryby. Dodatkowym plusem Lofotów jest ich położenie poza kołem podbiegunowym, co zwiększa szanse na zobaczenie zorzy polarnej.

 Źródło obrazka: https://www.lofotr.no/en/, data odczytu: 02.04.2019.

III. Museum Wikingów Lofotr – Pomimo, że muzeum znajduje się na Lofotach, postanowiłem poświęcić mu osobny punkt w planie wyprawy. Muzeum powstało w miejscu, w którym znaleziono największy długi dom jarla w Skandynawii – dziś w rekonstrukcji domu znajduje się wystawa. Co roku w tym miejscu odbywa się festiwal wikingów, na którego dwa ostatnie dni zamierzam zdążyć. Na pewno będę chciał wykorzystać okazję i przepłynąć się rekonstrukcją wikińskiego drakkaru.

Źródło obrazka: http://djupdal.org/asbjoern/gallery/index.php/Architecture/IMGP6377data odczytu: 02.04.2019.

IV. Trondheim – pierwsza historyczna stolica Norwegii założona przez Olafa Tryggvasona nad brzegiem Trondheimfjordu (jako ciekawostkę warto wspomnieć, iż w pewnym momencie życia Olaf dostał propozycję małżeństwa ze Świętosławą, córką Mieszka I, z której jednak nie skorzystał). Trondheim jest trzecim największym miastem Norwegii, liczącym raptem 170 000 mieszkańców. Tu powstawała największa gotycka budowla Skandynawii – Nidarosdomen


Źródło: https://www.molde-romsdalhavn.no/en/shore-excursions/the-atlantic-road-hholmen, data odczytu: 02.04.2019.

V. Droga Atlantycka – Droga przeskakująca przez kolejne wysepki pomiędzy miejscowościami Molde oraz Kristiansund. Brytyjski dziennik The Guardian uznał ją za najbardziej malowniczą drogę na świecie. Nic dziwnego, biegnie w dużej mierze przez Ocean, a nie po lądzie. Można z niej zaobserwować foki czy wieloryby, a w tle widać górzysty ląd. 

 Źródło: Zbiory własne (lipiec 2018).

VI.  Trollheimen – Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o Krainę Trolli. Ten zakątek leży na południe od Trondheimu. Znajdująca się w Krainie Innerdalen (Wewnętrzna Dolina) jest uznawana za najpiękniejsze miejsce w Norwegii. Do tego można natrafić na trolle, przed którymi ostrzegają nawet znaki drogowe :}


Źródło: www.codyduncan.com/2011/04/hiking-the-besseggen-ridge-jotunheimen-national-park-norway, data odczytu: 02.04.2019.

VII. Jotunheimen – Najwyższe pasmo górskie w Skandynawii, kamienista kraina, gdzie znajdują się największe europejskie lodowce lądowe. Jednym z najciekawszych widoków jest grzbiet Bessegegen oddzielający dwa jeziora, z których jedno jest 400 metrów wyżej od drugiego. Nazwa pochodzi z mitologii nordyckiej i oznacza Krainę Lodowych Olbrzymów – nic dziwnego, skoro w tak niedostępnym obszarze wiecznie zalegają lodowce, a opadów śniegu można spodziewać się nawet w lecie.

Źródło: https://oddacamping.no/en/trolltunga/, data odczytu: 02.04.2019.

VIII. Trolltunga – Charakterystyczna skała wisząca 1100 metrów nad jeziorem Ringedalsvatnet. Podobnie jak czerwone chatki Reine, Trolltunga jest równie często umieszczana na zdjęciach z wypraw i w przewodnikach po Norwegii. Jej nazwa oznacza Język Trolla, ze względu na swój kształt. A jak powszechnie wiadomo, trolle, które nie ukryją się przed światłem słoneczny, zamieniają się w skałę – być może jest językiem trolla, który nie miał zbyt wiele szczęścia. 

