piątek, 27 stycznia 2023

Potop - część trzecia

 

Źródło: https://www.learnreligions.com/all-about-noahs-flood-700164,
data odczytu: 26.01.2023

W dwóch poprzednich artykułach opowiedzieliśmy sobie kilka wersji mitu o Potopie – od odległej i mroźnej Skandynawii, przez Bliski Wschód, aż po Półwysep Indyjski. Dziś wyruszymy jeszcze dalej, szukając podań o tymże kataklizmie na terenach obu Ameryk, jak i na odległym Pacyfiku.

Źródło: https://steemit.com/history/@cifer44/the-great-flood-connection,
data odczytu: 26.01.2023

Wirakocza

Tym razem wędrujemy za Ocean, do górskiego pasma Andów w Ameryce Południowej. Żyjący tam Inkowie wierzyli w Boga Wirakoczę (utożsamianym z Kon-Tiki), który stworzył Wszechświat i okolice. Dał także początek cywilizacji. Był on już wspomniany na moim blogu.

 W przeciwieństwie do rdzennej ludności Andów, miał mieć jasną karnację i długą białą brodę. Ponoć opuścił też Amerykę Południową, kierując się za Ocean. Inkowie wierzyli, że pewnego dnia powróci zza wielkiej wody. Ta wiara okazała się dla nich zgubna, gdy hiszpańscy konkwistadorzy, z jasną, europejską karnacją, odpowiadającą opisom Wirakoczy, zawitali do ich państwa. Wróćmy jednak do samego Boga. Pierwszą rasą, którą stworzył z kamienia, byli olbrzymi, jednak byli oni głupi i złośliwi, co poskutkowało pierwszym potopem (a dla nas jest podobne do historii o potomkach Ymira w mitologii nordyckiej). Przetrwać miała, a jakże, tylko jedna para olbrzymów. Następną rasą, którą stworzył, byli mniejsi już ludzie (również ukształtowani z kamienia). Nakazał im żyć dobrze, bez konfliktów. Kiedy jednak widział, że stali się chciwi i źli, zesłał kolejny Potop na świat. Z powodzi uratować miała się tylko para, Manco Cápac (co w języku keczua oznacza Założyciel Dynastii) i Mama Ocllo (Matka Płodności – proszę o zwrócenie uwagi, iż słowo Matka w keczua jest identyczne jak polskie Mama i lustrzano podobne do odpowiedników w innych językach). Wielka powódź miał trwać sześćdziesiąt dni i sześćdziesiąt nocy, a para ocalałych przetrwała dzięki drewnianej skrzynki, którą zbudowali i która unosiła się na falach, nawet ponad najwyższymi górami. Kiedy wody opadły, Manco  Cápac i Mama Ocllo dali początek dynastii Państwa Inków. Następną rasę ludzi Wirakocza miał ulepić z gliny, podobnie jak Bóg Jahwe.    



Źródło: https://medium.com/@robert.f.williams/three-native-american-creation-myths-a20ec9129c6,
data odczytu: 26.01.2023

Etsie

Wśród indiańskich plemion Atabasków opowiadano o srogiej ziemie (co znów nawiązuje do pamięci o ostatniej Epoce Lodowcowej). Zwierzęta, by się ogrzać, ukradły worek z ciepłem Władcy Nieba, Niedźwiedzia. Pewnego wieczoru, gdy małej myszy doskwierał chłód, postanowiła zabrać nieco ciepła z worka. Jednak nieumyślnie zrobiła w nim dziurę i cały żar wydostał się, topiąc wszystkie śniegi świata. Wzbierająca woda zalała każdy istniejący ląd. Wydarzenie przewidział stary Etsie, który ostrzegał innych, jednak nikt nie dawał wiary jego czarnym wizjom. Starzec uratował się na wybudowanej łodzi, oczywiście zabierając na nią po parze wszystkich żyjących zwierząt. Gdy wody utrzymywały się nad całym światem, wypuszczał gołębia by sprawdzić, czy gdzieś już odsłonił się suchy ląd. Kiedy ptak wrócił z gałązką jedliny, był to znak, iż Potop dobiega końca i wnet mógł osadzić swój statek na lądzie. W tym miejscu w kilku słowach chciałbym napomknął o innych indiańskich wierzeniach, albowiem różne ich wersje znane są wśród wszystkich plemion Ameryki Północnej. Różnią się jeno szczegóły. Zamiast statku pojawia się flota kanoe. Wśród niektórych, jak Szejeni czy Mikmakowie panowało przekonanie iż Wielka Powódź była karą za zło i wojny wszczynane przez ludzi. Widząc to Kisúlkw, Bóg Stworzyciel, zaczął płakać. Szlochał tak długo, aż jego łzy zalały cały świat, topiąc wszystkie istoty (osobiście uważam, że to jedna z ciekawszych wersji, a literackie porównanie łez do kropel deszczu jest piękne). Powódź miała przetrwać tylko para starych ludzi, którzy na nowo zaludnili Ziemię.

Źródło: https://www.civilbeat.org/category/mauna-kea/,
data odczytu: 26.01.2023

Nu’u

Ostatnia przytoczona przeze mnie historia będzie klamrą do pierwszej, o Noem. I chociaż wszystkie mają wspólne elementy, to w tej pojawia się bohater o bliźniaczo brzmiącym imieniu. Na Hawajach wierzono, iż po śmierci pierwszego człowieka następne pokolenie stało się do szpiku złe. Jedynymi dobrymi ludźmi mieli być Nu’u (co oznacza Modlący się) oraz jego żona Lili-noe. Zbudowali oni ogromny statek, na którego pokładzie schronienie znalazły zwierzęta i rośliny. Potop przetoczył się przez świat, niszcząc wszystko inne. Gdy wody ustąpiły statek usiadł na najwyższym wulkanie Hawajów, Mauna Kea.

To nie są jedyne historie o Potopie. Starałem się zebrać te najbardziej podobne. Ponadto,  nie każda mitologia ma swój odpowiednik. Nie wszędzie przewija się także motyw wielkiej powodzi jako kary za grzechy. Przykładem mogą być wierzenia Aborygenów, gdzie Potop na świat sprowadziły jaszczurki, które chciały pozbyć się dziobaków (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Podejrzewam, że opowiadanie kilka razy podobnej historii mogło w pewnych miejscach nużyć, jednak chciałem podkreślić, jak podobne są to mity. Warto również pamięć, iż wiele z nich wspomina o rasie olbrzymów, która zamieszkiwała świat przed Potopem.

Czy wszystkie wywodziły się z tego samego źródła? Jeśli tak, to jak zawędrowały w różne zakątki świata, oddzielone od siebie nawet Oceanami? Czy może też na swój sposób opisywały jeden globalny kataklizm, który dotknął ludzkość w najdalszych nawet miejscach na Ziemi? Na te pytania ciężko nam znaleźć odpowiedź w dzisiejszych czasach, chociaż spotkałem się z różnymi teoriami próbującymi wytłumaczyć fenomen Potopu. Przez ostatnie tygodnie przytoczyliśmy sobie dziewięć na pozór innych i na pozór takich samych historii o Wielkiej Powodzi. Zostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, do przemyślenia, czy uważacie iż każda cywilizacja opowiadała swoją, osobną historię o Potopie, czy może wszystkie razem sięgają do jednego wspólnego źródła, nim powstały różne narody, języki, a Bogowie zyskali lokalne imiona.

Na koniec ogromne podziękowania dla wszystkich Czytelników - wczoraj mój blog przekroczył okrągłą liczbę 30 000 odwiedzin. Nie byłoby tego wyniku bez zainteresowania tematami, które poruszam. Chciałbym również podziękować wszystkim osobom, które podsyłały od początku pomysły na nowe artykuły, a także wyrażały konstruktywną krytykę na temat publikowanych materiałów. Tradycyjnie, zapraszam do odwiedzania profilu na Facebooku, oraz udostępniania moich artykułów, bym mógł dotrzeć do jeszcze szerszego grona odbiorców. A jeśli chcecie wesprzeć dalszą twórczość w bardziej materialny sposób, zapraszam na moją stronę na Patronite.

piątek, 13 stycznia 2023

Potop - część druga

 

Źródło: https://www.learnreligions.com/all-about-noahs-flood-700164,
data odczytu: 12.01.2023

W pierwszej części artykułu omówiliśmy sobie najbliższe nam podania o Potopie, te znane z kart Biblii, mitologii greckiej czy opisane już na moim blogu wierzenia Skandynawów. Dziś chciałbym zabrać Was bardziej na wschód, by opowiedzieć o Wielkiej Powodzi znanej pomiędzy starożytną Mezopotamią a Indiami.

