piątek, 30 września 2022

Najstarsza guma do żucia


Źródło: https://www.scientificamerican.com/article/ancient-chewing-gum-reveals-a-5-700-year-old-microbiome1/,
data odczytu: 29.09.2022

Któż z nas nie próbował kiedyś gumy do żucia? Zapakowana w papierek, kolorowa, pojedyncza lub w całym opakowaniu. Niekiedy zawierająca jakiś mały drobiazg (jak obrazki samochodów w gumach Turbo). Wszystko to wydaje nam się normalne, dość współczesne. Jednak historia gum do żucia sięga prehistorii, a najstarsze takie słodycze pochodzą, a jakże, ze Skandynawii.

Śladów gum do żucia można doszukiwać się w kilku miejscach, ciężko więc stwierdzić, które było pierwsze i któremu można przypisać kolebkę tych słodyczy. Skupimy się na tych najistotniejszych. Niecałe 30 lat temu odkryto pozostałości osady na szwedzkim wybrzeżu, w pobliżu miejscowości Huseby Klevna wyspie Orust, na północ od Göteborga, w stronę norweskiej granicy. Stanowisko archeologiczne odsłoniło trzy kawałki gum, na których po dziś dzień widoczne są ślady ludzkich zębów i zachowały się pozostałości śliny. Te rekordowo stare gumy wyprodukowane były z mieszanki kory brzozowej i żywicy.

Na bazie śliny, która jest najstarszym zachowanym śladem DNA mieszkańców Skandynawii, jaki znaleziono, stwierdzono, że dwie zostały wyplute przez kobiety, a jedna przez mężczyznę. Ustalono, że żadna z trzech osób nie była ze sobą spokrewniona. Znaleziska datuje się na około 8000 lat przed naszą erą – to znaczy, że poprzedzają zdecydowaną większość najstarszych budowli, które zachowały się do naszych czasów. Przypuszcza się, że tak przeżuty smakowych mógł następnie stanowić spoiwo do klejenia drobnych przedmiotów – wszak mówimy o czasach, gdy nic nie mogło się marnować, ponieważ każda rzecz była na wagę złota i mogła posłużyć do przetrwania. Ponadto, brzozowy skład miał właściwości septyczne i ogólnie posiadał zdrowe właściwości dla spożywającego (żującego?). DNA wskazuje też, iż przodkami tych osób byli ludzie z Europy Zachodniej i Północnej, a nie jak przypuszczało się wcześniej, pierwsi osadnicy ze Wschodniej Europy (późniejsze tereny Rusi), którzy zasiedlili południową Skandynawię.

Podobne znalezisko, zdecydowanie młodsze, bo liczące zaledwie 5000 lat, pochodzi z wybrzeża Finlandii, z okolic miejscowości Kierikki. Ta guma również powstała z brzozy. Innym znaleziskiem jest guma, która przeleżała prawie 6000 lat pod warstwa piasku w okolicach Syltholm na duńskiej wyspie Lolland. Piach zakonserwował ją tak dobrze, iż można było pozyskać pełny genom kobiety, która ją wypluła, a także ustalić florę bakteryjną z jej jamy ustnej. Na bazie DNA udało się odtworzyć nawet jej przypuszczalny wygląd (który mogliśmy zobaczyć na początku artykułu). Dalsze badania wykazały, iż dieta kobiety związana była już z rolnictwem. Przypuszcza się, że to w jej epoce zbieracko-łowiecki tryb życia zaczął ustępować na terenach Danii bardziej osiadłemu stylowi, związanemu z uprawą ziemi. Ponadto, ustalono, że cierpiała na nietolerancję laktozy.

Pomimo, iż znalezisko ze Szwecji jest najstarsze, ciężko ze stuprocentową pewnością uznać, iż to tam powstała pierwsza guma do żucia. Tak drobne smakołyki mogły występować i w innych miejscach, jednak niekoniecznie zachowały się do naszych czasów. Być może w przyszłości badacze natrafią na jeszcze starsze gumy do żucia. Jednak warto pamiętać, kiedy następny raz będziemy żuć jedną z nich, nam współczesną, o jakimś konkretnym smaku, że jej historia poprzedza egipskie piramidy i megalityczne kamienne budowle.

 Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Jeśli artykuł Wam się spodobał, zachęcam również do jego udostępniania - w ten sposób pomożesz mi dotrzeć do szerszego grona Odbiorców :)

czwartek, 15 września 2022

Starsza Matka

 

Źródło: https://www.pookpress.co.uk/the-elder-tree-mother/,
data odczytu: 14.09.2022


Lasy zajmowały w dawnych wiekach znacznie większe tereny, niż obecnie. To w nich zamieszkiwały liczne nadprzyrodzone stworzenia. Wśród gęstych puszcz spotkać można było opisane już na blogu Vittry. Dziś omówimy sobie podobną do nich istotę, nazywaną przez Duńczyków Hyldemoer – Starszą Matką.

Wiara w Starszą Matkę była rozprzestrzeniona nie tylko w Skandynawii. Wespół z wikingami dotarła w średniowieczu do Anglii, gdzie nazywano ją Starą Panią lub Starą Dziewczyną. Uważano ją za istotę opiekującą się lasami. Omawiane Vittry potrafiły się rozsierdzić, gdy człowiek budował swoje domy za blisko lasów, lub nawet je wycinał, by zrobić miejsce pod swoją działalność. Hyldemoerę należało poprosić o korzystanie z dobrodziejstw puszcz, nawet gdy zbierało się chrust na opał. Brak prośby lub szacunku przy korzystaniu z dobrodziejstw przyrosty mógł skutkować zesłaniem choroby na nieroztropnego człeka lub jego krewnego. Jedną z zachowanych próśb jest :

Stara Dziewczyno daj mi trochę drzewa, a ja dam Ci trochę mojego, kiedy sam stanę się drzewem.

Osobiście uważam to sformułowanie za piękną metaforę Kręgu Życia, gdy nasze ciała po śmierci wracają do ziemi, z której następnie wyrośnie nowe pokolenie roślin. Duński odpowiednik tej prośby to (który brzmi, jak życzenie kierowane bezpośrednio do drzewa):

Starsza Matko, Starsza Matko, pozwól mi uciąć twe gałęzie.

Źródło: https://www.scoop.it/topic/they-were-here-and-might-return,
data odczytu: 14.09.2022


Jedna z opowieści z hrabstwa Northampom wspomina o człowieku, który bez potrzeby ściął gałązkę dzikiego bzu. Ku jego przerażeniu, ze skróconego konara zaczęła płynąć krew. Później we wsi spotkał starszą kobietę z bandażem na ramieniu, który przepuszczał krew z otwartej rany. Duńskie podania mówią o nieroztropnie robionych podłogach z bzu (chociaż pnie tego drzewa wydają się dość cienkie na taki budulec), gdzie każdy kto wszedł do takiego pomieszczenia zaczął odczuwać jakieś dolegliwości, lub o kołyskach dla dzieci, w których coś sprawiało ból niemowlętom. Również palenie bzem miało przynosić pecha. W tym miejscu warto zaznaczyć, że angielska nazwa bzu to właśnie elder tree (ang. starsze drzewo) a tłumaczenie imienia Hyldemoer na tenże język to Elder Mother – trudno oprzeć się wrażeniu, że oba miana pochodzą z tego samego źródła.