 Źródło: Zbiory własne.

IX. Karpacz  - Pewnie spytacie, skąd w planie wyprawy do Norwegii znalazła się polska miejscowość? Już tłumaczę. W XIX wieku nad jeziorem Vang w Norwegii postanowiono wybudować nową świątynię, ponieważ istniejący do tej pory kościół klepkowy był zbyt mały. Stary miał zostać zburzony… Znalazł się jednak sponsor, który uratował zabytek. Król Prus, Fryderyk Wilhelm IV, słuchając rady pewnego malarza, sfinansował rozebranie kościoła i przewiezienie go do Karpacza. Część elementów uległa zniszczeniu, jednak na miejscu dorobiono nowe. I tak oto Kościół Wang, nazwany tak od jeziora, nad którym pierwotnie stał, jest małym norweskim akcentem w Polsce. Wpisałem go tutaj, ponieważ wracając z wyprawy zamierzam zahaczyć o Karpacz – chwilę jeszcze odpocząć i odwlec nieuchronny powrót. 

I to tyle w tej notce. Następna powstanie już po moim powrocie – wtedy będę dysponował zdjęciami własnego autorstwa i wierzę, że będzie się czym pochwalić.

sobota, 18 lipca 2015

Hávamála - Pieśń Najwyższego



Każda religia ma zbiór zasad, którymi wierni mają kierować się. Najbardziej znanymi przez współczesnych ludzi są reguły chrześcijańskiego Dekalogu (starogreckie Δεκάλογος Dziesięć Słów), bazujące na judaistycznym Aseret Hadibrot (hebrajskie Dziesięć Oświadczeń), Arkān Al-Islām (arabskie Pięć Filarów Islamu), a także współczesny Kodeks Jedi tegoż kościoła. Również Wikingowie mieli reguły swojej wiary, chociaż do dnia dzisiejszego nie dotrwały w zebranej formie (średniowieczna moda na palenie wszystkiego, co niechrześcijańskie skutecznie zniszczyła źródła historyczne). W XIX wieku zainteresowanie Epoką Wikingów i mitologią nordycką ożywiło się. Właśnie w tym okresie swoje opery tworzył Ryszard Wagner, czerpiąc wiele inspiracji z mitów (chyba każdy potrafi zanucić jego Jazdę Walkirii). Kolejnym ważnym okresem, chociaż tragicznym w skutkach, była chorobliwa fascynacja nazistów germańskimi, a także nordyckimi korzeniami (może monotonny przykład, jeśli chodzi o nazewnictwo, ale wydarzenia z Wilczego Szańca w 1940 roku nosiły militarne określenie Operacja Walkiria). Bardziej pokojowe zainteresowanie przejawiali mieszkańcy Islandii – w 1973 roku kościół Ásatrú (staronordyckie/islandzkie Áss – bóg z dynastii Asów, oraz TrúPrawda, Wiara, Religia) został oficjalnie zarejestrowany. Na potrzeby ruchu religijnego sformułowano tzw. Cnoty Odyńskie. Jako że liczba dziewięć była świętą liczbą Wikingów i powtarza się w mitologii wiele razy, nic dziwnego, że również Cnoty zebrano w liczbie dziewięć. Są to: Odwaga, Prawda, Honor, Wierność, Dyscyplina, Gościnność, Pracowitość, Pewność Siebie, Wytrwałość. Cnoty nie były wzięte z powietrza. Asatryjskie Ruchy Religijne bazowały na pieśniach, które dotrwały do naszych czasów. Główną rolę w ich układaniu odegrała HávamálPieśń Najwyższego (Háv to jedno z imion Odyna, a Mál oznacza Pieśń, Mowę).