Źródło: https://mythcrafts.com/2019/01/29/prelude-to-the-flood-utnapishtims-ark-pt-1/,
data odczytu: 12.01.2023


Utnapisztim

Najstarszy zachowany po dziś dzień poemat to Epos o Gilgameszu opisujący przygody tytułowego bohatera, króla starożytnego miasta Uruk. Wspomniana w nim jest historia mieszkańca Mezopotamii, Utnapisztima (Akad. Ten, który znalazł życie), syna Ubary-Tutu, ósmego króla miasta Szurupak. W tym miejscu warto wspomnieć, iż przedpotopowi ludzie wedle wierzeń akadyjskich mieli być długowieczni. Ubara-Tutu miał żyć ponad osiemnaście tysięcy lat. Krótsze, ale i tak imponujące żywoty odnotowuje się w Biblii, gdzie pokolenia między Adamem a Noem dożywały wieku między siedemset a dziewięćset lat. Innym podobieństwem jest liczba pokoleń – Ubara-Tutu żył w ósmej generacji ludzkości, natomiast Lamek, ojciec Noego, w dziewiątej. Wracając jednak do historii Utnapisztima, ludzkość rozprzestrzeniła się za bardzo po świecie. Irytowało to jednego z Bogów, Enlila, który przez hałasowanie tak licznej populacji nie mógł spać. Na Radzie Bogów wystąpił więc z pomysłem, by zesłać na świat Potop i wytracić głośną rasę. Nie spodobało się to Bogowi Enkiemu, który objawił się Utnapisztimowi we śnie i postanowił ostrzec go o nadchodzącym kataklizmie. Jego zadaniem miało być zbudowanie statku (którego wymiary są podane szczegółowo w Eposie, m.in. miał mieć siedem kondygnacji), na którym miał się schronić z rodziną, zwierzętami i roślinami wszelkich gatunków. Gdy nadszedł Potop, padało przez dwanaście dni, aż, cały świat znalazł się pod wodą. Po kolejnych siedmiu dniach statek osiadł na szczycie góry Nimusz. Utnapisztim wysłał najpierw gołębicę, która wróciła, następnie jaskółkę, która również powróciła na szczyt góry. Dopiero trzeci wysłany ptak, kruk, nie powrócił do niego, co dało mu znak, iż wody zaczęły opadać. Bogowie u końca historii byli przerażeni ogromem zniszczeń. Postanowili więc już nie zsyłać Potopu na ludzi, a Utnapisztima i jego żonę w nagrodę za ocalenie zwierząt i pobożność, obdarzyli nieśmiertelnością. Na koniec warto wspomnieć, iż ta sama postać, występowała w okolicznych kulturach pod innymi imionami, jednak jej historia jest praktycznie identyczna. I tak o to Utnapisztim w mieście Akad zwał się Atra-Hasis, w Babilonie Ksisutros a w języku sumeryjskim występuje pod mianem Ziusudry. Biorąc pod uwagę iż tę wersję należy uznać za najstarszą, pytaniem pozostaje, czy Biblijny Potop nie był plagiatem tej historii, która przeniknęła do hebrajskich wierzeń podczas Niewoli Babilońskiej?

Źródło: https://asia.si.edu/learn/shahnama/els2010-7-1/,
data odczytu: 12.01.2023


Jima/Dżamszid

W zoroastryzmie (uznawanym za najstarszą religię monoteistyczną świata) Jima miał być czwartym królem, od momentu stworzenia świata, i jednocześnie największym z nim. Był tak wspaniałym władcą, iż zaczęto go nazywać Yima KshaetaYima Jaśniejący, skąd pochodzi jego inne miano spotykane w literaturze – Dżamshid. Na polecenie Boga, Ahura Mazdy, miał zbudować podziemne schronienie, zwane z perskiego Warem, w którym ludzkość, zwierzęta i rośliny mogły przetrwać trwający sto pięćdziesiąt lat kataklizm. Sroga Zima miała oczyścić świat z przeludnienia i zła. Śniegu miało spaść tak dużo, iż przykrył on całkowicie nawet najwyższe góry. Chociaż w tej wersji mitu mowa jest nie o wielkiej wodzie, a o wielkim śniegu, postanowiłem zestawić i tę historię. Pierwszy fakt, jaki za tym przemawia to powiązanie potopu i ostatniej epoki lodowcowej. Niektórzy wskazują, iż topniejące szybko lodowce zalewały liczne zamieszkane tereny, dając początek historii o tej największej z powodzi. Przykładem może być nieistniejąca już dziś kraina Doggerland, leżąca między Anglią a Danią. Podczas ostatniego zlodowacenia był to suchy teren, dziś z kolei leży na dnie Morza Północnego (w dużym uproszczeniu). Niemymi świadkami tych wydarzeń są zatopione lasy znalezione u wybrzeży Wielkiej Brytanii, tam gdzie kiedyś znajdował się suchy ląd. Drugi fakt to związek z mitologią nordycką, na który wskazuje Norbert Oettinger, niemiecki badacz starożytnych indoeuropejskich języków. Teoretyzował on, iż widać podobieństwo imion Jima i Ymir, gdzie wedle Skandynawów, zabójstwo tego drugiego dało początek wielkiej powodzi. Tak więc obie postaci nierozerwalnie związane są z mitami o potopach, w różnych częściach świata. Oettinger wysnuwa również teorię, iż pierwotnie historia mówiła o potopie, a dopiero w drodze ewolucji podań przez wieki zastąpiła go trwająca przez wiele lat zima. Być może w pustynnym Iranie, który należy utożsamiać z kolebką zoroastryzmu, łatwiej było sobie wyobrazić śnieg niż wielką powódź. Powódź w tym wydaniu następuje dopiero u kresu kataklizmu, gdy topniejący śnieg spływa ze wszystkich gór i wyżyn. Trzeci fakt, to dualizm, jaki występuje w zoroastryzmie. To co związane ze światłem i ciepłem było atrybutami Ahura Mazdy. Z kolei to co związane z ciemnością i chłodem, jak właśnie śnieg i długie zimowe noce, było domeną jego odwiecznego przeciwnika Angra Mainju (swoją drogą, to na tej boskiej parze wzorował się G.R.R. Martin opisując Pana Światła oraz Pana Ciemności w Pieśni Lodu i Ognia). Możliwe więc, że wielka zima bardziej pasowała do tego dualizmu świata i wyparła pierwotną wersję o potopie (a zupełnie na marginesie, ta historia przypomina nordyckie wierzenia o Fimbulvinter, Srogiej Zimie, która będzie trwała przez całe trzy lata tuż przed nastaniem Ragnaröku).

Źródło: https://www.rupanugabhajanashram.com/writings/krishna-talk-articles/kalki-dasa/the-great-flood-are-manu-and-noah-the-same-person/, data odczytu: 12.01.2022

Manu

Idąc jeszcze dalej na wschód trafiamy na hinduskie wierzenia o Manu, królu Drawidy, państwa mieszczącego się na południu Półwyspu Indyjskiego. Bóg Wisznu, pod postacią ryby o imieniu Pan Matsja podpłynął do myjącego ręce w rzece Manu i błagał, by uratować go przed drapieżnikami w wodzie. Człowiek ukrył rybi awatar Boga w dzbanie, a kiedy ten stał się za mały, znalazł większą misę. W końcu i to naczynie nie mogło pomieścić Pana Matsję. Przeniósł go więc do jeziora, następnie do rzeki i w końcu do Oceanu. Wtedy to też otrzymał od boskiej ryby ostrzeżenie, iż za siedem dni nastąpi Potop, który zniszczy całe życie na świecie. Król zbudował statek i wraz z rodziną i siedmioma mędrcami przetrwali wielką powódź. Oczywiście, na pokładzie nie mogło zabraknąć przedstawicieli wszystkich gatunków zwierząt i roślin, a także co wyjątkowe dla hinduskich wierzeń, Wed, święych ksiąg, zawierające mądrość Bogów. Gdy wody wezbrały, Pan Matsja pociągnął statek aż do północnych gór, które miały być najwyższe na świecie (a jak wiemy, na północ od Półwyspu Indyjskiego leżą Himalaje). Manu i reszta ocalałych zeszli na suchy ląd i na powrót zaludnili Ziemię.

I na tej historii dziś zakończymy artykuł. Przeszliśmy przez sześć różnych, a jakże podobnych wersji historii o Potopie, których korzeni należy dopatrywać się w praindoeuropejskiej wierze. By jednak na tym nie poprzestać, następnym razem omówimy sobie mity o Wielkiej Powodzi znane w Nowym Świecie, a także w Oceanii.

Kończąc tradycyjnie chciałbym zaprosić do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku. Proszę również o udostępnianie moich artykułów, by dotrzeć do szerszego grona Odbiorców. A jeśli masz drogi Czytelniku sposobność i chęci, możesz wesprzeć mnie na Patronite, wzorem Piotra Brachowicza, mojego pierwszego Patrona.

piątek, 30 grudnia 2022

Potop - część pierwsza

 

Źródło: https://www.learnreligions.com/all-about-noahs-flood-700164,
data odczytu: 29.12.2022

Omawiając różne postaci z nordyckich czy słowiańskich wierzeń staram się podkreślać podobieństwa do innych mitologii. Czasami są wręcz uderzające, niemal lustrzane. Dziś wyjdziemy mocno poza kręgi opowieści z naszego regionu, omawiając i zestawiając historie o jednym znaczącym kataklizmie, o którym pamięć przetrwała praktycznie w każdym zakątku świata. Mowa o Wielkim Potopie, który miał u zarania dziejów przetoczyć się przez świat. A żeby jednak było coś z wikińskiej symboliki, przejdziemy po kolei przez dziewięć różnych historii (wszak dziewiątka to święta liczba dla wyznawców skandynawskich Bogów). W pierwszej części omówimy sobie najbardziej znaną historię, o Noem, tę o Bergelmirze oraz mit o Deukalionie i Pyrze, który możecie pamiętać z lektury Mitologii. Wierzeń i podań Greków i Rzymian Jana Parandowskiego.