W Danii wierzono, że gałązka czarnego bzu uśmierza ból zęba (i dziś wiemy, że ma właściwości lecznice oraz zawiera witaminy) lub do odczyniania uroków. Podobne wierzenia spotykamy i na polskich ziemiach, gdzie nie wolno było wykopywać bzu, gdyż na sprawcę takiej zbrodni mogła spaść choroba, a sama roślina była uznawana za barierę przed złymi mocami, która pochłania złą energię. Gałązki bzu wieszano nad drzwiami, by zapobiec przedostaniu się złych istot do domostw lub robiono z nich elementy przydrożnych kapliczek – zwyczaje te znane były praktycznie w całej Europie.

Podsumowując, Starsza Matka była opiekunką lasów. To jej zawdzięczano dobrodziejstwo, jakim jest bez. Mogła też być mściwa, jeśli ktoś nie szanował jej domeny. Chociaż jej rola po chrystianizacji zmalała, to relikty wierzeń zachowały się – i sądzę, że powinny trwać dalej, przypominając o tym, jak bardzo zależni jesteśmy od przyrody.

Źródło: https://aminoapps.com/c/harry-potter/page/item/theory-3/Q4TY_IlRLWxX00QD5VqbDQvZV84Jp4,
 data odczytu: 14.09.2022


Na sam koniec ciekawostka ze świata Harry’ego Pottera. Najpotężniejsza różdżka, zwana w polskim tłumaczeniu Czarną Różdżką a w angielskiej wersji Elder Wand (ang. Starsza Różdżka) była zrobiona właśnie z czarnego bzu. Według J.K. Rowling późniejsze różdżki wykonane z tego drewna miały przynosić właścicielom pecha. To bardzo ciekawe wplecenie ludowych wierzeń w książkowy świat magii i czarodziejstwa.

Na sam koniec tradycyjnie zapraszam do odwiedzin na moim profilu na Facebooku, oraz do wsparcia, wzorem mojego pierwszego Patrona, Piotra Brachowicza, mojej twórczości na Patronite. Zachęcam również do udostępniania artykułu, by podanie o Starszej Matce mogło dotrzeć do jak największej liczby czytelników! :)

piątek, 2 września 2022

Mur Tarcz

 

Źródło: https://sciencenordic.com/archaeology-combat-denmark/did-vikings-really-fight-behind-a-shield-wall/1448665,
data odczytu: 01.09.2022

Wikingowie, chociaż nie tworzyli jednego imperium, rzucili wiele królestw na kolana. Swój sukces zawdzięczali statkom o świetnej konstrukcji, pomysłowości, jak i umiejętności wspólnej walki. Tego ostatniego wymagała formacja bitewna zwana murem tarcz (nord. skjaldborg), którą sobie dziś omówimy.

Mur tarcz nie był szykiem wymyślonym przez wikingów. Najstarsze tarcze pochodzą z epoki brązu i powstały ponad trzy tysiące lat temu. Już starożytni Persowie zauważyli korzyści, jakie powstają z ciasnego ułożenia tarcz, które chroniło zarówno trzymającego ją żołnierza, jak i wzmacniało obronę stojących obok niego. Następnie używana była zarówno przez Greków jak i Rzymian (na pewno wielu z Was kojarzy rzymski szyk żółwia, gdzie oddział idzie zasłonięty tarczami zarówno po bokach, jak i nad głowami). Taki szyk miał nie tylko właściwości defensywne, ale także mógł służyć do spychania wroga z jego pozycji.

Później formacja stosowana była powszechnie w średniowiecznej Europie. Wzmianki o niej znaleźć można w poemacie Beowulf, który opisuje wydarzenia z VI wieku naszej ery. Używana była przez wiele nacji. Jak powszechny był ten szyk? Cóż, zapewne zależało to od rodzaju bitwy i terenu, w jakim przyszło ją toczyć. Na pewno w epoce wikingów nie istniało powszechne wykształcenie militarne, dzięki któremu można było poznać różne formacje i style walk. Także można nawet założyć, że nie wszystkie regiony Skandynawii znały w ogóle mur tarcz. Niektórzy historycy kwestionują jej istnienie wśród wikingów, twierdząc, iż było to tylko literackie określenie wielkiej liczby tarczowników. Zakładając jednak, że była znana i stosowana, to znaczenie zaczęło maleć po bitwie pod Hastings w 1066 roku, kiedy to kawaleria Wilhelma Bękarta odniosła ogromne zwycięstwo nad anglosaską piechotą, a sam władca zamienił pogardliwy przydomek Bękart na Zdobywca. Jednak, ciągle była to skuteczna formacja tam, gdzie konnica miała trudności w poruszaniu się, a więc w przede wszystkim w górzystym terenie, gdzie łatwiej było odpierać nią inną piechotę. Dlatego też jeszcze przez wiele dekad była stosowana w Skandynawii, jak i w Szkocji.

Źródło: https://steamcommunity.com/sharedfiles/filedetails/?id=1454865429,
data odczytu: 01.09.2022


Słabym punktem muru tarcz było jego przełamanie. W momencie, gdy jeden z tarczowników padł, łatwiej było zniszczyć szyk i przebić się na drugą stronę. Świetnym przykładem jest bitwa pod Stamford Bridge, która rozegrała się w 1066 roku, na krótko przed starciem o Hastings. Naprzeciw siebie stanęły armie angielska i norweska, obie stosowały właśnie tę taktykę. W momencie, gdy Anglosasi zaczęli przełamywać obronę Norwegów, szeregi rozsypały się i wielu wikingów rzuciło się do ucieczki, pogarszając ich sytuację. Klęskę przypieczętowało zabicie norweskiego króla, trafionego angielską strzałą w szyję.

Wieki minęły, a mur tarcz ciągle znajduje zastosowanie. Na pewno nie raz widzieliście na zdjęciach w Internecie czy relacjach w telewizji ścisłą formację tworzoną przez policjantów w różnych krajach, w przypadku zamieszek. Widząc następnym razem taką scenę, warto pamiętać, iż taki mur miał swoje początki w zamierzchłych czasach.


