piątek, 26 czerwca 2020

Maskonury zwyczajne - Morskie Papugi

Maskonur wychodzący z norki
Zdjęcie nadesłane od przyjaciela


Kiedy w 2017 roku odwiedziłem wyspę Skellig Michael, ten samotny ląd na oceanie, oraz znajdujący się na nim klasztor, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Dzień wcześniej w miejscowości Portmagee widziałem wiele lokalnych pamiątek. Część z nich przedstawiała nietypowe ptaki – maskonury. Jednak dopiero kiedy odwiedziłem wyspę, mogłem przekonać się na własne oczy, jak ciekawe to zwierzęta.

Maskonury należąc do rodziny alk, a konkretnie do rodzaju Fratercula. Nazwa może wydawać się znajoma, ponieważ Frater to określenie Brata Zakonnego/Mnicha. Może to nawiązywać do pustelniczego życia maskonurów na skalistych wyspach (jak na klasztornej wyspie Skellig Michael) albo do ich czarno-białego upierzenia, które przypominało komuś żyjącemu w średniowieczu habity mnichów. Do rodzaju należą trzy gatunki; maskonur zwyczajny (łac. fratercula arctica), maskonur złotoczuby (łac. fratercula cirrhata) oraz maskonur pacyficzny (łac. fratercula corniculata). Na naszym kontynencie występuje tylko pierwszy, pozostałe dwa zamieszkują północne wybrzeża Pacyfiku. Maskonura zwyczajnego można spotkać również na Grenlandii oraz w Amerycne Północnej. Część populacji migruje na zimę na południe – wtedy te ptaki wędrują także do Polski (zachodnie wybrzeże Bałtyku) a niektóre docierają nawet na Wyspy Kanaryjskie. W Polsce znajdują się pod ścisła ochroną.

Odpoczynek
Zdjęcie nadesłane od przyjaciela

Jeśli chodzi o ich wygląd - są to małe ptaki, o długości ciała ok. 30 cm i rozpiętości skrzydeł 50-60 cm. Ich waga, w zależności od miejsca występowania, mieści się w przedziale 300-600 g. Zauważono, że najcięższe maskonury żyją na Islandii. Zarówno samce jak i samce są tak samo ubarwione i ciężko je rozróżnić. Pomarańczowe łapki posiadają błony, pomocne przy pływaniu. Czarny grzbiet i skrzydła kontrastują z białym brzuchem. Oko otoczone jest charakterystyczną linią, która sprawia wrażenie posiadania przez zwierzaki długich rzęs. Najbardziej charakterystyczną cechą tych ptaków jest jednak ich wielokolorowy, pasiasty dziób przechodzący w żółtą narośl u swojej nasady. To właśnie przez te barwy maskonury nazywane są także Morskimi Papugami lub Klaunami Morza. Kolory dzioba stają się bardziej żywe w okresie godowym.

Dzikie maskonury dożywają 20-25 lat, chociaż rekordzista osiągnął imponujący wiek aż 36 wiosen! Skończywszy 3 rok życia dobierają sobie partnerów, z którymi wiążą się na całe życie. Stałym elementem ich zalotów jest stawanie naprzeciw partnera i kiwanie głową na boki oraz wspólne żywiołowe ocieranie się dziobami, podczas którego wydają z siebie gardłowe gruchanie. Wiosną poszukują dogodnych miejsc na gniazdo na skalistych wybrzeżach lub na wyspach. Izolacja, jaką dają wyspy, zapewnia bezpieczeństwo przed licznymi lądowymi drapieżnikami. Nie wiją jednak gniazd, jak większość ptaków, ale wykopują długie norki, sięgające od 1 do 2 metrów pod ziemię. Mogą wykorzystywać już istniejące jamy, także te należące do innych zwierząt, lub naturalne szczeliny skalne. Samica składa jedno jajo podczas lęgu, które następnie doglądane jest przez obu rodziców. Jajo jest białe, czasami zabarwione ciemniejszymi plamkami. Co również charakterystyczne dla maskonurów, to fakt, iż jajka nie są wysiadywane. Rodzic leży w podziemnym gnieździe obok jaja, które przykrywa skrzydłem. Po niecałych sześciu tygodniach wykluwa się młode, które nazywane jest na Wyspach Brytyjskich pieszczotliwie puffling (maskonur po angielsku to puffin). Pisklę przypomina ciemnego kurczaka z białym brzuszkiem. Przez kolejne sześć tygodni jest karmione przez obydwoje rodziców. Z początku ryby podawane są prosto do dzioba malucha, a następnie upuszczane na ziemię, by samo nauczyło się jeść. Nauka chodzenia i podnoszenia drobnych kamyków (co okaże się przydatne w dorosły życiu) rozpoczyna się już w norce. Dorastając, jego upierzenie przechodzi od biało-szarych barw do kolorów charakterystycznych dla dorosłego osobnika. Następnie młode opuszcza gniazdo i zdarza się, że kolejne lata nieprzerwanie spędza na otwartym morzu. Pierwsze wyjście z domu ma miejsce najczęściej w nocy, kiedy inne drapieżne ptaki nie polują. Młody i samodzielny maskonur zarówno żeruje jak i śpi na falach oceanu. Ciemne upierzenie pozwala wtopić mu się w kolor głębin morskich, zapobiegając wypatrzeniu przez o wiele większe mewy, podczas gdy biały brzuch od spodu jest mniej widoczny dla drapieżnych ryb i fok. Tym sposobem maskuje się na otwartym morzu zarówno od góry, jak i od dołu (podobne biało-czarne ubarwienie u pingwinów służy temu samemu celowi).

Ciekawski i przyjazny maskonur
Zbiory własne

Maskonury polują głównie na oceaniczne ryby. Są zarówno świetnymi lotnikami jak i nurkami. W pościgu za zdobyczą potrafią zejść na głębokość 60 metrów pod powierzchnią wody! Pływając posługują się zarówno swoimi błoniastymi łapkami, jak i skrzydłami. W powietrzu rozwijają prędkość do 88 km/h. Ich lot jest charakterystyczny, ponieważ w przeciwieństwie do większości ptaków często nie podkurczają swoich łapek. Podczas polowania, gdy schwytają rybę, przytrzymują ją językiem oraz ząbkami, pozostawiając dziób otwarty, by móc dalej polować. Jednorazowo potrafią złapać, przytrzymać i przenieść od kilku do nawet dziesięciu ryb. Ponieważ są ptakami morskimi, mają dużą styczność z solą, której nadmiar usuwany jest z ciała poprzez gruczoły solne znajdujące w okolicy nozdrzy. Jako jedyne spośród morskich ptaków używają prowizorycznych narzędzi, mianowicie patyków, do drapania się po grzbiecie.