Źródło: https://reasons.org/explore/publications/questions-from-social-media/was-there-only-one-continent-before-noahs-flood, data odczytu: 29.12.2022

Noe

Chyba najbardziej znana historia o Potopie. Historia zaczyna się, gdy Bóg Jahwe widzi, że wielka jest niegodziwość wśród ludzi, których stworzył. Postanawia więc w żalu zniszczyć całą ludzkość jak i zwierzęta. Ostrzegł jednak Noego, którego darzył życzliwością i przyjaźnią, by ten zbudował arkę, która miała dać schronienie jemu, jego rodzinie i parze każdego gatunku istot żywych. Opowieść wskazuje konkretne wymiary statku a także wytyczne co do zapasów żywności dla ludzi i zwierząt.  Kiedy arka była już gotowa, Jahwe sprowadził na ziemię czterdzieści dni nieprzerwanego deszczu. Biblia podkreśla także, że wszystkie źródła Wielkiej Otchłani trysnęły wodą, zasilając tym samym siłę Potopu. Poziom wód przewyższyć miał najwyższe góry. Po upływie kolejnych stu pięćdziesięciu dni wody obniżyły się i statek osiadł na górze Ararat. Następnie dostajemy opis, jak Noe wypuszcza ptaki, najpierw kruka, a potem gołębicę, by przekonać się, czy wody opadły i w innych częściach świata. Jedna z prób wysłania gołębicy zakończyła się jej powrotem z gałązką oliwną, a przy kolejnej skrzydlaty posłaniec nie wrócił. Był to znak, iż znalazł sobie suche miejsce. Warto tu zaznaczyć, iż w apokryficznej księdze Henocha wspomniani są nefilim, olbrzymi, pół-ludzie, pół-aniołowie. Opisywani byli jako giganci, wspomina o nich również Księga Rodzaju, zaznaczając, iż żyli w czasach przed Potopem. Źródło to podaje dalej, iż to oni czynili zło na Ziemi, a Jahwe zesłał wielką powódź, by wytracić właśnie ich rasę, co będzie istotnym szczegółem przy następnych opowieściach.

Data odczytu: https://www.newsweek.com/antarctica-discovery-ancient-forest-bible-flood-book-genesis-753747,
data odczytu: 29.12.2022

Bergelmir

Druga zaś historia, o olbrzymie Bergelmirze, pojawiła się już na blogu. Dla przypomnienia, był on jednym z pierwszych gigantów, prawdopodobnie wnukiem Thrundgelmira. Kiedy Odyn, Wili i We zabili Ymira, wielka powódź zalała świat, albowiem krew pierwszego z olbrzymów była niczym innym, niż wodą. Thrundgelmir miał zginąć w tym Potopie. Spośród olbrzymów ocaleć miał jeno Bergelmir i jego rodzina, którzy znaleźli schronienie na swoim statku. W końcu, gdy wody opadły, dotarli do odsłoniętej skały, a jego potomstwo zasiedliło pobliski Jotunheim, Krainę Olbrzymów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że Jotunheimen to najwyższe pasmo górskie w Norwegii). Giganci pamiętali, że przez Asów zginęła prawie cała ich rasa i to stało się początkiem nienawiści, którą żywili do Odyna i jego krewnych. W tej historii nie pojawia się motyw grzechu i zniszczenia świata z nim związanego, chyba, że za przewinienie uznamy bycie olbrzymem. Co jest jednak wspólnym motywem z historią Noego to istnienie jednej, jedynej rodziny, która na drewnianym statku przetrwała kataklizm, a gdy ten ustępował, znaleźli suchy ląd na szczytach wysokich gór. Zostaje jeszcze sama kwestia wyginięcia olbrzymów pochodzących od Ymira, podobnie, jak gigantycznych nefilim, w Biblii.

Źrodło: https://antycznahellada.com/mity/deukalion-i-pyrra/,
data odczytu: 29.12.2022

Deukalion i Pyrra

Na pewno większość z Was kojarzy tytana Prometeusza z czasów szkolnych, gdy przerabialiście Mitologię Jana Parandowskiego, jako lekturę (tylko na marginesie wyrażę swe oburzenie, iż wierzenia Greków i Rzymian są w podstawie nauczania, a Słowian już nie, pomimo, iż mamy dobre opracowania, jak te autorstwa Baranowskiego czy Gieysztora, spisane kilkadziesiąt lat temu). Jego synem był Deukalion, który poślubił Pyrrę, córkę Pandory (tak, tej od skrzynki!). Deukalion został królem Tesalii u zarania dziejów. Jednak już u zarania dziejów w ludziach krzewiło się zło. Przemoc, gwałty, wojny – wedle Greków istniały już w pierwszym pokoleniu ludzi. Czarę goryczy miała przelać wieczerza u króla Arkadii Likaona, kiedy ten kazał podać Zeusowi potrawę z własnego syna. Rozwścieczony kanibalizmem Bóg uznał, że ludzkość trzeba zgładzić. Z jego rozkazu Południowy Wiatr przyniósł tak gwałtowną burzę, że w krótkim czasie wszystkie zbiorniki wodne wystąpił z brzegów. Ludzie szukając ratunku wspinali się na budynki, próbowali chronić się w łodziach. Woda jednak cały czas się podnosiła, aż tylko szczyty Olimpu i Parnasu wystawały ponad jej powierzchnię. Nawałnica trwała dziewięć dni i dziewięć nocy. W ostatecznym rozrachunku kataklizm przetrwać mieli tylko Deukalion i Pyrra, którzy byli poczciwi, o czystych sercach. To właśnie ich dobroć przyczyniła się do ich ocalenia, albowiem Zeus przez wzgląd na nich powiedział Prometeuszowi o Potopie, który chce zesłać na Ziemię. Tytan zaś ostrzegł swojego syna, by ten zaczął budowę drewnianej arki (wedle jednych relacji był to statek, wedle innych, szczelna skrzynia z drewna akacjowego, w której małżeństwo zgromadziło zapasy żywności na czas kataklizmu… Oraz po parze zwierząt każdego gatunku). Para dopłynęła do szczytu Parnasu i kiedy wody zaczęły ustępować wysłali gołębia, by sprawdzić, czy niższe tereny są już bezpieczne (brzmi znajomo?). Ziemia stała się pustkowiem, pełnym zwłok ludzkich i zwierzęcych. Deukalion i Pyrra byli już w podeszłym wieku, schorowani i nie dowidzieli. O spłodzeniu dzieci mogli zapomnieć. Prosili więc o poradę, co mogą zrobić, by ludzkość się odrodziła. Zeus nakazał im iść przed siebie z zawiązanymi oczyma i rzucać za plecy kości ich matki. Król Tesalii, wiedząc, że oboje z żoną mieli różne matki, uznał, że ta rada to zagadka, a ich wspólną matka jest Ziemia, zgadł, iż chodzi o kamienie. Tak więc para staruszków szła z przepaskami na oczach, podnosząc i przerzucając kamienie przez ramiona. Te, które rzucał Deukalion, upadając zamieniały się w mężczyzn, a te ciskane przez Pyrrę, w kobiety.

Na tej opowieści dziś poprzestaniemy. Zebraliśmy sobie wierzenia z północnej i południowej Europy, a także z Bliskiego Wschodu. Następnym razem ruszymy dalej, w głąb Azji, poznając sumeryjskie, irańskie oraz indyjskie opowiadania o Potopie.

Kończąc tradycyjnie chciałbym zaprosić do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku. Proszę również o udostępnianie moich artykułów, by dotrzeć do szerszego grona Odbiorców. A jeśli masz drogi Czytelniku sposobność i chęci, możesz wesprzeć mnie na Patronite, wzorem Piotra Brachowicza, mojego pierwszego Patrona.

piątek, 16 grudnia 2022

Piżmowoły

 

Źródło: https://waypointtv.com/hunting/articles/71-north-hunting-muskox-and-caribou-along-greenlands-rugged-coast,
data odczytu: 15.12.2022

Jeśli ktoś oglądał drugą część animacji Epoka Lodowcowa może kojarzyć jeden z pojawiający się tam gatunków zwierząt – piżmowoła. Ten wielki ssak przed ostatnim zlodowaceniem zamieszkiwał liczne tereny na półkuli północnej. Obecnie populacje spotyka się w Ameryce Północnej i na Grenlandii, aczkolwiek próby introdukowania gatunku mają miejsce na większości terenów jego pierwotnego występowania. Dziś zagości także na moim blogu.