Źródło: https://news.trust.org/item/20140212214151-jxlg2?view=print,
data odczytu: 01.09.2022


Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

sobota, 20 sierpnia 2022

Psy z Bundsö

 

Źródło: https://www.ancient-origins.net/history-ancient-traditions/viking-dogs-followed-their-masters-valhalla-008944,
data odczytu: 20.08.2022

Wikingowie docierali podczas swoich wypraw w dalekie zakątki świata. O wielu z tych odległych miejsc wspominaliśmy już sobie na blogu. Dziś, jako punkt wyjścia do nowego tematu, będą interesowały nas te, znajdujące się po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego. W latach 60. XX wieku odkryto wikińską osadę w L’anse auxMeadows, a kilka lat temu kolejną, tym razem w Point Rosee. Obydwa stanowiska znajdują się na terenach dzisiejszej Kanady i powstały kilkaset lat temu przed słynną wyprawą Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata. Sami wikingowie nazywali te tereny Winlandią. Kierując się dalej na południe należy wspomnieć o norweskiej monecie z XI wieku, znalezionej w stanie Maine. Jest jeszcze kamień runiczny z Kensington w stanie Minnesota, jednak jego autentyczność budzi wątpliwości (także moje). Wszystkie te znaleziska pochodzą z Ameryki Północnej. By omówić sobie dzisiejsze znalezisko musimy udać się o wiele dalej na południe, aż do leżącego w Ameryce Południowej Peru.

Współczesne Peru wchodziło onegdaj w skład Państwa Inków, rdzennego plemienia zamieszkującego Andy. Lud ten, podobnie jak Egipcjanie, mumifikował swoich zmarłych, a także zwierzęta – znajdywano zakonserwowane w ten sposób ciała lam i psów. W 1885 roku archeolog Alfred Nehring badał te pochówki czworonożnych istot. Szczątki przeleżały wiele dekad, uznawane za potomków dzikich czworonogów z Andów, aż do lat 50. XX wieku, gdy dwójka francuskich badaczy, Madeleine Friant i Henry Reichlen, ustaliła, iż pochowane psy są identyczne z odmianą owczarków znaną z Bundsö, mieszczącej się na duńskiej wyspie Als. Porównanie kości zrodziło więcej pytań, niż odpowiedzi. W jaki sposób psy z Danii znalazły się w odległym o 10 000 kilometrów Peru, daleko po drugiej stronie Oceanu?

Friant i Reichlen zaproponowali następującą wersję wydarzeń. Duńczycy przekazali część swoich owczarków Norwegom, którzy przez Islandię i Grenlandię dotarli do Winlandii. Kiedy wikingowie zostali wyparci przez Indian, zostawili za sobą część psów (lub zostały im odebrane). Te zwierzęta były przekazywane dalej i dalej, przez tereny współczesnej Kanady, Stanów Zjednoczonych i Meksyku, aż w końcu dotarły do Ameryki Południowej. Niestety, to jest tylko teoria, na którą nie ma żadnych dowodów, ani nie potwierdzają jej żadne szczątki psów na trasie między Kanadą a Peru.

Bardziej śmiała teoria sugeruje, iż część wikingów z Winlandii lub grupka, która do niej zmierzała, skierowała się czy też zabłądziła bardziej na południe. Eksplorując nowe lądy sami trafili do Ameryki Połudnowej – stąd owczarki z Bundsö znajdywane są tylko w Peru, gdyż dotarły tam wespół ze swoimi właścicielami. Francuski archeolog Jaques de Mahieu popierał tę tezę. W swoich podróżach do Paragwaju i Brazylii miał rzekomo trafić na ślady wikińskiego osadnictwa. Należy jednak wspomnieć, że de Mahieu wspierał III Rzeszę, podczas II Wojny Światowej. Pomimo, iż z pochodzenia był Francuzem, walczył w siłach zbrojnych SS. A jak wiadomo, Rzesza dopisywała sobie wiele ideologii i dopatrywała się na siłę śladów germańskiej (aryjskiej) rasy. Nie szukając daleko, symbol SS to właśnie użycie nordyckich run (ᛋᛋ). Również ich propaganda odwoływała się do wydarzeń z epoki wikingów, ale to już materiał na inny dzień. Być może więc de Mahieu na siłę szukał „śladów” germańskich w Ameryce Południowej, która po wojnie stała się miejscem schronienia dla wielu nazistowskich zbrodniarzy.

Część osób idących tropem de Mahieu wskazuje, że mapy z czasów odkrywania Nowego Świata zawierają nazwy zbliżone do germańskich. Należy jednak pamiętać, że różne mody językowe upodabniały nazwy i imiona na potrzeby danego języka. I tak, nie szukając daleko, Król Krak został zlatynizowany u Wincentego Kadłubka na Gracchus, albowiem w jego czasach pisano po łacinie. A już zupełnie nie można zaprzeczyć, że niektóre nazwy brzmią tak samo w różnych językach, a oznaczać mogą zupełnie co innego (i czasami nawet śmiesznego lub obraźliwego). Przykładem jednej z takich nazw ma być rzekomo osada Ybynheima (pochodząca od nordyckiego Yvinheim). Jak podobne one są i czy mogą mieć ze sobą coś wspólnego – pozostawiam Wam do oceny.

Osobiście nie jestem zwolennikiem wyobrażenia sobie jakiegoś bardziej rozwiniętego wikińskiego osadnictwa w Ameryce Południowej. Skandynawowie przemieszczali się powoli na zachód – skolonizowanie Islandii, Grenlandii, Winlandii. Gdyby ten ruch trwał dalej, znajdywanoby o wiele więcej śladów wzdłuż amerykańskiego wybrzeża. Jednak zarówno osady w Winlandii, jak i osiedla na Grenlandii upadły, pozostawiając tylko Islandię jako jeden ze Skandynawskich Krajów.

Ostatnia z teorii zakłada, że to bardzo niesamowity zbieg okoliczności, iż zarówno w Danii jak w Peru wyhodowano niemal identyczną rasę psów, a cała historia to tylko wyolbrzymiona bajka i próba doszukiwania się wpływów wikingów w najdalszych zakątkach świata. Być może więc obie rasy psów miały tylko wspólnego, prehistorycznego przodka, dzięki któremu zyskały bardzo zbliżone do siebie cechy.

Zakładając jednak, że mumie psów to potomkowie owczarków z Bundsö, można przyjąć, iż w jakiś sposób mieszkańcy średniowiecznej Danii wpłynęli na posiadanie czworonogów w Peru. Czy to pośrednio przez osadnictwo w Winlandii czy też przypadkowo trafiając na południowoamerykańskie wybrzeże – tego zapewne nigdy się nie dowiemy, chyba, że na światło dzienne wyjdą nowe odkrycia archeologiczne lub genetyczne. Badania wykazały już, że część mieszkańców Islandii posiada geny pochodzące od Indian – przypuszcza się, iż pierwsza rdzenna mieszkanka Ameryki została przywieziona na tę lodową wyspę już ok. 1000 roku. Być może więc i w Ameryce Południowej w przyszłości znajdzie się ślad wikingów w czyichś genach.