W naturalnym środowisku głównym zagrożeniem dla maskonurów są o wiele większe mewy, które potrafią upolować je nawet w locie. Należy także zaznaczyć, że jako ptaki przebywające dużo na lądzie i budujące podziemne gniazda, są narażone na ugryzienia kleszczy i pcheł. Niektóre osobniki żyją z kilkudziesięcioma wgryzionymi w siebie insektami. Sporym zagrożeniem jest również człowiek, który poluje na same ptaki, jak również na ryby, czyli ich główny pokarm, a także zatruwa ich środowisko. Polowania maskonurów doprowadziły do prawie całkowitego wytępienia tych ptaków na Islandii na przełomie XIX i XX wieku. Jednak wprowadzony później 30-letni okres ochronny i regulacje łowieckie pozwoliły kolonii odtworzyć się. Dziś Islandia to największa siedziba morskich papug. Niestety w innych częściach świata sytuacja nie wygląda tak dobrze i wiele kolonii pomniejsza się. Szacuje się, że w drugiej połowie XXI całkowita populacja maskonurów arktycznych może spaść o połowę. 

Jedna z norweskich ras psów nazywa się Norsk Lundehund. Wyhodowano go specjalnie do polowania na maskonury w ich norach oraz na te, które po opuszczeniu gniazda nie zdążyły jeszcze dobiec do wody. Sama ich nazwa oznacza w wolnym tłumaczeniu Norweski Pies na Maskonury.

Bezpieczna kolonia
Zbiory własne

Zatruwanie środowiska przez człowieka również wpływa na ptaki, które zimują na otwartym morzu. Wycieki ropy, w którym mogą być skąpane maskonury, obniżają ich odporność na temperaturę, co wpływa na ich wytrzymałość. Należy także pamiętać, że lepka ciecz skleja piórka, co utrudnia lot i pływanie. Nie można również zapomnieć o wpływie zanieczyszczenia na ich pokarm oraz spowodowanych tym czynnikiem zatruciach pokarmowych. Katastrofa tankowca Torrey Canyon w 1967 roku spowodowała śmierć 85% francuskiej populacji maskonurów.

Maskonury cieszą się dużą popularnością wśród ludzi północy. Na norweskich Lofotach co roku odbywa się Lundefestivalen, a więc dosłownie Festiwal Maskonurów. Wierzono także, że maskonury to duchy marynarzy zmarłych na oceanie, którzy powrócili do świata śmiertelników. Monety, znaczki pocztowe z różnych krajów, wspomniane wcześniej pamiątki – maskonury goszczą na wielu wytwarzanych przez człowieka pamiątkach. W 2015 roku powstała również kreskówka Wyspa Puffinów, której tytuł nawiązuje do angielskiej nazwy ptaków.

Maskonur witających turystów na lotnisku w Keflaviku
Autorzy: Natalia i Michał Dworniczakowie

Miejscem, które już polecałem do odwiedzenia, jest wyspa Skellig Michael. Oprócz niesamowitego położenia samego lądu i znajdującego się na nim klasztoru, można tam zawitać właśnie by podziwiać maskonury w ich naturalnym środowisku (Skellig Michael objęte jest rezerwatem). W tym celu polecam wycieczki organizowane na przełomie maja i czerwca z pobliskiego Portmagee. Jeśli sytuacja na świecie się uspokoi, zachęcam do czatowania na bilety w przyszłym roku w kwietniu - bilety na kilka miesięcy wprzód znikają w ciągu kilku dni!

piątek, 12 czerwca 2020

Svinfylking

Źródło obrazka: https://www.youtube.com/watch?v=9W_gueLeC_0, data odczytu: 12.06.2020.

Dzik jest dziki, dzik jest zły,
Dzik ma bardzo ostre kły.
Kto spotyka w lesie dzika,
Ten na drzewo szybko zmyka.

Tak pisał nasz rodak, Jan Brzechwa, w jednym z wierszyków dla dzieci. Dzik w wielu kulturach był zwierzęciem symbolicznym – jego masywny wygląd, siła i ostre kły inspirowały ludzi od wieków. W mitologii greckiej Herakles miał schwytać dzika zamieszkującego zalesione stoki góry Erymantos. Jakiś czas temu opisałem nordyckiego Gullinburstiego – wierzchowca boga Freja, który był złotym dzikiem zbudowanym przez krasnoludy. Zwierzę często gościło na hełmach wojowników, mając zapewniać im przychylność Freja (takie nakrycia głowy miała nosić drużyna legendarnego Beowulfa). Niektórzy jednak szli o krok dalej, utożsamiając się z samym zwierzęciem. I podobnie jak Berserkerowie na swojego zwierzęcego patrona obrali niedźwiedzia, tak Svinfylkingowie próbowali upodobnić się do dzika. Zdecydowanie więcej źródeł mówi o naśladowcach niedźwiedzi lub wilków (Úlfhéðnar), jednak i o Svinfylkingach można znaleźć kilka informacji.


Źródło obrazka: https://en.wikipedia.org/wiki/Svinfylking,
data odczytu: 12.06.2020.


Svinfylking (nord. Świński Łeb, Świński Szyk) to także określenie formacji bojowej. Część wojowników, którzy ją stosowali, walczyła cofnięta w szeregach z tyłu oddziału, tworząc uszy świni, a większość stanowiła głowę w kształcie klina. Dowodzący (zawsze w liczbie dwóch) stali na przodzie świńskiego pyska. Pozycja ta nazywała się Rani, czyli dokładnie tłumacząc... Ryj. W momencie przebicia się przez mur tarcz przeciwnika pierwsi śmiałkowie obiegali wrogów po łuku, atakując ich od tyłu. Tym sposobem Ryj formacji stawał się kłami dzika (co ładnie przedstawiono na  grafice poniżej).

Źródło obrazka: https://twitter.com/vikingverse/status/1093172952827195392,
data odczytu: 12.06.2020


Wojownicy byli grupowani ze względu na przynależność do rodów – krewni mogli stać w jednej linii, lub też wchodzić w skład jednego ucha formacji. Za wynalazcę takiego ustawienia wojowników uważało się samego Odyna. Celem formacji było przełamywanie linii wroga, naśladując dzika uderzającego swymi kłami we wroga. Taktyka ta sprawdzała się w zasadzie tylko w tym celu – otaczanie przeciwnika klinami było mało skutecznie, a odwrót przy takim rozmieszczeniu wojowników był mało skuteczny i bezpieczny.

Źródło obrazka: https://www.rune2.com/topic/a-helmet-design-concept-complete-with-pictures/,
data odczytu: 12.06.2020.
W miejscowości Torslunda na szwedzkiej wyspie Olandia znaleziono cztery płyty wykonane z brązu, powstałe między VI a VIII wiekiem n.e.. Na jednej z nich znajduje się właśnie wizerunek Svinfylkingów z włóczniami oraz hełmami w kształcie dzików. Inne płyty pokazują człowieka wśród niedźwiedzi (zapewne Berserkera), wojownika przebranego za wilka (Úlfheðinna) oraz samego Odyna, pozbawionego jednego oka, z rogatym hełmem na głowie.

czwartek, 28 maja 2020

Szukając swych korzeni - przygoda z testem DNA

Źródło obrazka: https://www.publicdomainpictures.net/en/view-image.php?image=42718&picture=dna,
data odczytu: 28.05.2020

Ludzie od zawsze zastanawiają się skąd pochodzą. Takie rozważania mogą tyczyć się ludzkości jako gatunku, poszczególnych narodowości, jak i indywidualnych osób. To pytanie zadawałem sobie samemu, łącząc strzępy informacji o mojej rodzinie... Przynajmniej te, które nie są dla mnie tajemnicą. Moje przypuszczenia, bazujące na opowieściach, kierowały się zawsze ku wschodnim ziemiom Rzeczpospolitej, a ślady ginęły w mrokach XVI wieku. Współcześnie technologia daje nam możliwości, by odtworzyć albo przynajmniej spróbować przybliżyć nasze pochodzenie. Poniżej chciałbym opisać Wam moją przygodę z badaniem swojego DNA, krok po kroku, by każdy mógł dokładniej wiedzieć, ile pieniędzy i czasu jest potrzebne, by lepiej poznać swoją krew.

