czwartek, 7 października 2021

Vittra

 

Źródło: https://hedendom.tumblr.com/post/85117157126/vittra,
data odczytu: 06.10.2021

Lasy w dawnych wierzeniach były  zamieszkane nie tylko przez zwierzęta, które spotykamy i dziś, ale i przez magiczne istoty. Niezrozumiałe zjawiska czy sytuacje, które przytrafiały się ludziom były im niejednokrotnie przypisywane. W dzikich regionach Szwecji można było spotkać Vittry, które sobie dziś omówimy.

Vittry (liczba pojedyncza w szwedzkim Vittra, liczba mnoga Vittror) to niewidzialne istoty, które za domostwa obrały sobie jamy pod ziemią. Nazwa pochodzi od staronordyckiego vættr, które jest powszechnym określeniem na wszystkie magiczne istoty, od elfów po trolle. Spędzają swoje życie pasąc zwierzęta, które również są niewidzialne. Ich krowy (tzw. vittekor) są wielkości psów, ale dają o wiele więcej mleka niż te, hodowane przez ludzi. Żyją w gromadkach i w podaniach często spotyka się motyw, iż człowiek natrafił na całą rodzinę Vittrów. Tradycyjnie widuje się je odziane przeważnie w czerwone ubrania (rzadziej w żółte lub szare). Stronią od ludzi, zamieszkując zazwyczaj dzikie ostępy. Niektórzy mogą usłyszeć, jak stworki nawołują swoje krowy lub nawet jak słychać dzwonki niewidzialnej trzody przeganianej na dzikie pastwiska. Nie są wobec człowieka niebezpieczne, chyba że ten wejdzie im w drogę. Jednym z przesądów w Szwecji jest, iż przed oddawaniem moczu w lesie lub wylaniem pomyj na zewnątrz domu należy powiedzieć uważaj, by przypadkowo nie nasikać na stworzenie, lub jego trzodę. Tak samo nie należało podnosić z ziemi jedzenia, czy monet, gdy upuściło się je w lesie. Jeśli Vittra je spostrzegł – były już jego, przynajmniej w jego mniemaniu. Zabranie ich mu sprzed nosa mogło skutkować rzuceniem na człowieka klątwy.

Czasami Vittra mógł pożyczyć od człowieka krowę. Takie zwierzę wracało do właściciela po trzech dniach, w magiczny sposób dając później o wiele więcej mleka, niż przed uprowadzeniem. Również i człowiek mógł pozyskać Vitterkor. Widząc magiczną krowę należało rzucić na nią przedmiot z zimnej stali. Taka istota nie mogła uciec ani stać się niewidoczna. Po zabraniu jej do domu można było spodziewać się wizyty Vittry, właściciela krowy. Ten oferował, że zwierzę będzie dawało człowiekowi codziennie równo pełne wiadro mleka. W zamian istota oczekiwała, iż całe potomstwo, które urodzi się zwierzęciu, zostanie jej przekazane.

Lasy i zieleń ustępują miejsca ludzkiej zabudowie. Tam, gdzie kiedyś były puszcze teraz można spotkać domostwa. W miejscach dawnych pól stoją bloki czy budowane są ulice. To również potrafi rozsierdzić Vittry. Jeśli człowiek wybuduje swój dom za blisko ich siedziby, przez co ograniczy ich miejsce, zagrodzi im pastwiska dla wypasania niewidzialnego bydła, czy też będzie zakłócał ich spokój, mogą się mścić i robić na złość. Są w stanie uprzykrzać ludziom życie, powodować wypadki lub zsyłać choroby. Nawet współcześnie ludzie potrafią opuszczać swoje domy, uważając, że przypadkowo zostały wybudowane w vittraställe (szw. Miejsce Vittry). W lesie należy uważać także na biegające po ziemi robaki, jak żuki, mrówki czy larwy innych owadów, ponieważ Vittry potrafiły przybierać ich postać. Nadepnięcie jednego z nich mogło również sprowadzić na człowieka chorobę. Zaginięcia osób także przypisywano tym istotom. Chrześcijaństwo wprowadziło element ochronny, który można stosować przed natrętnym i szkodliwym zachowaniem Vittrów, mianowicie biały krzyż umieszczony w domostwie.