Na koniec warto wspomnieć, że kiedy Hiszpanie pod wodzą Francisca Pizarra dotarli na tereny Inkówi, ci nie decydowali się na rychły opór przed najeźdźcami. W ich wierzeniach była bowiem mowa o powrocie Boga Wirakoczy, który miał przybyć zza oceanu. W przeciwieństwie do rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, bóstwo miało jasną karnację i długą białą brodę. Dlatego też konkwistadorzy pierwotnie uznani zostali za posłańców Wirakoczy. Czyżby zatem ślad po odwiedzinach brodatych wikingów w Peru zachował się w tym micie i zwiódł Inków, ostatecznie doprowadzając do upadku ich państwa? Na chwilę obecną wszystko to musi pozostać w sferze spekulacji i luźnych teorii… Teorii, które mogą wydawać się kontrowersyjne, jednak warto o nich wspomnieć, niezależnie, czy uważamy je za prawdziwe, czy też nie.

 Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

piątek, 5 sierpnia 2022

Kelpie

 

Kelpie
ChatGPT

Jednym ze zwierząt, które od zarania dziejów towarzyszyło człowiekowi, jest koń. Fascynację tym ssakiem widać także w wierzeniach z wielu kultur. Na blogu omówiliśmy już sobie upiornego Helhesta z Danii. Koni dosiadali także irlandzcy Dullahanowie. Również woda stanowiła istotny element podań o nadprzyrodzonych istotach. To pod powierzchnią jezior czaiły się niebezpieczne nordyckie Nøkki i to na dnie morza swój pałac miała Bogini Rán. Dziś połączymy sobie te dwie fascynacje i opowiemy o postaci konia nierozerwalnie związanego z wodą. Przed Wami celtycki Kelpie.

Nazwa pochodzi prawdopodobnie od szkockiego słowa cailpeach, oznaczającego źrebaka. Śladów wierzeń w tę istotę można doszukiwać się już u Piktów (plemię, które zamieszkiwało ongiś Szkocję) między VI a IX wiekiem. Niedaleko szkockiej miejscowości Inverurie znajduje się kamień z inskrypcjami, które przez niektórych interpretowane są jako wyobrażenia tej wodnej istoty.

Kelpie pojawiał się przy potokach i rzekach, najczęściej jako biały lub siwy wierzchowiec (w niektórych wersjach czarny, jak piekło). Z natury był łagodny, jednak nie należało próbować go dosiadać. Kiedy człowiek wsiał na grzbiet istoty, ta szarżowała w stronę wody, by utopić jeźdźca. Już w tym momencie pojawia się skojarzenie do skandynawskich Nøkków, które również przybierały postacie koni i potrafiły utopić kogoś, kto je dosiadł. W części Skandynawii znany był jako Bäckhästen, czyli dosłownie Koń Potokowy.

Kelpie również potrafił zamienić się w człekokształtną istotę. Co go jednak odróżniało, to mocne owłosienie ciała i sine zabarwienie skóry, jak u topielca. W Szkocji wierzono, że nawet gdy zamienił się w człowieka, pozostawały mu końskie kopyta. Najstarsze zapiski o tej charakterystycznej cesze pochodzą jednak z czasów po chrystianizacji i zostały spisane przez mnichów – być może więc był to element, który miał upodobnić Kelpie to diabła, często przedstawianego również z kopytami, rogami i ogonem. Na północnym wybrzeżu istniała również słonowodna odmiana tego stwora, zwana z języka celtyckiego jako Each uisge. To te wodne konie powodowały, iż na morzu powstawały fale, ściągały także sztormy. Powiadano, że grupka sinych ludzi zadomowiła się w cieśninie Minch między szkockim wybrzeżem a Hebrydami i powodowała tam ciągłe burze, zmuszając żeglarzy do szukania innych dróg morskich. Pod postacią koni tak samo kusiły ludzi, by ich dosiąść. Jednak gdy człowiek wsiadł na grzbiet stwora ten stawał się tak lepki, że nie można było od niego się oderwać. Czasami samo dotknięcie istoty lub pogłaskanie jej, w przekonaniu, że to zwyczajny koń, wystarczyło, by człowiek przykleił się na stałe. Następnie porywał swoją ofiarę na dno morza, gdzie zjadał go całego… Oprócz wątroby (widocznie to najmniej smaczny kawałek człowieka).


Źródło: https://sco.wikipedia.org/wiki/Kelpie,
data odczytu: 04.08.2022

Powszechne są wariacje podania o grupce dzieci, która dosiada Kelpie. Jedno z nich nie zawsze chce wsiąść i tylko głaszcze istotę. Kiedy okazuje się, że żadne z nich nie może się oderwać od skóry stwora, jedyne dziecko, które nań nie wsiadło potrafi się ocalić poprzez odcięcie sobie palców lub całej dłoni, tylko po to by być bezradnym i okaleczonym świadkiem, jak jego przyjaciele giną w pod taflą wody.

Kelpie pojawiały się przeważnie podczas mgły. Można je było odróżnić od zwykłych koni, ponieważ te ostatnie panicznie ich się bały. Stwory wykorzystywały to i umyślnie potrafiły straszyć ludzkie wierzchowce, by te zrzucały z grzbietów swoich jeźdźców. Czasami oddalały się od swoich zbiorników, zwabione zapachem pieczonego mięsa. Taki Kelpie potrafił podejść nawet pod ludzkie domostwa.

W Irlandii podobne istoty nazywano Aughisky. Wierzono jednak, że dosiadanie ich nie było pewnym wyrokiem. Jeśli udało się uwięzić stwora do czasu jego ujeżdżenia i osiodłania, ten stawał się nad wyraz dobrym wierzchowcem i już nie porywał jeźdźca pod wodę. Również potomstwo Kelpie i konia wyróżniało się na tle innych wierzchowców. Taka krzyżówka nigdy nie tonęła w wodzie. W późniejszych wiekach chrześcijaństwo również wymyśliło sposób osiodłania Kelpie – mianowicie przed pierwszym dosiadaniem stwora należało mu założyć na głowię kantar z krzyżem. Zaczerpnięto również sposób znany z polowań na wilkołaki – srebrne kule mogły skutecznie zabić istotę, a jej ciało zamieniało się w resztki wodorostów, darń i wodnistej masy podobnej do ciał meduz.

Wariacja wierzenia z wyspy Mann wspomina o Glashtynie, wodnym koniu lub wodnym byku, który również wciągał pod wodę ludzi, w szczególności kobiety. Potrafił także pojawiać się w postaci pół-byka lub pół-konia i pół-człowieka (czyżby inspiracja greckim Minotaurem?). Jeśli przybierał ludzką postać to robił to nieudolnie i można go było rozpoznać po końskich lub krowich uszach. Glashtyn polował nocami a płoszyło go pianie koguta.