Piżmowół to dość spory ssak z rzędu parzystokopytnych. Samice osiągają długość ciała między 1,5 a 2,0 metra, natomiast samce są wyraźniej większe i mogą osiągnąć długość do 2,5 metra. Masa również różni się od płci – od 180 kg to nawet 410 kg. W kłębie osiągają wysokość od 1,1 do 1,5 metra. Zarówno samce jak i samice posiadają długie, zakrzywione rogi o długości między 60 a 70 cm. Sierść w ciemnych odcieniach, od brązu przez szarości i czerń, może osiągać nawet 100 cm długości.  W okolicach głowy i grzbietu włosy mogą przybierać jaśniejsze odcienie.

Źródło: https://www.fanpop.com/clubs/ice-age/images/7967666/title/ice-age-2-meltdown-screencap,
data odczytu: 15.12.2022


Żyją około 20 lat, jednak rekord należy do osobnika, który przeżył ponad 27 wiosen. Pod koniec lipca i z początkiem sierpnia rozpoczynają okres godowy podczas którego piżmo samców wydaje intensywny zapach, wabiący samice. Ciąża u piżmowołów trwa dziewięć miesięcy. Najczęściej rodzi się jeden cielak, chociaż zaobserwowano także przyjście na świat bliźniaków. Młode po narodzinach ważą 9-11 kg. Przez pierwsze trzy miesiące żywią się mlekiem matki, później zachęcane są do szukania pożywienia. Niestety, szacuje się, że z powodu surowych warunków panujących w Arktyce około połowa młodych nie dożywa pierwszego roku. Często przyczyną śmierci jest zapalenie płuc, bywające wyjątkowo niebezpieczne przy mroźnym powietrzu dla małych cielaków, u których nie rozwinęła się jeszcze pełna odporność. Mogą także, podobnie jak ludzie, chorować na odrę.

Są roślinożerne, posiadają czterokomorowy żołądek. W zależności od pory roku żywią się liśćmi roślin (uwielbiają wierzbę polarną), trawami, porostami, mchami i korzeniami. Potrafią swoimi masywnymi rogami rozbijać lód by dostać się do pożywienia.

Żyją w stadach, w których są samce i samice w różnym wieku. Ich struktura jest hierarchiczna. O przywództwo walczą samce – wygrywa ten, kto po licznych zderzeniach się rogami nie ustąpi, bądź nie ucieknie. Walka o dominację w stadzie ma charakter pojedynku. Dwa samce najpierw pocierają się rogami, by wyczuć przeciwnika i wyzwać go na pojedynek. Następnie cofają się na odległość około 20 metrów, po czym następuje szarża za szarżą, aż do rozstrzygającego uderzenia. Osobniki w stadzie komunikują się mruczeniem, rykami bądź beczeniem a także ruchami głowy. W trakcie sezonu letniego przebywają z najbliższymi krewnymi w grupkach po 5-6 osobników, najczęściej w pobliżu rzek. Gdy zbliża się zima, wracają do stad liczących po kilkadziesiąt osobników i przemieszczają się na wyżej położone wyżyny.

Piżmowół na stacji kolejowej w Oppdal
Źródło: Zbiory własne


Najstarsze znalezione szczątki liczą ok. 600 000 i chociaż wizualnie mogą przypominać krowy i żubry, to wyewoluowały od tego samego przodka, od którego pochodzą kozy i owce. Przed końcem ostatniej epoki lodowcowej żyły na terenach Syberii aż po Pacyfik, w północnej Europie (ich szczątki znaleziono nawet na polskim wybrzeżu), na Grenlandii i w Kanadzie. Obecnie od połowy XX wieku stara się je przywracać do swoich środowisk w Norwegii, na Alasce i w Rosji, gdzie wyginęły w ciągu kilkuset ostatnich lat. Głównym powodem ich eksterminacji w różnych zakątkach Arktyki były nadmierne polowania przez człowieka. W dziczy tylko niedźwiedzie i wilki stanowią dla nich zagrożenie, chociaż z większości walk z innymi gatunkami wychodzą cało ze względu na swoje rozmiary i szybkość, a także dzięki pracy grupowej przy przeganianiu napastników. Najbardziej podatne na ataki są najmłodsze i najstarsze osobniki w stadach. Dzięki działaniom mającym odtworzyć gatunek, nie są już obecnie zagrożone wyginięciem. Szacuje się, że około 100 000 osobników żyje w dziczy, a liczne stada w różnych ośrodkach badań.

Kiedy pierwszy raz wybierałem się do Norwegii w 2015 roku w jednym z przewodników natrafiłem na informacje, że często dochodzi do wypadków z udziałem piżmowołów. Turyści, lekkomyślnie uważając je za duże, powolne krowy, sami je prowokują. A tymczasem ta duża krowa potrafi rozpędzić się do prędkości 60 km/h i zachwiać autem, w które uderzy (nie wspominając już, co może się stać z człowiekiem przy takim impecie uderzenia).

Jako ciekawostkę należy wspomnieć, że z sierści piżmowołów produkuje się także ubrania, które cechuje wyjątkowa odporność na zimno (większa nawet niż owczej wełny). Nie może to dziwić, biorąc pod uwagę, jak natura ukształtowała ten majestatyczny gatunek w trudnym klimacie.

Kończąc dzisiejszy temat chciałbym tradycyjnie zaprosić do odwiedzania mojego profilu na Facebooku, udostępniania artykułów, by dotrzeć do szerszej rzeszy Czytelników, a także do wsparcia mojej twórczości na Patronite, wzorem Piotra Brachowicza, któremu za to wsparcie serdecznie dziękuję.

piątek, 2 grudnia 2022

Ull

 

Źródło: https://norsespirit.com/blogs/mythology/ullr,
data odczytu: 02.11.2022

Prawie trzy lata temu omówiliśmy sobie Skadi, Boginię zimy i gór. Jej atrybutami były narty i łuk. Nie była ona jedynym bóstwem, które miało zamiłowanie do polowań i narciarstwa. Dziś omówimy sobie jej męskiego odpowiednika, Ulla.

Ull miał być synem Sif, żony Thora. Nie był jednak dzieckiem Boga Piorunów, a jego pasierbem. Jego ojcem mógł być wojownik Egil Orvandill, znakomity łucznik i kowal, który ostatecznie został pokonany przez Thora (wedle innej teorii był to sam Loki, Bóg Oszustwa). Ull odziedziczył wiele zdolności po ojcu. Jego imię powszechnie tłumaczy się jako Chwała. Był nad wyraz silnym wojownikiem, w pojedynkach świetnie używał tarczy, przez co uważano go też za jej patrona. Jak nikt strzelał z cisowego łuku, który stanowił jego ulubioną broń. W górskim terenie poruszał się na swoich nartach, wykonanych z kości. Do podróży morskich używał statku zwanego Skjold (nord. tarcza – dlatego też kenning Statek Ulla oznaczał właśnie tarczę). Posiadał też olbrzymią kość z wyrytymi runami, która utrzymywała się na wodzie i potrafiła szybko płynąć po falach (czyżby nordyccy Bogowie mieli zaczarowane deski surfingowe?).

Miał być wysoki i przystojny. Wspomina się, iż jego kochankami była zarówno Frigga jak i Hel (tym drugim związkiem wikingowie tłumaczyli sobie cykliczność pór roku, gdyż Ull regularnie spędzał część miesięcy w Helheimie, u boku swojej rozkładającej się ukochanej). Kiedy Skadi rozwiodła się z Njordem, wyszła ponownie za mąż właśnie za Ulla. Nic dziwnego - zamiłowanie do gór i narciarstwa łączyło oboje.

Wedle Gesta Danorum, podczas wojny Asów z Wanami (dwie dynastie Bogów w mitologii nordyckiej) ci pierwsi zostali na pewien czas przepędzeni z ich domeny, Asgardu. Przez kolejne dziesięć lat władzę nad tym światem sprawować miał właśnie Ull. Może to być echem jego pozycji we wcześniejszych wiekach, gdzie przypuszcza się, iż był bóstwem tak ważnym jak Odyn, Tyr czy Thor. Być może to w tym czasie jego kochanką została Frigga, która była przecież żoną Wszechojca. Po wojnie osiadł w części Asgardu zwanej Ýdalir – Cisową Doliną (drzewo, które było szczególnie z nim związane, z którego wytworzony był także jego łuk). Przejęcie władzy po Odynie może stanowić także pozostałość jeszcze starszych wierzeń, gdy Wszechojciec był Bogiem Lata, a Ull, jako Bóg Zimy, przejmował władzę na chłodniejszą porę roku.