W zeszłym roku na Youtube nie raz i nie dwa widziałem reklamy testu DNA MyHeritage (ang. Moje Dziedzictwo). W końcu postanowiłem sprawdzić, ile taka przyjemność kosztuje. Cena rzędu kilkudziesięciu euro odstraszyła mnie na jakiś czas, jednak pod koniec 2019 roku wróciłem do tematu. W połowie grudnia zdecydowałem się skorzystać z przedświątecznej promocji  na stronie MyHeritage. Cena, która wyświetlała się na portalu była wyrażona w euro (49,00 €), a przy zamówieniu zostały jeszcze doliczone koszty dostawy 13,95 €. Kwota następnie została przeliczona na dolary i ostatecznie zapłaciłem 86 $. I tak oto 15 grudnia zamówiłem swój własny pakiet testu DNA.

Zestaw testu DNA

 Nie był to jednak koniec wydatków, ponieważ bank naliczył opłatę za przelew walutowy a także obciążył mnie kosztami transakcyjnymi banku w Teksasie (na co musiałem się zgodzić). Żałowałem wtedy, że nie rozważyłem inne możliwości zapłaty, niż tradycyjny przelew bankowy, ale było już za późno. Ogólnie, cała transakcja zamknęła się w ok. 380,00 PLN. Dni mijały, a ja czekałem na potwierdzenie, czy firma otrzymała przelew. W końcu 30 grudnia dostałem e-mail z podziękowaniem za zakup oraz informacją, że pakiet DNA otrzymam w szacunkowym czasie 8-12 dni. Następnego dnia paczka została wysłana.

Mijały dni, a później tygodnie. Mając pewne wątpliwości czy paczka gdzieś nie zaginęła po drodze, postanowiłem skontaktować się z MyHeritage, by dowiedzieć się, czy są w stanie podać mi numer przesyłki. Niestety jedyna forma kontaktu to telefoniczna i wbrew tego, co napisane jest w e-mailu – infolinia nie jest darmowa. Po nieudanej próbie zlokalizowania paczki postanowiłem poczekać jeszcze jakiś czas.

Oczekiwanie wydłużało się. Odwiedziłem odział Poczty Polskiej 25 stycznia, jednak paczki nie było (z doświadczenia wiem, że czasami listonosz nie zostawia nawet awizo w skrzynce - to też od czasu do czasu odwiedzam pocztę, by sprawdzić, czy nie czeka na mnie jakiś list-niespodzianka). Podczas następnej wizyty, tydzień, później w końcu odebrałem mój pakiet. Niestety, z powodu przeziębienia minął kolejny tydzień, nim zdecydowałem się pobrać próbkę - nie chciałem, by stan zdrowia wpłynął na wyniki testu.

Zawartość opakowania

Nadszedł w końcu dzień, by rozpakować zestaw. Nie ukrywam, że najpierw obejrzałem kilka filmów na Youtube, nagranych przez osoby, które zrobiły test, by mieć lepsze wyobrażenie, czego się spodziewać. Pakiet zawiera instrukcję, kartę z kodem aktywacyjnym, dwie fiolki, patyczki do pobrania wymazu oraz hermetyczny woreczek i gazy do pochłaniania wilgoci. Do każdego zestawu przypisany jest indywidualny kod aktywacyjny, po którym laboratorium rozpozna naszą próbkę DNA. Około 30 minut przed pobraniem wymazu nie można jeść, pić a także palić papierosów. Próbki pobiera się robiąc wymaz z wewnętrznej strony policzka, a następnie umieszcza w dwóch fiolkach, które zawierają bliżej mi nieznany płyn (zapewne coś, co konserwuje ślinę). Fiolki umieściłem następnie owinięte gazami w woreczku. Tego samego dnia zostały wysłane do Houston w Teksasie.

Potwierdzenie przyszło 25 lutego – laboratorium otrzymało fiolki z moimi próbkami. Otrzymałem również informację, iż wyniki będą w ciągu następnych 3-4 tygodni. W międzyczasie drogą mailową przyszła oferta rozszerzenia wyników testu o 32 dodatkowe raporty (uwarunkowania genetyczne, podatność na choroby, potencjalna długość życia) za 60  € - nie byłem zainteresowany (gdyż pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć :).

W ciągu następnych dni otrzymywałem serię powiadomień. Pierwsze było o badaniu próbki pod kątem potencjalnego skażenia i czy można z niej pobrać DNA. Następnie po potwierdzeniu, że wszystko jest w porządku, DNA było wyodrębniane. Do celów badawczych DNA zostało powielone (czy to znaczy, że zupełnie przypadkowo cząstka mnie została sklonowana? :). Powielona Sklonowana próbka została następnie poddana analizie i dnia 8 marca wyniki były gotowe.

Jaki był efekt końcowy i co ostatecznie otrzymałem? Po zalogowaniu się na portalu MyHeritage mogłem zobaczyć kilka nowych funkcjonalności. Po pierwsze - mapkę, z zaznaczonymi terenami grup etnicznych, do których należę; wykaz procentowy, jakie udziały miały poszczególne grupy etnicznych na powstanie moich genów, a także dostęp do bazy DNA Match, która daje możliwość porównania się do innych osób, które już zrobiły test. Czy byłem zaskoczony wynikami? Tak, bowiem okazało się, że mam sporą domieszkę bałkańskiej krwi, o której nic nie wiedziałem (kiedy to się stało? w którym wieku?!). Jednak podobieństwa do osób z DNA Match nie były duże, jeśli chodzi o Bałkany. Natomiast znalazłem osoby o zbliżonym DNA z Polski (tu chyba nie można mówić o zdziwieniu), Niemiec, Rosji, USA (ludzi o wyjątkowo amerykańskich nazwiskach, takich jak Górski), Ukrainy oraz Szwecji.

Mapka z zaznaczonymi obszarami mojego przybliżonego pochodzenia etnicznego.

Podsumowując, od momentu zamówienia testu do wyników minęły prawie trzy miesiące, a sama zabawa kosztowała niecałe 400 PLN (chociaż jak opisałem wyżej, jest możliwość zredukowania tych kosztów, wybierając inne metody płatności). Uważam, że przygoda z testem DNA była bardzo ciekawa i nie żałuję wzięcia udziału w tym interesującym eksperymencie. Wyniki potwierdziły to, co wiedziałem już wcześniej oraz moje przypuszczenia. Musze jednak zaznaczyć, że test nie daje całkowitej pewności. Nawet w jednej wiadomości od MyHeritage było zaznaczone, że określone podobieństwa to tylko przypuszczalne pochodzenie. W przyszłości chciałbym powtórzyć ten test, zapewne decydując się na zestaw innej firmy, by potwierdzić lub wykluczyć pewne rzeczy.