Co ciekawe, podobne wierzenie pojawia się w podaniach oddalonego o tysiące kilometrów indiańskiego plemienia Miskito, zamieszkującego środkową Amerykę. Wihwin, bo tak go zwano, latem przebywał w pobliżu słodkich zbiorników wodnych, a zimą wracał na nadmorskie wybrzeże. Podobnie jak Glashtyn żerował tylko nocą. Jako, że konie (przynajmniej nam współczesne) nie występowały pierwotnie w Ameryce, przypuszczam, że pierwsze podania o nich przywędrowały ze Starego Świata, być może od irlandzkich osadników i zostały wkomponowane w miejscowe legendy.

Co ciekawe, starsze opowieści o słynnym Potworze z Loch Ness opisują go bardziej jako istotę podobną do konia, niż do dinozaura. Być może więc ludzie niepotrzebnie szukają olbrzymiej istoty, kształtem przypominającej plezjozaura, a być może powinni wypatrywać nadnaturalnego wierzchowca podczas mglistych poranków nad tym szkockim jeziorem.

Wiara w Kelpie to przestroga przez zdradziecką wodą. To także ostrzeżenie, by uważać na to, co nieznane. Tak więc kiedy następnym razem znajdziecie się nad jakimś zbiornikiem wodnym, zwłaszcza w mglisty poranek, uważajcie na siebie.

Na koniec tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.

piątek, 22 lipca 2022

Ataki wikingów na Wyspy Brytyjskie przed rokiem 793

 

Źródło: https://www.military-history.org/feature/the-myth-of-the-invincible-vikings.htm,
data odczytu: 21.07.2022


Przyjmuje się, że Epoka Wikingów zaczęła się dość gwałtownie, niczym apokaliptyczna zagłada, 8 czerwca 793 roku, kiedy to został złupiony klasztor na wyspie Lindisfarne, co zostało opisane w Kronice Anglosaskiej:

793 rok A.D. Tego roku nadeszły złowieszcze znaki nad ziemię Nortumbrii, przerażające ludzi najbardziej: Były to ogromne świetlne pioruny pędzące w powietrzu, trąby powietrzne i ogniste smoki lecące po firmamencie. Po tych strasznych znakach nastąpił wielki głód: niedługo później, szóstego dnia przed idami czerwcowymi tego samego roku, wstrząsające najazdy pogan dokonały zniszczeń w Kościele Bożym na Świętej Wyspie, plądrując i mordując[1].

Atak na Lindisfarne był najbardziej przerażającym i znanym przykładem napadu skandynawskich wojowników na angielskie ziemie. Był też najbardziej znaczący, ponieważ pierwszy raz złupiono chrześcijańską świątynie. Jednak dziś musimy umniejszyć jego znaczeniu, wskazując starcia, do których doszło przed tym symbolicznym początkiem Epoki Wikingów.

Wspomniana Kronika Anglosaska omawia inny atak, do którego doszło w 787 roku, a więc na kila lat wcześniej:

W tym roku król Beorhtric wziął sobie za żonę Edburge, córkę Offy. I za jego czasów przybyły trzy statki Ludzi Północy z krainy rabusiów. Urzędnik (ang. reeve) znalazł ich i miał odwieźć do miasta królewskiego, bowiem nie wiedział, kim są. I tam został zabity. To były pierwsze statki Duńczyków, które szukały ziemi narodu Angielskiego.

Przypuszcza się, że atak mógł mieć miejsce dwa lata później, niż jest wspomniane w kronice, kiedy wikińskie drakkary dopłynęły do wybrzeży Dorset oraz do wyspy Portland. Urzędnik miał nazywać się Beaduheard i liczył sobie ponad 30 wiosen. Prawdopodobnie piastował stanowisko w Dorchester. Usłyszawszy o przybyciu obcych miał wskoczyć na konia i wespół z kilkoma ludźmi udać się do portu. Pretekstem do jego zabicia rzekomo był rozkazujący ton, w jakim przemawiał do Skandynawów.

Wspomniany atak nie mógł być jedyny. W 792 roku, a więc ciągle rok przed atakiem na Lindisfarne, Offa, król Mercii i teść Beorhtrica wzywał w dekrecie mieszkańców Kentu do obrony przed pogańskimi ludami. Rozporządzenie to zwalniało także kościoły z podatku z jednym wyjątkiem – sytuacji, w której złoto potrzebne byłoby na sfinansowanie obrony przed najeźdźcami w wiosłowych statkach (a więc w drakkarach).

Kronika Anglosaska w dużej mierze skupia się na dziejach Wessexu, które wysuwa się przed inne angielskie królestwa. Być może to jest jeden z powodów, dlaczego tak mało wiemy o wikińskich atakach przed Lindisfarne – Dorset, Kent czy Nortumbria nie były wtedy jeszcze w kręgu zainteresowania kronikarzy, a inne lokalne dokumenty mogły nie dotrwać do naszych czasów, ulegając zniszczeniu nawet podczas skandynawskich najazdów.

To kolejne wydarzenia, tak jak opisane dzieje Yngvara Wysokiego, które nakazują zadać sobie pytanie, czy słusznie przyjmuje się atak na Lindisfarne jako początek Epoki Wikingów. Zostawiam Was, drodzy czytelnicy z tym pytaniem, tradycyjnie zapraszając do odwiedzenia mojej strony na Facebooku oraz do wsparcia mojej twórczości na profilu na Patronite. Nie mogłoby się oczywiście obyć bez podziękowań dla Piotra Brachowicza, który został pierwszym Patronem bloga.


[1] Wstęp do roku 793 w Kronice Anglosaskiej

piątek, 8 lipca 2022

Sigfred, Anulo i Reginfrid

Sigfred
Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Sigfred_-_Sigurd_-_Sigifridus_-_Sigfridus_%28dansk_konge,_%3F_-_777-798_-_%3F_%29.jpg, data odczytu 08.07.2022

W 810 roku prowadząc kampanię przeciw Frankom we Fryzji ginie duński król Godfred. Jego następca, Hemming, pospiesznie zawarł rozejm z Karolem Wielkim. Nowy władca nie nacieszył się królewskim tytułem zbyt długo, ponieważ już w 812 roku zmarł. W Danii rozgorzała walka o władzę. Jednym z pretendentów do tronu był Sigfred, brat lub kuzyn Hemminga (wiemy jedynie, że był bratankiem Godfreda).

O tron wystąpił jednak inny krewniak Godfreda, Anulo (zwany też Ale – zbieżność nazw do piwa jest przypadkowa). Jego imię podobne jest do zawartego w Beowulfie imienia Onel lub innego wariantu, Áli. Anulo był prawdopodobnie synem Halfdana, który złożył hołd Karolowi Wielkiemu w 807 roku, tak więc jego linia krwi również dawała mu prawa do królewskiego tytułu. A niestety w ludzkiej naturze jest chęć walki o władzę, która pchnęła tych dwóch krewnych przeciwko sobie.