Źródło: https://www.ullensaker.kommune.no/publisert-innhold/politikk-og-organisasjon/kommunikasjon/,
data odczytu: 02.12.2022

Pomimo, że był czczony szczególnie na Islandii, jego kult rozwinął się na terenach dzisiejszej Norwegii oraz Szwecji. Widać to po zachowanych nazwach miejscowości – najlepszym przykładem jest norweska gmina Ullensaker, której zarówno nazwa jak i herb nawiązują do Boga Narciarstwa. W szwedzkiej miejscowości Lilla Ullevi (nazwa też nie jest bez znaczenia), niedaleko Uppsali, znaleziono ślady archeologiczne potwierdzające kult Ulla już w V wieku naszej ery. Mnogość miejscowości w Skandynawii (a także w Szkocji, gdzie osiadali wikingowie) nawiązujących do Ulla potwierdza fakt, iż był bardziej znaczącym bóstwem, jednak z czasem jego kult ustąpił innym postaciom. Również tłumaczenie jego imienia, Chwała, wiąże go z ważną pozycją w nordyckim panteonie.

Współcześnie, symbolika Ulla wraca – jest szczególnie popularny wśród germańskich i skandynawskich narciarzy, a jego podobizny umieszcza się na medalach wręczanych zwycięzcom zawodów sportowych.

Na zakończonie tradycyjne podziękowania dla Piotra Brachowicza za wspieranie mojego bloga na Patronite. Jeśli i Tobie podobają się moje artykuły, zachęcam do dorzucenia swojej cegiełki lub udostępniania mojej strony - dzięki temu trafię do szerszego grona odbiorców. Na koniec zapraszam do polubienia mojego profilu na Facebooku.

piątek, 18 listopada 2022

Gloso

 

Źródło: https://burialsandbeyond.com/2020/01/02/the-gloson-demon-ghost-pig-of-sweden/,
data odczytu: 17.11.2022

Motywy świniowatych gościły już na moim blogu. Był Gullinbursti, Złotogrzywy, dzik, którego dosiadał bóg Frej. Pojawili się też Svinfylkingowie, wojownicy, którzy za patrona obrali sobie dzika, a ich styl walki miał przypominać szarżę tego zwierzęcia. Wspomniałem również o świątecznych zwyczajach związanych ze świniami. Dziś poznamy kolejną świniowatą istotę ze szwedzkich wierzeń – Gloso.

Gloso (lub Gloson) była wielką białą świnią lub lochą, o dużych kłach i świecących, bądź płonących oczach. Niektórzy mówili, że jest rozmiarów psa, inni, że wołu. W jednej z relacji pochodzącej z XIX wieku świadek zeznawał, iż Gloso miała sto oczu. Niektórzy uważali, że bestia posiadała również na grzebiecie rząd kolców, którymi rozszarpywała ludzi, biegając między nimi. Niekiedy potrafiła porwać śmiertelnika na swój grzbiet i galopować z nim przez bardzo długi czas – od siedmiu dni do trzech lat. Taki nieszczęśnik wracał cały poraniony od ostrego grzbietu, mógł postradać zmysły lub umrzeć z wyczerpania, a po kilku latach nieustannego biegu jego ciało zostawało porzucane. Mogła też objawiać się w towarzystwie małych i równie upiornych warchlaków (bez wątpienia, robiących demoniczne kwik kwik). Czasami posiadała na pozór ludzką sylwetkę ze świńską głową i poruszała się na dwóch nogach. Nazwa prawdopodobnie pochodzi od szwedzkiego zwrotu att glo znaczącego świecić, błyszczeć, co oddawało nienaturalny wzrok stworzenia. Potwór potrafił specjalnie ostrzyć kolce. Zamieszkując okolice cmentarzy lub starych ruin ocierał je o kamienie, mury i nagrobki, by były jeszcze groźniejsze. Wierzono także, że przyciągały go miejsca, gdzie niedawno zmarły dzieci. Uskoczenie przed lochą lub uchylenie się przed jej szarżą niekoniecznie ratowało człowieka. Jeśli potwór dotknął nawet ubrania danej osoby – ta wkrótce zapadała na ciężką chorobę. Otarcie się o skórę człeka była wyrokiem pewnej śmierci w niedługim czasie po spotkaniu.

Źródło: https://hedniskatankar.com/2018/11/08/gravson-och-autentiska-folktraditioner/,
data odczytu: 17.11.2022


Nie każde spotkanie z Gloso mogło zakończyć się śmiercią. Jeśli człowiek chciał przepowiedzieć przyszłość lub szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania, mógł sam szukać stwora. W tym celu należało udać się na nocną przejażdżkę lub spacer, której finał odbywał się na cmentarzu albo pod kościołem. W dzień poprzedzający wróżby należało pościć, nie wolno było witać innych ludzi, śmiać się ani usłyszeć piania koguta. W chwili spotkania człek winien ofiarować świni trzy kiełbasy, trzy kłosy zboża, trzy jabłka lub trzy orzechy (ale tylko siedmioletnie!), by uzyskać od niej wróżbę. Rytuał nazywany był ars gang (szw. coroczny spacer). Brak podarunku przy napotkaniu zwierzaka skutkował atakiem na śmiertelnika. Zwyczaj ten był praktykowany jeszcze w XIX wieku. Pewne noce uważane były za lepsze do wróżenia przyszłości. Wśród nich należy wymienić między innymi noc Bożego Narodzenia, 21 grudnia, przesilenie letnie a także każdą trzynastą noc danego miesiąca. Następnie na cmentarzu Gloso zsyłała wizję, którą należało odpowiednio zinterpretować. Przewrócony lub zniszczony nagrobek zwiastował zbliżającą się zarazę. Dźwięki ścinanego nocą drzewa lub przejeżdżających zbrojnych ludzi należało interpretować jako oznakę nadciągającej wojny. Natomiast gromadkę krasnoludów, Nisse lub myszy ciągnących za sobą zboże uznać należało za zwiastun pomyślności i urodzaju w nadchodzącym roku. Jeśli ktoś powtarzał rytuał przez siedem lat, w ostatnim roku mógł spotkać na swojej drodze upiornego, starego jeźdźca z płomieniami wokół głowy (no i teraz wiadomo, iż marvelowski Ghost Rider miał szwedzkie korzenie) ze zwojem albo książką wetkniętą w usta (lub wedle innej wersji, z patykiem na którym zostały wyryte runiczne napisy). Jeśli śmiałek odważył się wyciągnąć pergamin, mógł pozyskać niesamowitą wiedzę i wgląd w przyszłość bez konieczności powtarzania rytuału co roku.

Dziś w języku angielskim można doszukiwać się pozostałości po wierzeniach w Gloso. Słowo razorback oznacza zdziczałą świnię lub mieszańca świni i dzika. W dosłownym tłumaczeniu nazwa znaczy brzytwogrzebiety, co może być echem legend opowiadanych o dziku z ostrym jak brzytwa grzbietem. W 1984 powstał także film inspirowany legendą o Gloso pod tytułem Razorback. Opowiada o potwornym dziku, który terroryzuje mieszkańców… Australii, a nie mroźnej Skandynawii.

Kończąc, tradycyjnie chciałbym podziękować Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie mojej twórczości. Jeśli i Tobie podobają się tematy, które omawiam, zapraszam do wsparcia mojego bloga na Patronite. Ponadto, zachęcam do odwiedzenia i polubienia mojego profilu na Facebooku oraz do udostępnienia moich artykułów - dzięki temu pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Czytelników :)

piątek, 4 listopada 2022

Nordyckie zaświaty i jak do nich trafić - część druga

 

Źródło: https://mythology.net/norse/norse-concepts/valhalla/, data odczytu: 04.11.2022

W poprzednim artykule wyruszyliśmy w podróż przez nordyckie zaświaty. Odwiedziliśmy zimny i mglisty Nilfheim oraz domenę bogini śmierci, Hel. Dziś, niczym Dante Alighieri podejmiemy dalszą wędrówkę po tych mistycznych krainach.

Za przeciwieństwo Helheimu, który był postrzegany w wielu źródłach jako nordyckie piekło, może w powszechnej opinii zostać uznana Walhalla, czyli Sala Poległych. Podczas gdy domena Hel znajdowała się głęboko pod ziemią, w korzeniach Yggdrasilu, tak Walhalla stała w Asgardzie, siedzibie Bogów i najwyżej położonym ze wszystkich Dziewięciu Światów.

Walhalla była wspomniana w modlitwie przytoczonej przez Ahmada Ibn Fadlana. Według jego relacji było to miejsce, gdzie zmarłą osobę witają wszyscy przodkowie i krewni. Dalej wspomina, że do tego pośmiertnego pałacu słabi wrogowie nie mają wstępu, a waleczni (a nie ci, którzy zginęli w bitwie) będą żyć wiecznie. Polegli byli wybierani do Walhalli przez Walkirie. Widzimy to w pieśni Krákumál, gdzie umierający Ragnar Lodbrok śmieje się i żywi nadzieję, iż Odyn wyśle po niego Walkirie, by zaprosiły go do jego domu, gdzie będzie pić piwo z rogów wespół z Bogami. A jak niektórzy z Was mogą wiedzieć, Ragnar nie zginął w bitwie, a w niewoli, wrzucony do dołu z wężami.