Ufam, że opisane przeze mnie doświadczenie pomoże tym z Was, którzy również myślą o sprawdzeniu swojego DNA lub są w trakcie tej przygody, a opisanie szczegółów całej procedury da lepsze wyobrażenie, jak takie badanie przebiega.


No i na sam koniec, podchodząc do tematu z dystansem, jako że wyszło mi niewielkie podobieństwo do osób z Europy Północnej a także do osób z bazy danych zamieszkujących Szwecję, nie mogę się oprzeć by nie wrzuć tego obrazka:

Kiedy otrzymasz wyniki badań o swoich przodkach i odkryjesz, że w 3% jesteś Skandynawem
Źródło obrazka: https://cheezburger.com/7824133/32-tail-wagging-good-boi-doggo-memes-to-keep-the-party-going,
data odczytu: 28.05.2020



piątek, 22 maja 2020

Skål!

Źródło obrazka: https://skal.bandcamp.com/, data odczytu: 22.05.2020.

Dziś omówimy sobie pewne wyobrażenia, które utarły się, jeśli chodzi o Epokę Wikingów. Gdybym miał wskazać najbardziej popularne staronordyckie słowo, które ciągle jest w użyciu, postawiłbym na Skål. Okrzyk ten towarzyszy wznoszeniu toastów przez współczesnych mieszkańców wszystkich krajów skandynawskich, a także został rozpromowany przez filmy (pojawił się w Sekretnym Życiu Waltera Mitty’ego a przede wszystkim używany był w serialu Wikingowie).

A skoro już jesteśmy przy temacie alkoholu, to nie można pominąć miodu pitnego. Napój pojawia się często w mitach nordyckich – jeden z nich opowiada nawet, w jaki sposób powstał ten złocisty trunek. Miód uważany był za źródło poezji (a więc to taka wena w płynie). W Skandynawii budowano specjalne sale biesiadne, które nazywały się Mjødhaller – Miodne Dwory. W poemacie Beowulf Miodny Dwór Heorot króla Hrodgara jest nękany przez trolla Grendela. 

W kulturze utarł się stereotyp wikinga pijącego hektolitry miodu. Miód był cenionym trunkiem, jednak na co dzień piło się przede wszystkim piwo. Było tańsze w produkcji i łatwiej dostępne. W wielu miastach podawano je także dzieciom do picia – trunek zawierał mniej bakterii niż sama nieprzegotowana woda i był bardziej kaloryczny, co pozwalało dostarczyć energii w zimnym północnym klimacie.

Wizualizacja Miodnego Dworu z "Beowulfa"
Źródło obrazka: https://www.ancient-origins.net/ancient-places-europe/finding-beowulf-some-famous-anglo-saxon-heroic-epic-based-truth-008580, data odczytu: 22.05.2020.

Innym znanym poglądem jest stwierdzenie, że wikingowie pijali z czaszek swoich wrogów. Skąd się to wyobrażenie wzięło? Poezja ludów nordyckich zawiera wiele przenośni (tzw. kenningi) które były dla nich zrozumiałe, ale już dla obcych niekoniecznie. XII-wieczny poemat Krákumál opowiada o ostatnich chwilach Ragnara Lodbroka. Tuż przed śmiercią dzielny wiking przemawia o radości umierania. Żywi nadzieję, że jego śmierć zostanie w krwawy sposób pomszczona a jego dusza trafi do Walhalli. Jeden z wersów poematu brzmi[1]:

Drekkum bjór af bragði ór bjúgviðum hausa.

Co można przetłumaczyć jako:

Pić będę z zakrzywionych gałęzi czaszek. 

Zakrzywione gałęzie czaszek to metafora zwierzęcych rogów, które faktycznie służyły jako naczynia i z których pijano (sam mam dwa takie rogi pitne i obiecuję sobie, że już więcej nie kupię... Przynajmniej do momentu wizyty w następnym skansenie wikingów). W Skandynawii znaleziono wiele rogów pitnych a także ich wizerunków na kamieniach runicznych. Obecnie są popularne na  festiwalach i podczas rekonstrukcji historycznych (dla zainteresowanych, można takowe nabyć w Jomsborgu na Wolinie).


Nie chcę Cię pouczać, ale czaszka twojego poległego wroga jest wielokrotnego użytku i o wiele bardziej ekonomiczna.
Źródło obrazka: https://fineartamerica.com/featured/not-to-lecture-avi-steinberg.html, data odczytu: 22.05.2020.

W XVII wieku duński uczony Ole Worm błędnie przetłumaczył Krákumálę na łacinę i miast napisać o piciu z zakrzywionych gałęzi czaszek, stwierdził, że Ragnar będzie pił w Walhalli z czaszek zabitych wrogów... Zakrzywione gałęzie czaszek czy Czaszki zabitych wrogów - kto by zauważył różnicę?

Rogi pitne nie były jednak jedynym naczyniem, z którego spożywano miód. Podczas uroczystości w Miodnych Dworach często podawano miskę z trunkiem dookoła stołu, od jednego biesiadnika do drugiego. Każdy podnosił ją, przykładał do ust i wznosił toast. I w tym momencie wrócimy sobie do początku tego tematu, rzucając więcej światła na skandynawski toast. Skål to nic innego, jak staronordyckie słowo określające miskę. Być może także podobieństwo tego słowa do innych nordyckich i angielskich słów odegrało rolę w utrwaleniu stereotypu o wikingach pijających z czaszek. Słowo Skalli to w języku islandzkim Łysina, a norweskie Skallen to właśnie określenie Czaszki. Zestawiając je z angielskim słowem Skull, można łatwo zrozumieć skąd wzięło się to mylne wyobrażenie.

Popularna szwedzka biała miska z zaokrąglonymi krawędziami (sv. Skål, rundad kant vit)
Źródło obrazka: https://www.ikea.com/se/sv/p/ikea-365-skal-rundad-kant-vit-20278351/,
data odczytu: 22.05.2020



[1] Did Vikings drink from the skulls of their enemies?, Źródło: http://www.worldtreeproject.org/exhibits/show/miscon/drinkingskulls, data odczytu: 22.05.2020.

piątek, 8 maja 2020

10.000 odwiedzin




10.000 wyświetleń – mój blog przekroczył magiczną i okrągłą granicę odwiedzin. Dzisiejszy temat nie będzie poświęcony żadnym historycznym wydarzeniom, osobom, czy mitologicznym istotom. Dziś chciałbym podsumować jak dotarłem do tego momentu.

A zaczęło się w latach 90., kiedy to w Polsce wydawany był szwedzki komiks Bamse, opowiadający o niedźwiadku, który zyskiwał niebywałą siłę po spożyciu magicznego miodu (jak typowy mieszkaniec Skandynawii). Trolle, smoki, fiordy… Jako dziecko zaczytywałem się w przygodach Bamsego. To był mój pierwszy kontakt ze Skandynawią. Następne co pamiętam w temacie to film Pogrzeb Wikinga. Było to coś innego, różniącego się od chrześcijańskiego obrządku pogrzebowego. Coś strasznego a jednocześnie fascynującego. Film przedstawiał starego marynarza, który życzył sobie, by po śmierci wyprawiono mu pochówek rodem ze Skandynawii – spalono jego ciało na łodzi.