Hávamála (jak lubię sobie spolszczać) przetrwała na Islandii, tak jak większość pieśni wchodzących w skład Eddy Poetyckiej i Edda Prozaicznej. Miała stanowić zbiór mądrości, zasad życiowych i wytycznych dla mieszkańców Midgardu, wygłoszonych przez Háva (Odyna). Zostały one następnie zebrane w 164 strofy (tak więc kodeksy innych religii pod względem objętości wymiękają). Podróżując pod postacią jednookiego starca, w pasterskim kapeluszu, opierając się o kostur, podróżował przez świat ludzi, nauczając ich. Często Hávowi podczas jego podróży towarzyszyły dwa kruki – Huginn (Myśl, Rozum) oraz Muninn (Pamięć). Hávamála stanowi także historię zdobycia przez Háva pisma – runów, oraz podarowania ich ludziom.

Nie rozpisując się dalej na temat teorii, chciałbym wybrać te strofy, które uważam za najbardziej życiowe, te, które stanowią ewidentne odbicie reguł innych religii oraz te, które według mnie są najciekawsze. Wszystkie podane za tłumaczeniem Joachima Lelewela[1]:

·         Chcesz panienkę zyskać, idź wieczór w podwoje. Niech więcej nikt nie wie, tylko was oboje.

Reguła bardzo przypomina japoński zwyczaj Yobai, polegający na legalnym (o ile zostały spełnione pewne określone reguły) zakradaniu się chłopaka do łóżka dziewczyny.



·         Gość do ciebie przybywający, ma zziębłe kolana, sporządź mu ogień; ten co przebył góry, potrzebuje posiłku i suchego odzienia.

Ewidentny przejaw słynnej, wikińskiej gościnności. W mroźnym i surowym klimacie Skandynawii było to zrozumiałe – czasami możliwość ogrzania decydowała o przeżyciu, a wędrując przez słabo zasiedloną Skandynawią, ciężko było znaleźć gospodę czy inny dach nad głową.

·         W podróży najlepszym przyjacielem i najprzyjemniejszym zapasem, jest roztropność. W miejscu nieznanym roztropność więcej waży, niż bogactwa, ona żywi ubogich.

Zasada, która idealnie pasuje do Alastora Moody’ego z Harry’ego Pottera i Czary OgniaStała czujność!

·         Nic nie ma gorszego dla synów wieku, jak pic piwo; im więcej go człowiek pije, tym więcej traci rozsądek. Ptak zapomnienia, nad pijanym śpiewa, i zabiera mu duszę.

Życiowa prawda, jedna z moich ulubionych i najczęściej cytowanych strof Hávamáli.

·         Człowiek bezrozumny, mniema żyć bez końca unikając wojny; ale jeśli go broń ochroni, nie ocali go starość.

Prawda mocno wpisująca się w pogląd Wikingów o przeznaczeniu. Wszyscy mu podlegali, zarówno ludzie jak i bogowie - wszystko przemijało.

·         Żarłok smakuje w swojej śmierci; żarłoctwo nierozumnych, światłego do śmiechu pobudza.

Odpowiednik jednego z Siedmiu Grzechów Głównych chrześcijaństwa, podkreślający złe skutki Obżarstwa.

·         Trzoda, z paszy do stajni wracać umie; ale człowiek beze czci, nie umie powściągnąć gęby.

·         Człowiek bezrozumny, choć czuwa noc całą, i rozważa wszystko, jednak znużony nad świtem, nie stał się mędrszym ode dnia poprzedniego.

Z samego siedzenia i rozważania różnych kwestii nie zdobędzie się doświadczenia.

·         Gdy się co łatwego nauczy, mniema, że wszystko umie; a gdy go o co ciemnego zapytają, odpowiedzieć nie umie.
Kojarzy mi się z Porywać się z motyką na słońce, rozbudowane o element zbyt wielkiej pewności siebie.

·         Mniema ludzi wielu, że są w szczerej przyjaźni, doświadczenie z urojenia ich wywodzi: wieków to zwada, że człek, niewierny człowiekowi.