Wedle niektórych źródeł, by zmarły trafił do Walhalli jego ciało należało spalić (co także stoi w sprzeczności ze śmiercią Ragnara w niewoli), a prochy pogrzebać lub wrzucić do morza. Do zaświatów trafiało się wraz z całym dobytkiem, z którym człowiek został pochowany. Oprócz sag świadczą o tym wykopaliska archeologiczne – zarówno skandynawskie kurhany, zawierające dobra różnego rodzaju, jak i zbiorniki wodne w Danii i Szwecji, w których odnajdywano kosztowności i broń.

Na dachu pałacu stoi koza Heiðrún, z której wymion pozyskuje się najznamienitszy miód podawany na ucztach, a obok jeleń Eikþyrnir, z którego poroża, tak jasnego, że świeci własnym światłem, spływa źródlana woda. Na krokwiach przymocowane są włócznie, a na stropie zawieszone złote tarcze.

Za dnia mieszkańcy Walhalli ćwiczyli się w walce, czekając na nadchodzący Ragnarök, a wieczorem ucztowali. Podawano piwo, wino, miód, a daniem głównym było mięso z dzika Sæhrimnira. Dzik był tak olbrzymi, że starczało porcji dla każdego wojownika. Następnego dnia odradzał się, by znów służyć pod wieczór jako kolejna wieczerza (osobiście uważam, że to chyba najgorsza robota w gastronomii, o jakieś słyszałem – być codziennie podawanym jako posiłek). Gdy nadejdzie kres czasu, wojownicy wyruszą przez pięćset czterdzieści bram Walhalli (każda jest tak szeroka, że pomieści w jednym rzędzie ośmiuset wojowników), by stawić czoła armiom Zła w ostatniej bitwie.

Źródło: https://skjalden.com/nine-realms-in-norse-mythology/, data odczytu: 04.11.2022

Część osób wybranych przez Walkirie nie trafiała jednak do Walhalli, a do rządzonego przez Freję Fólkvangu (nord. Miejsca/Pola Ludzi). Innym mianem Bogini było Walfreja, czyli dosołownie Freja Poległych (człon –wal/-val, to ten sam, który widzimy w nazwie Walhalla). Miała ona przewodzić Walkiriom, które na rozkaz Odyna zabierały dusze poległych z pól bitew. Następnie połowa trafiała do Walhalli, a połowa do Fólkvangu. Pewne przesłanki wskazują, iż można było tam też trafić w inny sposób. W Sadze o Egilu córka tytułowego bohatera, nie chcąc żyć po śmierci swojego ojca, stwierdza, że nie tknie więcej jedzenia, dopóki nie zasiądzie do obiadu z Freją w jej domenie. Wśród Pól Ludzi znajduje się pałac Bogini, Sessrúmnir ­(nord. Komnata Do Siedzenia). Według opisów ta posiadłość miała być duża i piękna. Jednak znajdują się też wzmianki, że Sessrúmnir było… statkiem. Być może była to przenośnia, albo kształt samej budowli kojarzył się z okrętem – wszak wiele długich domów, jak ten w Borg na Lofotach, było budowanych na wzór odwróconego statku. Zupełnie teoretyzując, sam pałac mógł się przemieszczać lub nawet pływać, ale to moje przemyślenie nie znalazłem w żadnym źródle potwierdzenia.

Sama symbolika statku w drodze do zaświatów również była istotna. Większości społeczeństwa nie było stać na ikoniczne pogrzeby, gdzie palono cały statek ze złożonym nań ciałem i dobrami jego właściciela. Dlatego też wikingowie szukali innych, tańszych sposobów na zbliżoną formę pochówku. Przemierzając Skandynawię spotkałem się z cmentarzami, gdzie wokół grobu zostały ułożone kamienie symbolizujące kształt łodzi lub nawet same kurhany były usypane na ich podobieństwo. Takie okręty miały zabierać dusze do zaświatów. I znów, widzimy tu podobieństwo do innych wierzeń – Legendy Arturiańskie, które czerpią wiele symboli z celtyckich wierzeń, wspominają, że do raju, na Wyspę Jabłek Avalon, można było dotrzeć łodzią.

Do tej pory zatrzymywaliśmy się w Nilfheimie, Helheimie, Walhalli i Fólkvangu. Przy omawianiu tych miejsc w zaświatach przewijały się wzmianki o Ragnaröku, Zmierzchu Bogów, kiedy dojdzie do ostatniej bitwy Dobra i Zła. Mitologia nordycka nie kończy się jednak na tym końcu świata, opisuje także jego odrodzenie się i to, co nastąpi później. Na południu Asgardu przetrwa wzgórze Gimle (Gimli), które ma być jaśniejsze od światła. Ogień Surtura go nie tknie, a ci, którzy za życia byli dobrzy i prawi, znajdą miejsce w wybudowanym tam pałacu o złotym dachu.

Snorri Sturluson wspomina, że po Ragnaröku będzie istnieć dziewięć miejsc w zaświatach. Jednym z nich jest Andlang (nord. Andlegr Himinn – Duchowe/Elfickie Niebo) – trafią tu między innymi ci, którzy zginą (w przypadku niektórych drugi raz) podczas Zmierzchu Bogów. Co ciekawe, oprócz ludzi w Andlangu miały przebywać także elfy. Podobną rolę pełnić ma Víðbláinn (nord. Miejsce Poruszane Wiatrem).

Źródło: https://blog.vkngjewelry.com/en/norse-afterlife/, data odczytu: 04.11.2022

Snorri wymienia także inne nazwy nowych zaświatów, chociaż myli czasem ich kolejność (przykładowo, Víðbláinn jest wymieniane jako pierwsze niebo, a w innym miejscu jako czwarte). Ponadto pomimo istnienia dziewięciu pałaców, w jego tekstach przewija się tuzin nazw. Dla ciekawych, oto one: Hlýrnir, Heiðþorrnir, Hregg-mímir, Ljósfari, Drífandi, Skatyrnir, Víðfeðmir, Vetmímir, Leiftr, Hrjóðr.

W nowym świecie, na równinie Okolnir (nord. Nigdy Zimna) miał stać też dwór olbrzyma Brimira, gdzie miało znajdować się pełno dobrych trunków. Nie jest jasne, czy Brimir był właścicielem jednego z opisanych domostw, czy Snorri opisywał w ten sposób inny budynek.

Również pałac (lub imię jego właściciela) Sindri jest opisane jako jedno z nowych miejsc po Ragnaröku. Zwarzywszy, że sam Sindri był krasnoludem, być może było to miejsce, gdzie przebywała właśnie ta rasa, na wzór Andlangu i elfów.

Na naszej trasie przez zaświaty są jeszcze dwa miejsca. Żadne nie mieści się ani w najwyższym ani najniższym z Dziewięciu Światów. O istnieniu jednego z nich, Pałacu Bogni Rán, wspominałem już kiedyś na blogu. Budowla ta znajdowała się gdzieś na dnie cieśniny Kattegat w pobliżu wyspy Læsø. Trafiały tam dusze tych, którzy utonęli na morzu. Konstrukcja miała być ze złota lub z korali.

Nasz ostatni postój w nordyckich zaświatach to miejsce lub miejsca o nazwie Helgafjell (nord. Święta Góra). Wiara w Świętą Górę rozwinęła się zwłaszcza w wierzeniach zachodnionordyckich (zachodnie wybrzeże Norwegii, Wyspy Brytyjskie, Islandia). Szczyt był darzony taką czcią, że każdy kto chciał spojrzeć w jego kierunku musiał pierwej obmyć twarz. Na Górze lub w jej wnętrzu, zmarli prowadzili życie podobne do tego, jakie wiedli przed śmiercią. Ci ze śmiertelników, którzy cudem dostrzegli swoich przodków żyjących w takich miejscach opowiadali o scenach pełnych ciepła i spokoju, gdzie dusze żyły, jadły, piły, rozmawiały przy zawsze płonących paleniskach. Szczyt o takiej nazwie do dziś stoi na wyspie Heimaey, na południe od Islandii, co może potwierdzać tezę, iż tak nazywano te szczególne miejsca. Te wierzenia przeniknęły także na szwedzkie ziemie, gdzie góry, którym przypisywano bycie siedzibą zmarłych nazywano po prostu Walhallami (i w tym miejscu Asgard wypada dość blado, bo miał tylko jedną Walhallę a Szwecja – wiele). Helgafjell zostawił na sam koniec, bo osobiście ta wizja zaświatów najbardziej mi się podoba – nie dość że jest to przeciwieństwo mrocznego i chłondego Helheimu, to jeszcze znajduje się na szczycie góry. A każdy, kto kocha górskie wędrówki jak ja, wie jak piękne są ze widoki ze szczytów.

Źródło: https://www.west.is/en/place/helgafell-holy-mountain, data odczytu: 04.11.2022

Przechodząc przez wszystkie miejsca w nordyckich zaświatach chciałem wskazać na ewolucję tych wierzeń a także regionalne różnice. Ufam, że po dzisiejszym i poprzednim artykule każdy z Was będzie miał już wyobrażenie o tej części wiary wikingów.

 Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)

piątek, 21 października 2022

Nordyckie zaświaty i jak do nich trafić - część pierwsza

 

Źródło: https://berloga-workshop.com/blog/447-death-and-the-afterlife.html,
data odczytu: 21.10.2022

W wierzeniach z całego globu istnieją zaświaty – miejsca niedostępne lub trudno dostępne dla śmiertelników, do których zwykle można trafić po śmierci. W poszczególnych kosmologiach ich położenie jest konkretnie określane lub przyjmuje się, że znajduje się w danym miejscu na axis mundi, osi świata. I tak przeważnie miejsca, do których dostają się dusze dobrych osób znajdują się gdzieś w górnych rejonach wszechświata, z kolei docelowe miejsca potępionych w głębinach, u korzeni całego stworzenia. Zdarza się też, że podział nie jest biegunowy, a dana religia wskazuje liczne miejsca, do których można trafić po śmierci, w zależności od uczynków i sposobu odejścia z tego świata. I taką złożoną geografię zaświatów reprezentowały wierzenia nordyckie, które dziś sobie omówimy.

Zaczynając naszą wędrówkę po zaświatach wikingów należy zaznaczyć, że wiedza o nich, która dotrwała do naszych czasów, jest niekompletna. Ponadto część źródeł, jak sagi spisane przez Snorriego Sturlusona powstały na wiele dekad po chrystianizacji Skandynawii, co również mogło je zniekształcić. Przykładem, jak taki proces działał, może być zniekształcony mit o stworzeniu świata z naszego podwórka, ze słowiańskich wierzeń, gdzie imiona pierwotnych stwórców zostały zastąpione mianami Boga (pierwotnie mógł to być Swaróg, Perun lub Białobóg) oraz Diabła (Weles lub Czarnobóg), na chrześcijańską modłę. Innym powodem różnorodności i podobieństw do innych wierzeń mógł być ich regionalizm – to, w co wierzyli mieszkańcy szwedzkiej Skanii niekoniecznie musiało pokrywać się z tym, co znane było w późniejszych wiekach na oddalonej o wiele setek kilometrów Islandii. Mając na uwadze te czynniki możemy teraz wybrać się w podróż przez nordyckie zaświaty, niczym Dante w Boskiej Komedii. I podobnie jak w przytoczonym dziele, zaczniemy od miejsc najmniej przyjaznych, by skończyć na tych, które powinny być celem życia każdego wikinga.

Źródło: https://myndir.uvic.ca/RagRokEnBil-1929-UVic-018-01.html,
data odczytu: 21.10.2022


Pierwsze kroki stawiamy w Nilfheimie, Krainie Mgieł. Tu znajdowało się jedenaście lodowych rzek, które po spotkaniu żaru z ognistego świata Muspelheimu stworzyły wodę. Nad jedną z nich znajdował się most Gjallarbrú (dosłownie, Most nad Gjall/Gjöll). Most miał mieć złoty dach, a wejścia nań strzegła Modgud (nord. Wściekła Wojowniczka), olbrzymka, która przepuszczała dusze zmarłych, gdy te podały jej swoje imiona i powody udania się do krainy umarłych. To przez tą konstrukcję dusze zmarłych muszą przeprawić się w swojej drodze do zaświatów. Warto tu zaznaczyć, że symboliczna granica rzeki między światem żywych i umarłych nie jest wyjątkowa dla nordyckich wierzeń. Podobny motyw występował w religii starożytnych Greków, gdzie Charon przewoził zmarłych przez rzekę Styks, a także w Japonii, gdzie rolę tę pełniła rzeka Sanzu (i w tym miejscu ciekawostka – zarówno za przeprawę przez Styks jak i Sanzu należało uiścić opłatę).

W niektórych źródłach Nilfheim wymieniany jest jako przedsionek właściwych zaświatów, Helheimu, w innych, jako odrębny świat, przez który zmarli muszą przejść do tego ostatniego. Co jednak nie budzi wątpliwości, to opisywany był jako chłodne pustkowie, spowite mgłą. Było to miejsce tak nieprzyjemne, że dusze chciały z niego uciec. Czasami im się to udawało i wracały do swoich ciał, nawiedzając świat śmiertelników jako upiorni, rozkładający się draugowie. Taki umrzyk mógł wędrować po sobie znanych miejscach lub pilnować własnego grobu przed hienami cmentarnymi, czy też grobowca bliskiej mu osoby. Czasami tracąc rozum w tym półżyciu stawał się dla ludzi niebezpieczny i zabijał ich, zazdroszcząc im życia. Prędzej czy później ożywione ciało rozkładało się, a dusza, której raz udała się ucieczka prawdopodobnie wracała do Nilfheimu. Ci draugowie, którzy dotrwają do czasów ostatecznych, aż do samego Rangaröku, zasilą armie zła i wyruszą do ostatniej bitwy na Asgard. Sygnał do wymarszu umarłym wojskom da czarnoczerwony kogut mieszkający w królestwie Hel.

Sam Helheim, czyli Królestwo Hel, to najmniej przyjemne miejsce w nordyckich zaświatach. Nazwa pochodzi od pragermańskiego słowa haljō, oznaczającego to, co ukryte. Nic dziwnego, bo uważano, iż znajdował się głęboko pod ziemią. Rządzi nim Hel, bogini śmierci, córka Boga Lokiego, której jedna strona ciała wygląda jak u żywej kobiety, druga jest rozpadającymi się zwłokami. To tu znajduje się Náströnd, Wybrzeże Umarłych, opisywane jako miejsce wielkiego zła i ciemności. Ściany upiornego pałacu, który tam stoi, zbudowane są z żywych węży. Każdy, kto tam trafi będzie cierpiał męki wiecznego chłodu i pieczenia od jadu skapującego z zębów gadów. Posoki jest tyle, że potępione dusze brodzą w niej po pas, nie znajdując chwili przerwy od cierpienia. Do tego przybytku można było trafić mordując za życia dziecko był dopuszczając się zdrady.

W pobliżu żyje również smok Níðhögg (nord. Napastnik, Który Napiętnuje), który nagryza korzenie Yggdrasilu, by strącić z jego wierzchołka Wielkiego Orła. W międzyczasie żywi się krwią przesiąkającą pod ziemię z pól bitew oraz przeżuwa tych, co trafili do pałacu w Náströndzie. Tak więc najgorsi delikwenci trafiający do nordyckiego piekła nie tylko cierpią cały czas w mrozie, zanurzeni w wężowym jadzie, ale mogą zostać dla odmiany jeszcze pogryzieni, przeżuci i wypluci przez olbrzymiego smoka.

Źródło: https://www.quora.com/Is-the-four-eyed-dog-that-guards-at-the-bridge-to-the-other-world-in-Zoroastrianism-the-same-as-Garmr-in-Norse-mythology, data odczytu: 21.10.2022


Innym magicznym stworzeniem żyjącym w Helheimie był czterooki pies Garm. Cztery ślepia miały gwarantować, iż żadna dusza nie ucieknie z powrotem przez Gjallarbrú do świata żywych. Części z Was może zapalić się w głowie lampka – czy i zaświaty Greków nie miały psiego strażnika, Cerbera, który dzięki trzem głowom miał obserwować, czy jakiś uciekinier nie próbował opuścić Hadesu?

Helheim uważany był także za miejsce, gdzie trafiały dusze tych, którzy zmarli niegodnie, a więc rzekomo przez chorobę i ze starości. Istnieją przesłanki, że wiara ta była żywa w epoce wikingów, albowiem w niektórych sagach bohaterowie przez nieuchronną śmiercią ranią się sami bronią, by nie trafić do Helheimu. Opisany żywot Haralda Wojennego Zęba mógłby to potwierdzać – sędziwy i ślepy król, kazał sobie przywiązać miecze do dwóch dłoni, ponieważ nie był w stanie utrzymać ich w trzęsących się rękach i na rydwanie bojowym ruszył w ostatnią bitwę. Tak samo miał zginąć żyjący w VIII wieku król Halv, który specjalnie szukał śmierci w bitwie.

W Pieśni Najwyższego Odyn poucza ludzi, by nie śmiali się z chorych i starszych. Czy miało to być formą litości dla tych, których czekał przykry los w zaświatach, czy może raczej nauką szacunku? Kult przodków w epoce wikingów był silny, ciężko jest więc przyjąć możliwość, że każdy sędziwy człowiek miał trafiać do piekła… Lub czy cały Helheim był miejscem tak upiornym, jak Wybrzeże Umarłych. Kiedy zginął Baldur a jego duch udał się do domeny Hel, czekała na niego wyprawiona wieczerza. Wikingowie wierzyli też, że ci, co pomagają innym za życia mogą oczekiwać lepszego losu po śmierci. Sprawy nie ułatwia również, pieśń Gylfa Omanienie, w której król Gylfi toczy dyskusję z samym Odynem, chociaż ten nie ujawnia mu swojej tożsamości. W rozmowie pada stwierdzenie, że Helheim jest miejscem dla duszy złych ludzi. W dalszej części jednak wspomina, że ludzie, którzy zmarli z choroby i starości są tam obdarowywani przez Hel różnymi przedmiotami i siedzibami. Wygląda więc na to, że i w Helheimie można było dostać przyzwoite mieszkanko, być może w zależności od zasług i uczynków za życia.