Bamse - pierwszy Szwed, którego miałem okazję poznać
Źródło obrazka: https://hero.fandom.com/wiki/Bamse, data odczytu: 09.05.2020

Kolejne kilkadziesiąt lat to powolne poszerzanie wiedzy, czytanie książek i oglądanie filmów. Prawdziwy kontakt ze Skandynawią miałem dopiero w 2007 roku, po wygranym konkursie w Radiu Zet - główną nagrodą była wycieczka do Szwecji. Niesamowite przeżycie, pomimo, iż udało mi się zobaczyć tylko fragment Skanii, pomiędzy miastami Ystad i Malmö. W 2015 roku odbyłem szaloną wyprawę przez Norwegię (a później wracałem m.in. przez Szwecję), którą w większości opisałem już na blogu.

Joanna Gondek, Gullinbursti, 2020 rok

I tym sposobem doszliśmy do powstania samego bloga, która oficjalnie zawitał do Internetu 19 grudnia 2014 roku, tuż przed przesileniem zimowym. Pierwszym tematem był koniec i początek nordyckiego roku – Yule. Kolejny rok przyniósł przekroczenie 1000 wyświetleń na blogu. 2016 rok z kolei był czasem, gdy doszło do długiej przerwy trwającej aż do początku 2019 roku. Reaktywację mogę nazwać sukcesem - ponad połowa tematów na blogu pojawiła się w ciągu ostatniego roku. Cieszy również fakt, że oprócz treści mój blog stał się miejscem do pokazywania autorskich grafik (które przeplatają akapity także i tego tematu). Oprócz skandynawskich wierzeń pojawiło się już kilka tematów poświęconych moim wyprawom, słowiańskiej mitologii, a jeszcze w tym roku zamierzam wejść w nowy obszar, poświęcony istotom z irlandzkiego folkloru… A to tylko jeden z kolejnych kroków, które zamierzam podjąć. Ufam, że nowe materiały, jak i nowe kategorie tematyczne również Was zainteresują.

Przejdźmy teraz do statystyk. Średnio miesięcznie odwiedzają mnie 153 osoby. Najmniej gości było w październiku 2015 roku – 35, a najwięcej w marcu tego roku – 735 wyświetleń. Muszę również zaznaczyć, że okres od stycznia do kwietnia tego roku to cztery miesiące o najlepszej frekwencji w historii całego bloga. Jeśli chodzi o dni tygodnia, to większość odwiedzin ma miejsce w weekendy. Co się tyczy artykułów, niekwestionowanym królem jest temat o Szale Bitewnym. Od lutego 2015 roku nie było miesiąca by nie znalazł się w dziesiątce najchętniej odwiedzanych postów. Z tematów, które cieszą się podobnym powiedzeniem wymienię RydwanyBogów, Hávámalę, opisy Gullinburstiego oraz Krakena

Kurs na Lofoty, sierpień 2015

W 2019 roku powstała strona na Facebooku. I chociaż wejścia na nią również zwiększają się z miesiąca na miesiąc, to jednak głównym źródłem wejść na bloga ciągle jest wyszukiwarka Google. Ponad połowa wyświetleń to odwiedziny z Polski – co jest dość oczywiste, jako iż stronę prowadzę w swoim ojczystym języku. Na kolejnych miejscach są kraje takie jak Rosja, Niemcy, USA, Francja, Irlandia, Wielka Brytania i Ukraina. Do niedawna w pierwszej dziesiątce była również Norwegia i Brazylia, które obecnie ustąpiły Indonezji i… Nieznanemu Regionowi. Bardzo dziękuję wszystkim czytelnikom – zainteresowanie osób na całym świecie dodaje chęci do dalszego tworzenia materiałów… Nawet jeśli chodzi o odwiedziny osób z Nieznanego Regionu, kimkolwiek te osoby są J


Joanna Gondek, Vardøger, 2020 rok


Równie ciekawa jest analiza słów, dzięki którym blog jest znajdywany w czeluściach Internetu. Moim niekwestionowanym faworytem są zapytania w stylu Czym się karmi fiord – Niezmiernie mnie cieszy, że ludzie znajdują u mnie odpowiedzi na tak trudne pytania. Z pozostałych bardzo popularnych wyszukiwań muszę wymienić: Biesiekierz Wikingowie, Samookaleczenia Wikingowie, Drakkary, Język Trolli, Nordyckie Runy, Jak dojechać do Skamieniałego Miasta/Krąg Żywiołów Ciężkowice (nawiązujące do mojej wyprawy do tamtejszego rezerwatu) oraz tajemniczy Gang słog… Stawiam butelkę miodu pitnego temu, kto mi wyjaśni, co znaczy to ostatnie i w jaki sposób powiązane jest z moim blogiem.

Gdyby ktoś na koniec mnie zapytał, jak to jest prowadzić bloga, to musiałbym sparafrazować klasyka to… Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi… I oto cała prawda, bo bez Was, nie byłoby mnie piszącego dziś te słowa. Każda wizyta pokazuje mi, że historie, które opowiadam, znajdują odbiorców. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe odwiedziny i zainteresowanie stroną. Mile widziane były (i dalej są) wszystkie konstruktywne uwagi, które otrzymywałem przez ten czas - wskazywanie błędów, sugestie (w tym te dotyczące założenia kanału na Youtube) oraz jedna propozycja tematu, która jak do tej pory się pojawiła (odnośnie artykułu o Dannebrog). Jeśli chcecie, bym poruszał następne konkretne tematy - zachęcam do pozostawia komentarzy lub do kontaktu mailowego.



Tymczasem zapraszam do odwiedzania bloga, gdzie co dwa tygodnie będzie pojawiał się nowy temat. Na sam koniec zapraszam również do polubienia strony na Facebooku oraz portfolio naszej ilustratorski, Asi Gondek. 

piątek, 24 kwietnia 2020

Vardøger



Joanna Gondek, Vardøger, 2020 rok

Wyobraźcie sobie, że oczekujecie przybycia gościa. W końcu pojawia się… A po chwili w niewyjaśniony sposób znika. Następnie znów widzicie gościa, który do Was przychodzi. Pytacie go o niespodziewane zniknięcie, a on o niczym nie ma pojęcia, gdyż dopiero co przybył. Wy jesteście w szoku, bo nie rozumiecie, co przed chwilą się wydarzyło, a on zastawia się, czy nie robicie sobie z niego żartów. Czyżby omamy? Niekoniecznie. W mroźnej Skandynawii wierzono w istotę zwaną Vardøgerem, która mogła spowodować takie oto zamieszanie.

Nazwa Vardøger  pochodzi od staronordyckich słów vǫrð czyli stróż oraz hugr czyli duch. Te dwa słowa zostały połączone w idiom vardøger. Jak możemy to przetłumaczyć? Najdokładniejsze byłoby głos/obraz osoby przed jej przybyciem. I właśnie to określenie najlepiej oddaje istotę stworzenia, które naturę dziś omówimy.