Każdy chyba miał w dzieciństwie, albo i później, przyjaciela, któremu ufał, z którym był blisko i wierzył, że ta przyjaźń będzie trwać wiecznie… Czas jednak weryfikuje takie relacje, a jak widać, przez wieki ludzka natura niewiele się zmieniła.

·         Choć małe, kiedy własne, to najlepsze…

I współcześnie mamy odpowiednik, jeśli chodzi o mieszkania – Ciasne, ale własne.

·         Niech każdy będzie mądry z umiarkowaniem, niech nie będzie nadto roztropny; niechaj nie szuka swego przeznaczenia, jeśli chce spać spokojny.
Odpowiednik Niewiedza jest błogosławieństwem oraz Im człowiek mniej wie, tym lepiej śpi.

·         Czy się chcesz wzbogacić, czy zwyciężyć nieprzyjaciela, wstawaj rano; leżąc, wilk nie zeszcze ścierwu, ani drzemiący człowiek zwycięstwa.

Odpowiednik Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

·         Lepiej dobrze, niźli długo żyć; gdy człowiek roznieca ogień, śmierć może go odwiedzi, nim go wygasi.

Odpowiednik Carpe Diem.

·         Nie wierz słowom panny ani żadnej niewiasty, bo ich Sece jakby koło co się obraca; płochość jest w ich serca wlana. Nie wierz świetności dnia, ani żmii uśpionej, ani umizgom tej, z którą się żenić zamyślisz ani złamanemu mieczowi, ani synowi bogacza, ani świeżo posianej roli.

Po pierwsze, bardzo pasuje mi to Kobieta zmienną jest. Po drugie, strofa podkreśla niepewność świata – i znów ta Stała czujność!

·         Nie masz okropniejszej choroby, nad nieukontentowanie ze swojego stanu.

Czyżby jedno z pierwszych sformułowań depresji i myśli samobójczych?

·         Nie chciej uwodzić zon cudzych.

Nie pożądaj żony bliźniego swego, czy coś takiego.


·         Bądź ludzki dla tych, których na swoich spotykasz drogach.

Chyba najbardziej uniwersalna i najmądrzejsza prawda. Niestety, ludzie zapominają się nią kierować.

·         Wiedz, że mając przyjaciela, często go odwiedzać należy; droga zielskiem i drzewem zarośnie, jeśli ustawnie chodzić nie będziesz.

Największe podobieństwo odnaleźć można chyba w Małym Księciu i rozdziale o Lisie. Przyjaźń należy pielęgnować.

·         Proszę cię, bądź podejrzliwy, ale nie za bardzo; bądź jednak: gdy nadto pijesz, kiedy się przy cudzej żonie znajdziesz, i kiedy między łotry będziesz.

Coś o Stałej Czujności wypadałoby powtórzyć.

·         Nie drwij, nie urągaj, ni gościom, ni cudzoziemcom. W domu przebywający, nie wie, jaki doń cudzoziemiec przybywa.

Kolejny raz podkreślenie gościnności, ale też wyrozumiałości i tolerancji. Wydaje się sprzeczne z obrazem Wikingów, jaki mamy – atakujących bez skrupułów inne nacje. Kiedyś, w innej notce, bardziej rozwinę temat.

·         Nie ma cnotliwego bez błędu, nie ma występnego bez cnoty.

Nic nie jest czarno białe – czasami jestem zaskoczony, jak od typowy dres, po którym można by spodziewać się co najwyżej agresywnego zachowania, okaże więcej kultury, niż starsza pani w komunikacji miejskiej.

·         Nie wyśmiewaj sędziwych, ani twych starych dziadków: ze zmarszczków, częstokroć, pełne roztropności wychodzą wyrazy.

Kojarzy mi się z wikińskim powiedzeniem, które usłyszałem dawno temu – Blizny mówią o doświadczeniu. Każda zdobyta wiedza pozostawia na nas piętno, czy na ciele, czy na umyśle. Potrzeba czasu, by poznać świat i ludzi… A czas odbija się na człowieku.