Anulo
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Anulo,
data odczytu: 08.07.2022


Między krewnymi doszło do bitwy, w której miało zginąć, jak dokładnie podają kroniki frankijskie, 10 940 ludzi. Sam Sigfred pobił rekord swojego poprzednika i panował jeszcze krócej niż Hemming – nie minął nawet rok, gdy zginął w walnej bitwie nad brzegiem morza z Anulo... Tak samo, jak ten ostatni. Strona Anulo odniosła jednak zwycięstwo i na tronie obsadziła dwóch kolejnych braci lub kuzynów Hemminga, Reginfrida i Haralda Klaka. Prawdopodobnie cała trójka (wliczając w to zabitego Anulo) była zwolennikami pokoju z Frankami, co mogło być głównym punktem, w którym nie zgadzali się z innymi potomkami Godfreda, jak chociażby z Sigfredem. Widać potwierdzenie tego już w pierwszych działaniach Reginfrida i Haralda, którzy wysłali posłów do Karola Wielkiego w celu odnowienia pokoju i granic na rzece Eider oraz uwolnienia ich kolejnego brata, który był przetrzymywany jako zakładnik polityczny na frankijskim dworze. Prawdopodobnie ów brat, lub jak możemy się już domyśleć, być może kuzyn, także miał na imię Hemming. Niestety, Saxo Gramatyk jest nie jest tu zbyt pomocny i myli w swej kronice czasami stopnie pokrewieństwa w duńskich rodach, co przy powtarzających się imionach nie ułatwia sprawy.

Następny rok, 813, przyniósł jednak dalsze dynastyczne spory. Pięciu synów Godfreda, którzy przebywali w szwedzkiej Skanii, upomniało się o duński tron. Wykorzystali fakt, że Reginfrid i Harald udali się do południowej Norwegii by tłumić bunt w Vestfold i zajęli Jutlandię. Po powrocie braci, ku ich zdziwieniu, wygnali ich z kraju.

Rok później Reginfrid i Harald wrócili do Danii, próbując odzyskać władzę. Udało im się zabić jednego z synów Godfreda, jednak sam Reginfrid również poniósł śmierć, a Harald Klak zmuszony był uciekać. Legendy głoszą, że Reginfrid jakimś cudem uszedł z życiem, ale nie miał już ambicji by odzyskać tron i zajął się piractwem, jednak jest to mało prawdopodobne.

Co się tyczy Haralda Klaka, to wróci na strony mojego bloga, ponieważ odegrał w późniejszych latach większą rolę w walkach o tron Danii… Ale to już historia na inny dzień.

Tradycyjne podziękowania kieruję dla Piotra Brachowicza, za wspieranie mojego bloga. Jeśli również chcecie dołożyć swoją cegiełkę, zapraszam do odwiedzenia mojego profilu na Patronite. Zachęcam również do udostępniania linków do moich artykułów lub do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku.

czwartek, 23 czerwca 2022

Polewik

 

Źródło: https://www.slawoslaw.pl/polewik-opiekun-pol-i-roli/,
data odczytu: 23.06.2022

Wśród Słowian była powszechna wiara w rożne istoty, bezpośrednio związane z poszczególnymi dziedzinami życia.  Jednym z głównych sposobów życia w danych wiekach była praca na roli. Nic więc dziwnego, że wiele duchów i stworów w wierzeniach naszych przodków zajmowało się tym, co związane z rolnictwem. Wśród nich można wymieniać omawianą kiedyś Południcę (której to poświęcony artykuł został zilustrowany przez Asię Gondek). Dziś omówimy sobie innego ducha, który był również istotny dla chłopów w ich codziennej pracy.

Polewik (znany też jako Polewoj, Żytni Dziad lub Polowy Diabeł na Ukrainie), bo o nim mowa, zamieszkiwał obsiane zbożem pola. Mieszkał wśród dojrzewających łanów i opiekował się nimi. Strzegł także zakopanych na polu skarbów. Ci, którzy go dostrzegli opowiadali o niskim sędziwym człowieczku, który miał skórę koloru ziemi a zamiast włosów i brody wyrastały mu kłosy zbóż. Takie owłosienie zmieniało kolor wraz z porami roku – od zielonego na wiosnę po złote w czasie żniw. Ich wzrost również się zmieniał – im wyższe było otaczające ich zboże, tym większe były one same, czym przypominały polną odmianę leszych (te leśne duchy były tak wysokie, jak otaczający je drzewostan). Nosił zazwyczaj białą koszulę. Na Wschodzie wierzono, że potrafi także przybierać postać dziecka ukazującego się wśród łanów, ptaka czy innego polnego zwierzęcia. Pod postacią człowieka mógł ciągle przejawiać zwierzęce cechy, dla przykładu, mieć rogi, skrzydła lub zwierzęce łapy miast dłoni. Często uważano go za męski odpowiednik Południc, jednak w przeciwieństwie do żeńskich demonów, były mniej wrogie wobec śmiertelników.

Nie znaczy to jednak, że nie trzeba było czuć przed nimi respektu albo nawet strachu. Jeśli spacerując w południe lub o zmierzchu po miedzy znalazł śpiącego a nie pracującego chłopa, mógł go w złości podduszać, kopać, deptać po jego żebrach lub zesłać chorobę. Potrafił się szczególnie rozsierdzić, jeśli człowiek był pijany – taka osoba mogła zostać wyprowadzana przez ducha na manowce (stąd prawdopodobnie pochodzi współczesne wyrażenie wyprowadzić kogoś w pole), a nawet postradać życie w konfrontacji ze stworem. Na Rusi przypisywano mu wynalezienie alkoholu, który następnie gubił jego ofiary. Zapewne miało to być przestrogą przed spożywaniem alkoholu podczas pracy, nieostrożnym zasypianiu w niebezpiecznych miejscach i o niebezpiecznych porach, kiedy to w południe żar słoneczny (lub Południca) mógł spowodować udar słoneczny albo też pod wieczór, gdy na drogach i polach wychodziło więcej dzikich zwierząt i zbójców. Wieczorami także można było nabawić się chory, jeśli w zimny wieczór ktoś zasnął na ziemi i przemarzł.

Źródło: https://brendan-noble.com/polewik-polevik-slavic-spirit-of-the-fields-slavic-mythology-saturday/,
data odczytu: 23.06.2022


Polewik, któremu ludzie nie zaszli na skórę, mógł być pomocny. Odprowadzał zagubione w polu dzieci lub bydło, które odeszło za daleko od pastwiska. Dbał o dobre zdrowie zboża lub chronił je przed gradem i wirami powietrznymi. Jeśli gospodarz był z nim w dobrych układach, burza mogła zniszczyć wszystkie pola dookoła, ale oszczędzić zboże człowieka, którego duch darzył sympatią. By przypodobać się Polewikowi można była zostać dla niego strawę na miedzy (w szczególności upodobały sobie kurze jajka). Warunek był jeden – nikt inny nie mógł tego widzieć ani o tym wiedzieć. W Przeciwnym wypadku stworek wpadał w nieuzasadnioną złość i zamiast pomagać, zaczynał szkodzić. Pod tym względem różnił się od Południcy, która nie była zbyt przekupna. Na terenach Białorusi zachowała się legenda, w której dwóch głodnych wędrowców napotkało Polewika. Poprosili go o jedzenie. Ten dał chleb, ale tylko jednemu z nich – temu, który miał na dłoniach odciski od ciężkiej pracy w polu.