Vardøger (zwany też Vardevil, Vardyvle lub Varsel) jest sobowtórem. Podobnie jak germański  Doppelgänger potrafi przybierać postać innych ludzi. Jedna tym, co go wyróżnia, jest czas, w którym się pojawia. Vardøger zjawia się bowiem przed przybyciem osoby, której wizerunek skradł. To tak, jakby mieć déjà vu, zanim coś się zdarzyło. Co jednak odróżnia go od swojego prawdziwego pierwowzoru to zachowanie. Zjawisko niekoniecznie musi łączyć się z widzeniem danego człowieka. Może to być charakterystyczny sposób chodzenia, głos dobywający się z innego pomieszczenia, pomimo, że nikogo tam nie ma, lub posługiwanie się przedmiotami właściciela, pomimo jego nieobecności.

Często zostawia po sobie złe wrażenie i psuje opinię osoby, która po nim przyjdzie. Wierzy się również, że może zwiastować nadchodzące nieszczęście. Zdarzają się jednak i przyjazne Vardøgery, które tylko ostrzegają przed zagrożeniami – te pełnią więc rolę aniołów stróżów (co nawiązuje do pierwszego członu ich imienia).

Jedna z ciekawszych współczesnych relacji o Vardøgerze pochodzi od L. Davida Leitera. Zdarzenie miało miejsce wiosną 1979 lub 1980 roku w Stanach Zjednoczonych. Poniżej przytoczę fragment tej historii[1]:

Tego dnia […] dojechałem do mojego zjazdu na rogatkach w Willow Grove i przejechałem ostatni odcinek drogi ulicami miasta. Zaparkowałem jak zwykle na podjeździe przed naszym domem, wziąłem z samochodu moją teczkę oraz sportową kurtkę i wszedłem przez frontowe drzwi, które zwyczajowo były za dnia otwarte (przez wzgląd na dwójkę dorastających dzieci, które ciągle wbiegały i wybiegały).

Moja żona była jak zwykle w kuchni, przygotowując kolację. Do tego momentu był to scenariusz który powtarzał się tysiące razy przez prawie 20 lat naszego małżeństwa. Usłyszała, jak wchodzę, wyszła z kuchni i zapytała mnie „Co robisz, wchodząc ponownie?”. Odpowiedziałem własnym pytaniem „O czym ty mówisz?”. Na co odpowiedziała „ Wszedłeś około 10 minut temu i poszedłeś na górę”. W tym momencie zacząłem się irytować jej pozornie irracjonalnymi pytaniami i rzekłem „Kochanie, o czym ty mówisz? Dopiero teraz wyłączyłem silnik samochodu na podjeździe i wszedłem do środka!”.

Odpowiedziała z rosnącym zmieszaniem i niepokojem, że chwilę temu wszedłem do domu i poszedłem na górę. Następnie, by potwierdzić to stwierdzenie zawołała naszego syna, który był na piętrze, w swojej sypialni za zamkniętymi drzwiami i spytała go „Czy słyszałeś, jak twój ojciec wchodził po schodach chwilę temu?”. Odpowiedział stłumionym głosem „Tak, mamo”. W tym momencie moja żona zdenerwowała się i nalegała, bym sprawdził wszystkie pokoje na górze w poszukiwaniu intruza, co zrobiłem sumiennie, chociaż niechętnie. Po kompletnej inspekcji, nawet w szafach i pod łóżkami, wróciłem do niej. Na górze nie było nikogo oprócz naszego syna.

W obronie mojej żony (i dla mojego dobrego samopoczucia w małżeństwie) - jest ona jedną z najbardziej racjonalnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Nigdy nie widziałem, by wyobrażała sobie jakieś rzeczy, miała halucynacje lub zachowywała się w nienaturalny sposób – nigdy! Co więcej, nigdy jak dotąd nic takiego nam się nie zdarzyło. To samo dotyczy naszego syna.

Kiedy się uspokoiła, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co się stało. Oprócz początkowej irytacji przez cały czas byłem spokojny. Koniec końców to ona miała dziwne doświadczenie, a nie ja. Powiedziała mi, że przed moim przyjazdem przybyłem do domu w pozornie normalny sposób, a ponieważ słyszała, jak wchodzę przez frontowe drzwi, wyjrzała z kuchni żeby mnie zobaczyć. Powiedziała, że wyglądałem zupełnie normalnie, przynajmniej fizycznie. Co ciekawe, nie wspominała, by moje ubranie było inne niż to co faktycznie miałem na sobie; jeśli więc była jakaś różnica, nie była dla niej widoczna na pierwszy rzut oka.

Co zwróciło jej uwagę, to "moje" nietypowe zachowanie. Podczas "mego" wcześniejszego przybycia spojrzała na mnie z kuchni a "ja" miałem na nią po prostu rzucić okiem z neutralnym wyrazem twarzy i pójść na górę, trzymając moją teczkę i sportową kurtkę (aczkolwiek nie skomentowała tych szczegółów). W każdym razie takie zachowanie było zupełnie do mnie niepodobne. Jak większość ludzi mam swoje przyzwyczajenia. Kiedy wracam do domu, po całym dniu nieobecności, po pracy lub innych sprawach, a moja żona nie jest na zakupach lub w dorywczej pracy, moim normalnym zwyczajem jest powitanie jej „Cześć kochanie, jak leci?”. Potem całuję ją w policzek, a jeśli jest przy zlewie lub kuchence i ma pełne ręce roboty, to całuję ją w szyję. Jest to drobny rytuał, który kultywuje wiele par. W związku z tym, podczas mojego wcześniejszego przybycia, najwidoczniej początkowo założyła, że miałem wyjątkowo ciężki dzień i byłem pochłonięty myślami.

 W dalszej części artykułu autor opisuje jeszcze jedną sytuację ze swoim Vardøgerem, a także przytacza inne przypadki. Zastanawia się również, czy zjawisko nie jest podobne do bilokacji (czyli pojawiania się w dwóch miejscach na raz). Przytacza przykład zjawiska, które jest znane wielu właścicielom zwierząt. Wiele domowych zwierzaków potrafiło przewidzieć podjęcie decyzji o powrocie przez swojego właściciela lub wyczuć moment rozpoczęcia podróży powrotnej. W artykule pada hipoteza, iż oba zjawiska mogą być powodowane tym samym mechanizmem, przez co osoba przybywająca wyprzedza w czasie swoje pojawienie się, tworząc niejako projekcję samej siebie.

Czy więc Vardøger to niezależny byt, duchowy stróż człowieka, czy też projekcja wyprzedzająca nas samych? A może sny na jawie, które nawiedzają nas w oczekiwaniu na czyjeś przybycie?

Na sam koniec zapraszam również do polubienia mojej strony na Facebooku:


https://www.facebook.com/Jak-dorosn%C4%99-zostan%C4%99-wikingiem-786573195057708/


oraz zapoznania się z portfolio Joanny Gondek, która zilustrowała dzisiejszy artykuł:

https://agsoina.artstation.com/projects



[1] The Vardøgr, Perhaps Another Indicator of the Non-Locality of Consciousness, L. David Leiter,  Journal of Scientic Exploration, Tom. 16, Numer 4, 2002, s. 623.

piątek, 10 kwietnia 2020

Domowoj


Źródło obrazka: https://vladtime.ru/nauka/sverhestestvennoe/734613, data odczytu: 09.04.2020

Czy zdarzyło Wam się kiedyś usłyszeć dziwne odgłosy w domu? Albo ku własnemu zaskoczeniu znaleźć monetę w starych spodniach? A może po zrobieniu prania zauważyć, że brakuje skarpetki do pary? Nasi przodkowie wierzyli, że takie rzeczy nie działy się bez powodu i stała za nimi istota zwana Domowojem.