W spisanej długo po chrystianizacji Danii Gesta Danorum autorstwa Saxo Gramatyka opisano przypadek króla Hadingusa, którego w środku zimy odwiedza pewna tajemnicza kobieta. Pokazuje mu piękne, zielone zioła i pyta się, czy wie, gdzie można je zdobyć o tej porze roku. Władca nie wie, jednak chce poznać to miejsce, po czym tajemnicza postać zakrywa go płaszczem i przenosi do Helheimu. Tam spotykają dusze zmarłych odziane w bogate szaty. Podkreślone jest też, że wędrują przez krainę w ciągu słonecznego dnia. Docierają nad rzeki, na której dnie leży pełno broni. Za mostem po drugiej stronie widzą dwie ścierające się armie. Hadingus pyta się, kim są ci wojownicy na co tajemnicza kobieta odpowiada, iż są to wojownicy, którzy polegli w walce i teraz dowodzą swojego męstwa w zaświatach. Tak więc w spisanej przez Saxo Gramatyka wizji Helheim nie jest aż takim strasznym miejsce – ba, łączy w sobie elementy innych nordyckich zaświatów, jak Walhalla, gdzie trafiają polegli wojowie.

Źródło: https://blog.vkngjewelry.com/en/norse-afterlife/, data odczytu: 21.10.2022


Wizja dążenia za wszelką cenę do śmierci w boju kłóci się także z tym, co wiemy o pewnym wikińskim wodzu, Ottarze z Hålogalandu. Pod koniec IX wieku miał on przybyć na dwór Alfreda Wielkiego. Jednak w przeciwieństwie do większości wikingów, jego wizyta była pokojowa. Opowiadał on o handlu, podróżach między licznymi portami i hodowaniu reniferów w północnej Norwegii. Nie był typem krwawego rozbójnika, a zapewne wierzył, jak ludzie z jego epoki, że po śmierci czego go dobry los.

Sprzeczność widać również w relacji Ahmada Ibn Fadlana, który podczas swojej podróży był świadkiem pogrzebu wikinga. Przytoczona przez niego pieśń wskazuje, iż to waleczni, a nie polegli w walce, trafiali w lepsze miejsce, do Walhalli:

Spójrz, widzę ojca mego,

Spójrz, widzę matkę moją

I braci moich i siostry moje,

Spójrz, widzę mój ród aż od początku świata

Spójrz, wołają mnie

Wzywają, bym zajął miejsce u ich boku

W salach Walhalli,

Gdzie słabi wrogowie nie będą mieć wstępu,

Gdzie waleczni żyć będą wiecznie.

Nie rozpaczajmy ale cieszmy się za tych,

którzy zmarli chwalebną śmiercią.

Podsumowując, w wizji Helheimu jest wiele sprzeczności, być może wynikającej ze sprzecznych źródeł, spisywanych przez różne osoby, w różnych wiekach (w przypadku Snorriego Sturlusona i Saxo Gramatyka, już po chrystianizacji). Ponadto, wierzenia w zależności od regionów mogły się różnić. Również same wydarzenia historyczne mogły wpłynąć na postrzeganie tego, co zapewniało życie wieczne. Widać to na przykładzie papieża Urbana II, który za udział w krucjacie, a więc zbrojnej wyprawie religijnej, obiecywał odpust zupełny. Być może na przestrzeni wieków, nordyccy kapłani pod wpływem wojen Karola Wielkiego, niszczenia świętych miejsc Germanów i mordowania rodzimowierców przez chrześcijan, chcąc zachęcać do walki także obiecywali życie wieczne w Walhalli tym, którzy umrą od broni. Gdyby było inaczej, ludzie nie trudziliby się rzemiosłem, rolą, hodowlą i handlem, tylko każdy chciałby zostać wojownikiem i wojowniczką, za nic mając doczesne życie. Słowa Ibn Faldana też mogą być kluczem – wszak walczyć można nie tylko na polu bitwy, a waleczność okazywać w różnych sytuacjach. Można walczyć o lepszy los dla swoich bliskich, można walczyć z własnymi słabościami. Być może więc późniejsi kronikarze przeinaczyli walkę na wojnę tak samo, jak w XVII wieku, gdy duński uczony Ole Worm mylnie przetłumaczył kenning gałęzie czaszek na czaszki, zamiast na rogi czaszek. I tym sposobem zamiast wikingów pijących z rogów zwierząt utarło się wyobrażenie o wikingach pijących z czaszek wrogów.

W tym miejscu zrobimy sobie postój w podróży po zaświatach, a inne miejsca, do których mogły trafiać dusze omówimy sobie następnym razem. Na koniec ciekawostka. Pozostałości po nordyckim Helheimie dopatrywać się można nawet we współczesnym języku angielskim – słowo hell oznacza piekło.

Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)

piątek, 30 września 2022

Najstarsza guma do żucia


Źródło: https://www.scientificamerican.com/article/ancient-chewing-gum-reveals-a-5-700-year-old-microbiome1/,
data odczytu: 29.09.2022

Któż z nas nie próbował kiedyś gumy do żucia? Zapakowana w papierek, kolorowa, pojedyncza lub w całym opakowaniu. Niekiedy zawierająca jakiś mały drobiazg (jak obrazki samochodów w gumach Turbo). Wszystko to wydaje nam się normalne, dość współczesne. Jednak historia gum do żucia sięga prehistorii, a najstarsze takie słodycze pochodzą, a jakże, ze Skandynawii.

Śladów gum do żucia można doszukiwać się w kilku miejscach, ciężko więc stwierdzić, które było pierwsze i któremu można przypisać kolebkę tych słodyczy. Skupimy się na tych najistotniejszych. Niecałe 30 lat temu odkryto pozostałości osady na szwedzkim wybrzeżu, w pobliżu miejscowości Huseby Klevna wyspie Orust, na północ od Göteborga, w stronę norweskiej granicy. Stanowisko archeologiczne odsłoniło trzy kawałki gum, na których po dziś dzień widoczne są ślady ludzkich zębów i zachowały się pozostałości śliny. Te rekordowo stare gumy wyprodukowane były z mieszanki kory brzozowej i żywicy.

Na bazie śliny, która jest najstarszym zachowanym śladem DNA mieszkańców Skandynawii, jaki znaleziono, stwierdzono, że dwie zostały wyplute przez kobiety, a jedna przez mężczyznę. Ustalono, że żadna z trzech osób nie była ze sobą spokrewniona. Znaleziska datuje się na około 8000 lat przed naszą erą – to znaczy, że poprzedzają zdecydowaną większość najstarszych budowli, które zachowały się do naszych czasów. Przypuszcza się, że tak przeżuty smakowych mógł następnie stanowić spoiwo do klejenia drobnych przedmiotów – wszak mówimy o czasach, gdy nic nie mogło się marnować, ponieważ każda rzecz była na wagę złota i mogła posłużyć do przetrwania. Ponadto, brzozowy skład miał właściwości septyczne i ogólnie posiadał zdrowe właściwości dla spożywającego (żującego?). DNA wskazuje też, iż przodkami tych osób byli ludzie z Europy Zachodniej i Północnej, a nie jak przypuszczało się wcześniej, pierwsi osadnicy ze Wschodniej Europy (późniejsze tereny Rusi), którzy zasiedlili południową Skandynawię.

Podobne znalezisko, zdecydowanie młodsze, bo liczące zaledwie 5000 lat, pochodzi z wybrzeża Finlandii, z okolic miejscowości Kierikki. Ta guma również powstała z brzozy. Innym znaleziskiem jest guma, która przeleżała prawie 6000 lat pod warstwa piasku w okolicach Syltholm na duńskiej wyspie Lolland. Piach zakonserwował ją tak dobrze, iż można było pozyskać pełny genom kobiety, która ją wypluła, a także ustalić florę bakteryjną z jej jamy ustnej. Na bazie DNA udało się odtworzyć nawet jej przypuszczalny wygląd (który mogliśmy zobaczyć na początku artykułu). Dalsze badania wykazały, iż dieta kobiety związana była już z rolnictwem. Przypuszcza się, że to w jej epoce zbieracko-łowiecki tryb życia zaczął ustępować na terenach Danii bardziej osiadłemu stylowi, związanemu z uprawą ziemi. Ponadto, ustalono, że cierpiała na nietolerancję laktozy.

Pomimo, iż znalezisko ze Szwecji jest najstarsze, ciężko ze stuprocentową pewnością uznać, iż to tam powstała pierwsza guma do żucia. Tak drobne smakołyki mogły występować i w innych miejscach, jednak niekoniecznie zachowały się do naszych czasów. Być może w przyszłości badacze natrafią na jeszcze starsze gumy do żucia. Jednak warto pamiętać, kiedy następny raz będziemy żuć jedną z nich, nam współczesną, o jakimś konkretnym smaku, że jej historia poprzedza egipskie piramidy i megalityczne kamienne budowle.

 Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)