Chrześcijaństwo starało się degradować znaczenie Polewników, przypisując im demoniczne moce i wrogą naturę wobec człowieka. W późniejszych wiekach straszono nimi dzieci, które nieostrożnie bawiły się w polu, zwłaszcza w trakcie żniw. Misjonarze dopisali im także nową genezę – miały to być anioły, strącone z Nieba za bunt przeciw Bogu.

Kiedy nastawał czas żniw trzeba było być szczególnie ostrożnym. Żytni Dziad uciekał przez kosą czy też sierpem chłopa, aż w końcu znajdywał schronienie w ostatnim łanach zboża. Taki snop, nazywany Diduchem należało ostrożnie i z należytym szacunkiem ściąć i zanieść do stodoły. Przenoszeniu kryjówki Polewika mogły towarzyszyć śpiewy i inne rytuały. Następnie snop stawiano w kącie i nikt nie mógł go dotknąć lub w inny sposób zakłócać zimowego snu duszka. Jeśli Polewik został obudzony w zimie, mógł w akcje zemsty zasypać pobliskie rowy śniegiem, tak, że niczego nieświadomy człowiek, myśląc, iż pod białym puchem jest dalej droga, zapadał się w nich. Niedopełnienie obowiązków z odpowiednim przechowaniem snopa zamieszkałego przez Żytniego Dziada mogło skutkować także tym, iż w następnym roku nikt nie zajmie się polem lub nawet ześle na nie nieurodzaj. Co ciekawe, taki ostatni snop Słowianie Wschodni nazywali brodą Wesela, boga zaświatów, który także mógł patronować bydłu, jak czynił to sam Polewik. Również zwierzęce elementy jego wyglądu, takie jak rogi czy ogon, mogą sugerować wcześniejsze, zapomniane więzi z bydłem. Czy zatem polne duchy były sługami Welesa, czy może też jego wizerunkiem, zdegradowanym przez chrześcijaństwo?

Na koniec tradycyjnie chciałbym podziękować Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie moje twórczości. Jeśli i Ty chcesz grosza dać wikingowi, zapraszam na mój profil na Patronite. Możesz mnie wesprzeć także niefinansowo - jeśli podobał Ci się ten artykuł, udostępnij, bym mógł dotrzeć do większego grona czytelników. Ponadto zachęcam do odwiedzenia mojej strony na Facebooku

Dziś również ponawiam prośbę o wsparcia projektu Alana Gajewskiego, którego ilustracje pojawiały się na blogu. Jeśli lubicie komiksy, wikingów, kosmiczne klimaty lub wikingów (bo tych nigdy za wiele na moim blogu) to zachęcam do wsparcia projektu Alana na Kickstarterze.

piątek, 10 czerwca 2022

Atak na Lindisfarne

 

Źródło: https://navtur.pl/place/show/2153,zamek-lindisfarne,
data odczytu: 09.06.2022

793 rok A.D. Tego roku nadeszły złowieszcze znaki nad ziemię Nortumbrii, przerażające ludzi najbardziej: Były to ogromne świetlne pioruny pędzące w powietrzu, trąby powietrzne i ogniste smoki lecące po firmamencie. Po tych strasznych znakach nastąpił wielki głód: niedługo później, szóstego dnia przed idami czerwcowymi tego samego roku, wstrząsające najazdy pogan dokonały zniszczeń w Kościele Bożym na Świętej Wyspie, plądrując i mordując[1].

Te słowa opisują w Kronice Anglosaskiej pierwszy wikiński atak na chrześcijański klasztor w Anglii, który miał miejsce 8 czerwca 793 roku. Wcześniejsze najazdy miały miejsce w hrabstwach Dorset i Kent, jednak były wymierzone w miasta i porty. Rzeź w Lindisfarne stała się głośna, gdyż był to pierwszy udokumentowany atak na angielski obiekt sakralny.

Klasztor w Lindisfarne, nazywanym także Świętą Wyspą, został założone w 634 roku przez świętego Aidana, mnicha i biskupa, nazywanego Apostołem Nortumbrii. Miejsce nie zostało wybrane przypadkowo. Podobnie jak klasztor na Skellig Michael odosobniona wyspa miała sprzyjać duchowym przeżyciom, separując mnichów od pokus świata. Również współcześnie wyspa jest odcięta od lądu – można na nią dojechać groblą, która jest przejezdna tylko podczas odpływu. Przy zbliżającym się przypływie kierowcy ryzykują, że ich samochody pochłonie morze (wikingowie nie mieli tego problemu, ponieważ używali łodzi).

Po Aidanie jednym z kolejnych opatów klasztoru był św. Kutbert, którego też pierwotnie pochowano w opactwie w 698 roku. Napisane na jego cześć anonimowe dzieło Vita Sancti Cuthberti (łac. Żywot Świętego Kutberta) jest jednym z najstarszych, jak nie najstarszym, angielskim dokumentem opisującym czyjeś działania i cuda dokonywane za życia. Pierwsza egzemplarz miał powstać pod koniec VII wieku właśnie na Świętej Wyspie. Tu też powstały najstarsze zachowane do czasów współczesnych egzemplarze angielskich Ewangelii.

Źródło: https://www.nationalgeographic.com/history/article/140926-vikings-norse-raiding-berserkers-scandinavia-winroth,
data odczytu: 09.06.2022


Z czasem klasztor tracił na znaczeniu, jednak utrzymał się jako ważny ośrodek pielgrzymek i misyjny w północnej Anglii, która w tamtych czasach nie stanowiła jeszcze jednolitego tworu państwowego, a była podzielona pomiędzy kilka królestw. W przekonaniu mieszkańców Nortumbii stanowił serce nowej religii, gdyż to z tego miejsca chrystianizowana była ich kraina. Tym bardziej dotkliwe były wydarzenia, które miały miejsce w 793 roku. Alkuin, znany z dworu Karola Wielkiego mnich pochodzenia anglosaskiego, tak pisał o tych wydarzeniach w liście do Higbalda, biskupa Lindisfarne, któremu udało się uciec z rzezi[2]:

Nigdy wcześniej takie przerażenie nie pojawiło się w Brytanii, jak wtedy, gdy ucierpieliśmy przez pogańską rasę. Poganie przelali krew świętych wokół ołtarza i deptali ciała świętych w świątyni Boga, jak gnój na ulicy.