Domowoj, zwany też Domowikiem/Domownikiem, Chatnikiem, Dziadkiem lub Ojczulkiem, był duchem zamieszkującym przede wszystkim domostwa Słowian na Rusi Kijowskiej. Uważano go za dobrą istotę… Tak długo jak długo był dobrze traktowany przez gospodarzy. Domowoje najbardziej lubiły ciepłe okolice pieców i właśnie tam najłatwiej było je dostrzec oraz to właśnie tam trzeba było składać im podarunki. Najlepszym darem była strawa, zostawiana mu co wieczór przed snem. Najedzony Domowoj odganiał złe duchy i mógł pomagać w codziennym życiu swojej rodzinie. Jego zachowanie przepowiadało także przyszłość mieszkańcom domu. Jeśli nagle znikąd dał się słyszeć serdeczny śmiech, nie był to powód do obaw, gdyż głos ten zwiastował pomyślność i dostatek w nadchodzącym roku. Samoistne trzaskanie okien miało z kolei zwrócić uwagę na zabezpieczenie domu przed nadchodzącą nawałnicą. Z kolei wycie dochodzące zza pieca zwiastowało śmierć członka rodziny. Gdy rodzina postanowiła przeprowadzić się w nowe miejsce, a zaskarbiła sobie przychylność Domowoja, ten przenosił się razem z nią, by otoczyć opieką nowe domostwo. Jeśli mieszkaniec domu obudzi się w nocy i ujrzy ducha siedzącego na swojej klatce piersiowej, lub zobaczy cień i będzie czuł nacisk na żebrach to oznaka, że Domowoj chce zapowiedzieć jakieś zdarzenie. Można go wtedy zapytać, czy przynosi wieści o dobrym czy złym wydarzeniu. Jeśli przemówi, to zapowiada szczęście. Jeśli będzie siedział w milczeniu, pomrukiwał lub kaszlał – należy mieć się na baczności, gdyż nadchodzą złe rzeczy.

Źródło obrazka: https://www.slawoslaw.pl/slowianska-pomoc-domowa-domowik-i-spolka/,
data odczytu: 09.04.2020

Głodny Domowoj sprowadzał nieszczęścia i robił ludziom na złość. Drażniły go także kłótnie w domostwie. Jeśli mieszkaniec domu odłożył jakiś przedmiot,  a później nie mógł go znaleźć, chociaż wie, że zostawił rzecz w konkretnym miejscu – zapewne została ona ukryta przez rozjuszonego Domowoja. W ostateczności rozczarowany zachowaniem mieszkańców duch potrafił opuścić gospodarstwo, zostawiając je niechronione przed innymi istotami.

Wierzono, że Domowojem stawał się pierwszy członek rodziny, który przekroczył próg nowo wybudowanego domu. Co się tyczy samej budowy domu – podczas prac należało wrzucić do ziemi cztery monety, po jednej w każdym rogu budowli. Po wprowadzeniu się do nowego domu pierwszy chleb, który został w nim upieczony, należało oddać Domowojowi.

Jako iż Domowoje uważane były za duchy przodów, które nie opuściły rodziny i nie udały się do zaświatów (czyli do słowiańskiej Nawii), wyobrażano je sobie stosownie do ich wieku. Miały wygląd niskich, krępych staruszków, o siwych włosach i brodach, a odziane były w stare i znoszone ubrania – stałym elementem była koszula i kaftan. Od żywych ludzi odróżniała je nieproporcjonalnie większa głowa i spłaszczona twarz. Domowoje potrafiły zmieniać swoją postać i ukazać w się w chałupach jako psy, koty szczury lub pająki. Takiego pająka, nawet jeśli ktoś miałby fobię, nie należało krzywdzić. Czasami nie miał konkretnej formy, a mieszkańcy mogli zauważyć tylko jego cień przesuwający się ukradkiem na tle ściany.

Rzeźba Domowoja na Moście Miodowym w Kalindgradzie
Źródło obrazka: https://www.svoboda.org/a/29845430.html,
data odczytu: 09.04.2020

Domowoj przewodził innym duchom zamieszkującym domostwo. Do jego podwładnych zaliczyć można Korgorusze – pomniejsze duchy domowe, które najczęściej przybierały postać czarnych kotów. Ich działania uzależnione były od nastroju ich przywódcy. Jeśli Domowoj był sowicie karmiony, na jego rozkaz przynosiły pieniądze, lub inne znaleziska do gospodarstwa. Jeśli jednak był zaniedbywany, pomagały mu tłuc naczynia, uszkadzać sprzęty i ogólnie wyrządzać przenajróżniejsze szkody.

Żeńską formą Domowoja, lub wedle innej wersji jego żoną, miała być Domowicha, zwana także Domachą. Oba duchy mogły mieć także córkę, Domowinkę. Typowo polskim odpowiednikiem Domowoja było Bożątko, które mogło być duchem przodka rodziny lub przedwcześnie zmarłego dziecka, mieszkającego drzewiej w danym domostwie. Z kolei południowi Słowianie mieli swojego opiekuńczego Stopana… Ale historie ich istot to już opowieści na inny dzień…

Domowicha
Źródło obrazka: https://www.kaliningrad.kp.ru/daily/26963/4019086/,
data odczytu: 09.04.2020.
I na sam koniec ciekawostka. W naszych czasach zainteresowanie słowiańskimi wierzeniami powraca. Za ciekawą inicjatywę uważam rzeźbę Domowoja, która stanęła w 2018 roku na Moście Miodowym w Kalindgradzie. Z kolei przy Muzeum Bursztynu w tym samym mieście postawiono podobiznę jego towarzyszki, Domowichy. Podobny pomysł pojawił się swego czasu w Katowicach, gdzie w pobliżu Spodka pojawił się Bebok.

sobota, 28 marca 2020

Walkiria z Hårby


Źródło obrazka: https://norse-mythology.net/unique-valkyrie-discovered-in-denmark/,
data odczytu: 26.03.2020.

Pierwszą rzeczą, o jakiej można pomyśleć o wikingach, to ich zuchwałe najazdy na większość europejskich wybrzeży. Jednak wikingowie nie byli tylko wojownikami. To także odkrywcy, kupcy, twórcy i rzemieślnicy. Zachowane artefakty z ich czasów potrafią wprawić w zdumienie. I dziś chciałbym przybliżyć jedno z takich znalezisk, odkopane kilka lat temu na terenie Danii.

Jest 28 grudnia 2012 roku, mroźny zimowy dzień na duńskiej wyspie Fionia. Czwórka archeologów amatorów wyprawiła się z wykrywaczami metali w pobliże zaoranego pola pod miejscowością Hårby. Hårby nie zostało wybrane przypadkowo. W okolicy znaleziono wcześniej wiele pozostałości wikińskiego osadnictwa – narzędzia, biżuterię oraz liczne monety. W pewnym momencie jeden z nich, Morten Skovsby, usłyszał dźwięk wydawany przez wykrywacz. Łopatą zaczął mozolnie rozkopywać zmarzniętą ziemię. Po chwili ujrzał coś małego i połyskującego. Coś, co miało ludzką twarz.