Nie wszystkie Vittry upodobały sobie życie w lesie. W ludowych wierzeniach istniała także odmiana, która zamieszkiwała dna jezior, a zwano ją Vitterjärnar. Jeśli przed rozpoczęciem połowu czy wędkowaniem wrzuciło się do wody srebrną monetę, można było liczyć na pomoc stworków i złapanie wielu ryb.

Wiara w Vittry jest ciągle obecna w Skandynawii. Szykując się do pisania tego artykułu natrafiłem na kilka historii osób, żyjących w XX wieku, które przysięgały, że spotkały je na swojej drodze czy też przez swoją nierozwagę ściągnęły na siebie ich gniew. Ciągle mogą być dla nas przestrogą – by zachowywać się rozsądnie w lesie i szanować przyrodę.

Na sam koniec chciałbym zaprosić na mój profil na Facebooku, a także podziękować Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojego bloga.

piątek, 24 września 2021

Widukind

 

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Widukind,
data odczytu: 24.09.2021

W 772 roku Frankowie, pod dowództwem Karola Wielkiego, zajęli tereny saskiego plemienia Angrarenów. Centralnym ośrodkiem kultu politeistycznej religii tego germańskiego plemienia był Irminsul – święty dąb lub filar go imitujący. Drzewo lub przedstawiający go monument rosło gdzieś na pograniczu Saksonii i Westfalii. Frankowie, szerząc swoją chrześcijańską wiarę, ścieli dąb, uznając je za miejsce pogańskiego kultu. W odwecie Sasi spalili siedzibę biskupa Büraburga oraz klasztor w Fritzlarze, przy którym stał drewniany kościół zbudowany z innego świętego drzewa – dębu Donara, zniszczonego przez św. Bonifacego w 723 roku. Rok później Angrarenowie poddali się, a armia Franków została przerzucona do Italii i na germańskie tereny wróciła dopiero w 775 roku.

Jeden z saskich wodzów, Widukind z Westfalii (którego imię znaczy Leśne Dziecię, przez co bardziej uważane jest za przydomek nadany mu, gdy ukrywał się w dziczy), nie pogodził się z narzucaną przez Franków władzą i 777 roku uciekł do Danii, na dwór Sigfreda. Podczas gdy pierwsi przywódcy plemienni zaczęli uznawać zwierzchnictwo Karola i przyjmować nową wiarę, on, jako jedyny z saskich wodzów, chciał pozostać wierny wierzeniom swoich przodków. Kroniki niemieckie wspominają, że poślubił córkę duńskiego króla, Gevę. W następnym roku wrócił do swojej ojczyzny, gdzie zaczął organizować rebelię przeciwko Frankom i chrześcijaństwu. Niestety, pomimo zaciekłości najeźdźcy zyskiwali przewagę i w 782 roku Widukind znów szukał schronienia w Danii. W październiku tego samego roku Karol dokonał masakry 4500 schwytanych buntowników pod miejscowością Verden. Jednak gdy tylko król Franków opuścił germańskie ziemie Widukind znów powrócił, zachęcając swych rodaków do walki. Sasi odchodzili od chrześcijaństwa, misjonarze oraz frankijscy osadnicy byli zabijani a kościoły palone. Późniejszy biskup Bremy, Willehad, który w tych latach prowadził w Saksonii działalność misyjną, uciekł z kraju do Rzymu. W 784 roku Widukind znalazł sprzymierzeńców w pogańskiej Fryzji. Jako pierwszy z saskich wodzów był wymieniany w frankijskich kronikach jako ten, który pokonywał wojska Karola.

Gdzieś pomiędzy 782 a 785 rokiem opublikowano kodeks prawny Capitulatio de partibus Saxoniae. Jednym z zawartych w nim praw była kara śmierci dla Sasów, którzy odmówili przyjęcia chrztu. Ta brutalna reguła została złagodzona dopiero w 797 roku.