Atak zaskoczył mnichów. Rekonstrukcja wydarzeń wykazała, iż nawet w pogodny dzień statki można było dostrzec z wyspy z odległości 18 mil morskich. Dla wikińskich drakkarów to ponad godzina drogi, przy sprzyjającym wietrze. Jednak 8 czerwca 793 rok nie był słonecznym dniem, a silny wiatr ze wschodu pchał żagle smoczych łodzi z wielką siłą. Mnisi mogli mieć tylko kilkadziesiąt minut na zauważenie zagrożenia. Ponadto, nikt się nie spodziewał najazdu z drugiej strony Morza Północnego. Jak pisze Alkuin:

My i nasi ojcowie żyliśmy na tej dobrej ziemi od prawie trzystu pięćdziesięciu lat i nigdy wcześniej nie widziano takiego okrucieństwa w Brytanii, jakiego teraz doznaliśmy z rąk pogańskiego ludu. Taka wyprawa uważana była za niemożliwą. Kościół świętego Kutberta jest splamiony krwią kapłanów Boga, odarty z wszelkich ozdób, wystawiony na plądrowanie pogan – miejsce bardziej święte, niż każde inne w Brytanii.

Ci spośród mnichów, którzy nie zginęli, zostali skuci łańcuchami i wzięci w niewolę. Część została również zaciągnięta na pobliską plażę i tam utopiona. Jak już sugerowałem omawiając życie Karola Wielkiego, dopatruję się tu wypatrzenia rytuału chrztu i rzezi, jakiej dokonał król Franków w pobliżu Verden. Skarby z kościoła zrabowano, ołtarz i wiele innych przedmiotów zniszczono.

Zagadką jest, czy wikingowie, którzy najechali Lindisfarne pochodzili z Danii czy z Norwegii. Różne źródła przypisują zasługę innym nacjom. Za teorią, iż byli to Duńczycy przemawiać może fakt, że wcześniejsze ataki na Dorset i Kent dokonane miały być właśnie przez nich. Ponadto, jeśli by uznać teorię, iż topienie mnichów było zemstą za Verden, wikingowie z Danii mieliby lepszy motyw, by tego dokonać. Germański wódz Widukind chronił się na duńskim dworze i nawet poślubił córkę ich króla. Na pewno okrucieństwo, z jakim Frankowie chrystianizowali germańskie ziemię znane było na Półwyspie Jutlandzkim. Z drugiej strony Duńczycy już wcześniej handlowali w Portach Franków i Anglosasów, a jak wspomina Alkuin, wyprawa morskich rozbójników na Lindisfarne była wcześniej uważana za niemożliwą. Czy zatem mogli pochodzić z Norwegii i jako pierwsi z tej krainy dotrzeć i złupić wybrzeże brytyjskie? Istnieje jeszcze teoria spiskowa, wedle której to Karol Wielki zorganizował atak na Lindisfarne, by uargumentować swoje dalsze podboje we Fryzji, Germanii i Skandynawii, pokazując ludzi północy jako wielkie zagrożenie dla chrześcijaństwa. Nie zachowały się jednak żadne dokumenty świadczące, iż to Frankowie rzeczywiście przygotowywali ten atak. Osobiście skłaniam się do teorii, iż byli to Duńczycy, jednak żadne źródła nie dają stuprocentowej pewności.

Po zajęciu Yorku przez wikingów w 873 roku mnisi opuścili klasztor. W 875 roku kości świętego Kutberta zostały ostatecznie zabrane i przeniesione do katedry w Durham. Na wyspie pozostała jednak chrześcijańska społeczność, prawdopodobnie rybaków, gdyż miejscowy cmentarz ciągle był używany w X wieku, a pochówki dokonywane w duchu nowej wiary. Obecnie można podziwiać na Świętej Wyspie ruiny XVI-wiecznego zamku. W IX wieku powstał kamień upamiętniający tragiczne wydarzenia lata 793 roku. Przedstawia on siedmiu mężczyzn z mieczami i toporami – symboliczne wyobrażenie wikińskich najeźdźców. Druga strona kamienia przedstawia chrześcijańskie symbole i zapowiada Dzień Sądu u kresu świata. I tak zapewne wyglądała inwazja wikingów w oczach współczesnych im Anglosasów – jako zapowiedź i początek Czasów Ostatecznych.

Źródło: http://larryvienneauprints.blogspot.com/2018/06/the-raven-and-viking-raid-on-lindisfarne.html, data odczytu: 09.06.2022

Alkuin pisząc dalej do Higbalda dopatrywał się, iż przemoc mogła być karą za grzechy:

Jak bezpieczne są kościoły na Wyspach Brytyjskich jeśli święty Kutbert z wielką rzeszą świętych nie będzie bronił swoich? Albo to jest początek jeszcze większego [zdarzenia] albo grzechy tych, którzy tam żyją, sprowadziły to na nich.

Co ciekawe, niejaki Sigca 23 września 788 roku poprowadził grupę spiskowców i zabił króla Nortumbri, Ælfwalda. Ten sam Sigca miał targnąć się na swoje życie w lutym 793 roku a 23 kwietnia jego ciało zostało pochowane właśnie na wyspie Lindisfarne. Czy zatem pochówek królobójcy i samobójcy w jednej osobie w tym świętym miejscu ściągnął na Anglię Gniew Boży? A może chodziło mu o powtórkę z historii, gdyż prawie cztery wieki wcześniej to właśnie Anglosasi zajmowali brytyjskie ziemie, wypierając rdzennych mieszkańców, którzy przetrwali jeszcze wcześniejszy rzymski podbój?

Czy była to kara za grzechy, czy też zemsta za wcześniejsze niszczenie przez chrześcijan świętych miejsc poprzednich wierzeń, pozostawiam Wam do oceny. Alkuin miał jednak rację co do jednego – Lindisfarne był początkiem większego smutku, a wyprawy łupieżcze wikingów trwały na Wyspach Brytyjskich przez kolejne stulecia.

Na koniec tradycyjnie chciałbym podziękować Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie moje twórczości. Jeśli i Ty chcesz grosza dać wikingowi, zapraszam na mój profil na Patronite. Możesz mnie wesprzeć także niefinansowo - jeśli podobał Ci się ten artykuł, udostępnij, bym mógł dotrzeć do większego grona czytelników. Ponadto zachęcam do odwiedzenia mojej strony na Facebooku

Dziś także nietypowo zachęcam do wsparcia projektu Alana Gajewskiego, którego ilustracje pojawiały się na blogu. Jeśli lubicie komiksy, wikingów, kosmiczne klimaty lub wikingów (bo tych nigdy za wiele na moim blogu to zachęcam do wsparcia projektu Alana na Kickstarterze


[1] Wstęp do roku 793 w Kronice Anglosaskiej.

[2]Where the Vikings once tread, https://timesofmalta.com/articles/view/Where-the-Vikings-once-tread.373824, data odczytu 09.06.2022