·         Ogień wygania choroby, dąb zapalenie uryny, słoma urzeka zaczarowania, runy niszczą zaklęcia, ziemia połyka powodzi, a śmierć gasi nienawiść.

Na wszystko na tym świecie jest lekarstwo. Na każdy żywioł, odpowiada inny. Pasuje do credo filmów takich jak Król Lew czy Pocahontas.

·         Tę radę dam ci pierwszą: abyś ku powinowatym twoim, nienagannie się sprawiał; mniej odwetu, choć cię pokrzywdzą; mówią, że to zmarłym pożyteczne.

Pomimo, iż prawo Wikingów dopuszczało zemstę, jak widać tej regule bliżej do nauk Jezusa.

·         Tę radę dam ci drugą, abyś przysięgą nie przysięgał, tylko to co prawda. Okropna osnowa rozwija się ze złamanej wiary. Przeklęty, przyrzeczeń gwałciciel.

Nawiążę tu do Cnót Odyńskich  - Prawdy i Honoru. Pasuje także zawarta w Świteziance Mickiewicza mądrość Bo kto przysięgę naruszy, Ach, biada jemu, za życia biada! I biada jego złej duszy!

·         Tę radę dam ci szóstą; lubo zachodzą opaczne na biesiadach spory; podpity nie spieraj się z wojownikami, wino pozbawia wielu argumentów.

Trzeba się zawsze kierować rozsądkiem.

·         Tę radę dam dziewiątą; byś miał staranie koło zwłok umarłych, gdziekolwiek na ziemi napadniesz: czyli chorobą zginęli, czyli do morza zginęli, czyli żelazem zginęli ludzie.

Chrześcijańskie Zmarłych pogrzebać, ale także ciekawostka w kontekście rozpatrywania wiary asatryjskiej. Nie wszystkie dusze ludzi trafiały do Asgardu. Ci, którzy nie zmarli w boju, trafiali do Helheimu (chorzy, starzy) lub do pałaców bogini Ran (topielcy). Warto podkreślić, że w tej strofie Háv nie sygnalizuje śmierci przez chorobę, czy na morzu jako gorszej. Osobiście uważam, że wymysł, dotyczący, iż tylko śmierć w walce jest godna, powstał podczas Wikingi Wschodniej lub Wikingi Zachodniej. Tym samym kapłani zachęcali ludzi, by zdobywali nowe ziemie za wszelką cenę. Nie innego zachowania dopatruję się w deklaracji chrześcijańskiego papieża Urbana II, który ogłosił Pierwszą Krucjatę i oświadczył, że każdy, kto zabije innowiercę dostąpi odpustu zupełnego (moje oburzenie budzi fakt, że człowiek, który podjudzał do łamania Nie zabijaj ciągle jest uważany przez katolików za błogosławionego). Jak religia stała się narzędziem wojny również w Epoce Wikingów.

Przytoczyłem tylko 28 spośród 164 strof, jednak dają one obraz tego, jak zbudowana jest Hávamála. Na koniec chcę jeszcze wspomnieć, że jej ostatnie strofy, dotyczące podróży przez życie, trwania w wierze i podróży do zaświatów zostały zaśpiewane w serialu Wikingowie. Jeśli ktoś byłby ciekaw, jak Hávamála mogłaby brzmieć (ponieważ przypuszczam, że muzyka została dopisana współcześnie, gdyż nic mi nie wiadomo by zachowała się przez wieki), odsyłam do sceny pogrzebu w dziesiątym odcinku trzeciej serii tego serialu. I na sam koniec, obrazek z Hávem.


 Źródło obrazka: https://archive.4plebs.org/x/thread/20933372/,
data odczytu: 02.04.2019.

[1] Edda starsza i młodsza, tłum. Joachim Lelewel, wyd. Armoryka 2012, s. 97.