Źródło obrazka:
https://www.reddit.com/r/ArtefactPorn/comments/3v1xo9/the_h%C3%A5rby_valkyrie_silver_figurine_is_the_only,
data odczytu: 26.03.2020.

Twarzyczka należała do niewielkiej figurki Walkirii o wysokości zaledwie 3,4 centymetra. Postać dzierży w prawej ręce miecz, a w lewej tarczę. Odziana jest w suknię z szerokim pasem. Jej uczesanie w kucyk pokazuje, jakie fryzury mogły być modne w epoce wikingów. Znalezisko datuje się na ok. 800 rok naszej ery i nie jest podobne do niczego innego, co do tej pory zostało znalezione w Skandynawii. Wykonana ze srebra, została następnie pozłacana, a niektóre jej elementy pokryto specjalną metalową pastą, nadającą im czarny kolor (tzw. Metoda Niello). Okrągły otwór z tyłu głowy mógł służyć do przeplatania rzemyka lub łańcuszka. Zachowana część figurki (jak widać na zdjęciach część nóg uległa zniszczeniu) waży jedyne 13,4 grama. Morten Skovsby po udokumentowaniu znaleziska przekazał je kuratorowi muzeum w Odense, Mogensowi Bo Henriksenowi.

Na koniec warto także zaznaczyć, iż figurę okrzyknięto Walkirią, chociaż równie dobrze może przedstawiać śmiertelną tarczowniczkę… Albo samą boginię Freyę, która była patronką nie tylko miłości i kobiecości, ale i wojowniczką, przywódczynią Walkirii. 

piątek, 13 marca 2020

Dzień i Noc, Słońce i Księżyc

Nott jadąca na Hrimfaxim, Peter Nicolai Arbo,
źródło obrazka: http://figurativepaintingref.blogspot.com/2013/04/peter-nicolai-arbo.html,
data odczytu: 13.03.2020.

U początku świata, kiedy Bogowie stworzyli ludzi, nie było podziału na dzień i noc. Olbrzym Narfi, jeden z potomków Bergelmira (i być może syn Lokiego), miał piękną córkę imieniem Nott (nord. Noc). Nott była ciemnowłosą olbrzymką o oczach czarnych jak węgiel i śniadej skórze.

W pieśni Alvíssmál krasnolud imieniem Alviss (nord. Wszystkowiedzący) wymienia Thorowi wszystkie imiona Nott, pod jakimi jest znana w różnych światach. I tak ludzkość zwie ją Noc, Bogowie Ciemność, czarodzieje Maskująca, olbrzymi Niejasna, elfy Radość Spania, a krasnoludy Sen Njördun.

Nott wychodziła za mąż trzy razy. Pierwszy raz wzięła ślub z Naglfarim, z którym miała syna imieniem Auðr (nord. Dobrobyt). Powód dla którego małżeństwo nie przetrwało nie jest znany. Z Annarem, jej drugim mężem, miała córkę Jörð (nord. Ziemia), która kiedyś urodzi Thora – Boga burz. Jednak i ten związek nie przetrwał próby czasu i Nott wyszła znów za mąż, tym razem za Dellinga (nord. Świetlisty), który należał do dynastii Asów i był Bogiem zmierzchu. Owocem tego ostatniego związku był syn Dag (nord. Dzień).


Dagr, Peter Nicoal Arbo,
źródło obrazka: https://en.wikipedia.org/wiki/Dagr#/media/File:Dagr_by_Arbo.jpg,
data odczytu: 13.03.2020

Odyn obdarował zarówno Nott jak i Daga – nowo mianowana Bogini nocy otrzymała ciemnego konia imieniem Hrimfaxi (nord. Szronogrzywy), a jej syn otrzymał Skinfaxiego (nord. Lśniącogrzywy) oraz latający rydwan. Oboje podróżują po niebie – najpierw Noc, a za nią zawsze podąża Dzień.

W Midgardzie, w którym istniał już podział na dzień i noc, żył człowiek imieniem Mundilfari (nord. Poruszający się zgodnie z czasem). Miał on dwójkę dzieci – córkę Sol (nord. Słońce) i syna Mániego (nord. Księżyc). Dziewczyna miała podobno promieniować jasnym, ciepłym światłem, a wokół twarzy chłopaka roztaczała się srebrna i chłodna łuna. 

W owym świecie istniała już pierwsza wersja słońca, jednak była to tylko olbrzymia iskra z Muspelheimu, którą ciągnął za sobą rydwan bez kierowcy. Kiedy Asowie dowiedzieli, że ktoś śmiał nazwać swoje potomstwo imionami Słońca i Księżyca, postanowili je odebrać. Dumny Mundilfari z początku nie zgodził się, twierdząc, iż miejsce jego dzieci jest w jego domostwie. By pokrzyżować plany Bogów wydał córkę za mąż za rolnika imieniem Glaur, a syna z siostrą Glaura. Jednak Asowie unieważnili małżeństwa, zabrali Sol i Maniego, uznając że wyjątkowe rodzeństwo stworzone jest do wyższych celów, niż życie na roli.

Sköll i Hati
Copilot 2025


I tak oto Sol została osobą powożącą słonecznym rydwanem, a Mani miał kierować księżycowym wozem. Imiona koni ciągnących pojazd Maniego nie zachowały się po dziś dzień. Z kolei zwierzęta Sol to odpowiednio Árvakr (nord. Wcześnie Wstający) oraz Alsviðr (nord. Rączy). Oba rydwany nieustannie jeżdżą po niebie, ponieważ ścigane są przez dwa olbrzymie wilki – Skölla (nord. Zdrada) oraz Hatiego (nord. Nienawiść) Hróðvitnissonów (nord. Synowie Słynnego Wilka). Podczas Ragnaröku bestie dopadną i pożrą zarówno Słońce jak i Księżyc. Nim to jednak się stanie co jakiś czas doganiają rydwany i je przesłaniają – w Midgardzie dochodzi wtedy do zaćmienia Słońca lub Księżyca (stąd bierze się też inne miano Hatiego – Mánagarmr, czyli Księżycowy Ogar). Wierzono, że obie bestie są potomstwem Fenrira, czyli Słynnego Wilka.

W rydwanie Sol znajduje się magiczna tarcza Svalinn (nord. Chłodząca), która odbija swoją tarczą promienie słoneczne. Gdyby nie rozpraszała światła, żar słoneczny spaliłby Midgard i doprowadził do wyparowania oceanów.  

Nott
Copilot 2025


Dawno temu, przy opisywaniu rydwanów wspominałem o znalezisku z duńskiej miejscowości Trundholm. Była to figurka konia, który ciągnął rydwan z umieszczonym na nim słońcem. Pochodzący sprzed epoki wikingów artefakt udowadnia tylko, jak bardzo w skandynawskiej cywilizacji zakorzeniona była wizja ciał niebieskich poruszających się jako latające rydwany. Nie da się ukryć także podobieństwa do innej mitologicznej postaci, greckiego Boga Słońca Heliosa, który również przemierzał niebo w rydwanie.