Karol dowiedział się, że wódz Sasów przebywał na prawym brzegu Łaby, wśród plemienia Nordalbingów. Widukind został pokonany w 785 roku. Wedle legendy, która zapewne powstała dużo później, miał w przebraniu żebraka szpiegować obóz Franków. Rzecz zdarzyła się ponoć podczas Wielkanocy. W trakcie przeszpiegów był świadkiem, jak ksiądz odprawiał mszę, trzymając piękne dziecko na rękach. Podczas komunii kapłan przekazywał dziecko do potrzymania każdemu z zebranych. Będąc w szoku po doświadczeniu tego dziwnego rytuału wyszedł z polowej kaplicy i został rozpoznany przez jednego z frankijskich żołnierzy po charakterystycznym wygiętym i zdeformowanym palcu. Przesłuchiwany przyznał się, że przedostał się do obozu, by lepiej poznać chrześcijańską wiarę. Zaprowadzony przez oblicze Karola miał wyrzec się swojej wiary i opowiedzieć mu o wizji mszy. Król Franków zinterpretował ją jako objawienie Jezusa pod postacią dziecka… Jednak prawda nie była tak magiczna. Po klęsce swoich wojsk Widukind przebywał w miejscowości Bardengau. Pomimo lat walk zgodził się poddać pod jednym warunkiem – że nie stanie mu się żadna krzywda. Przyjął chrzest w Boże Narodzenie tego samego roku we frankijskiej miejscowości Attigny (chociaż różne tradycje wymieniają jeszcze jedenaście innych miejsc, w których miało to się stać). Podczas ceremonii jego ojcem chrzestnym był sam Karol Wielki.

Od tej pory nie pojawiają żadne wzmianki, jakoby brał udział w walkach przeciwko Frankom. Wspomniany jest tylko raz, w Żywocie Ludgera, kiedy miał udać się u boku Karola przeciw Wieletom. Być może, podobnie jak bratankowie Karola, został uwięziony w klasztorze, gdzie musiał przebywać aż po kres swoich dni. Zmarł w 807 lub 808 roku, a za miejsce jego pochówku uważa się kościół w miejscowości Enger (chociaż pod wykopaliskach archeologicznych okazało się, iż jego nagrobek skrywał szczątki kobiety, w świątyni pochowani są jeszcze inni ludzie, być może z samym Widukindem wśród nich). XII-wieczna Kronika Cesarstwa opowiada, jakoby miał zginąć z ręki szwagra Karola, Gerolda, prefekta Bawarii.

Widukind już za życia stał się legendą i symbolem oporu przeciw Frankom i chrześcijaństwu. Można się zastanawiać, czemu po wszystkich wznieconych buntach Frankowie nie ścięli Widukinda, jak reszty saskich przywódców trzy lata wcześniej pod Verden. Widząc opór germańskich plemion, nawet pomimo zabijania ich wodzów, Karol zapewne uznał, że lepiej mieć dobry przykład słynnego człowieka, który odda mu hołd i przyjmie jego wiarę. Tym sposobem żywy, ale pokonany Widukind mógł być lepszym narzędziem propagandy, niż martwy męczennik i obrońca starej wiary, który nie odszedł od wierzeń swoich przodków do końca.

Źródło:https://pl.wikipedia.org/wiki/Widukind_(w%C3%B3dz_saski),
data odczytu: 24.09.2021

Po śmierci Widukinda przypisywano mu budowę kościołów wśród germańskich plemion, w tradycji ludowej uznany został nawet za błogosławionego. Znany nam Polakom ze Zjazdu Gnieźnieńskiego Otton III wywodził swój rodowód właśnie od Widukinda (podobnie jak czyniły to i inne niemieckie rody). Nawet po 785, kiedy sam poddał się, rdzenni mieszkańcy Saksonii stawiali opór przez kolejne trzy dekady, zarówno zwierzchnictwu Karola jak i nawracaniu na chrześcijaństwo. Po I Wojnie Światowej stał się ikoną wśród niemieckich nacjonalistów. Utożsamiano go z oporem wobec Franków po przegranej Wielkiej Wojnie i oddaniu Alzacji i Lotaryngii Francji. Dziś można podziwiać jego pomnik w miejscowości Herford w Nadrenii Północnej Westfalii, niedaleko miejsca jego pochówku, a gimnazjum w Enger nosi jego imię.

Na sam koniec chciałbym zaprosić na mój profil na Facebooku, a także podziękować Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojego bloga.

piątek, 10 września 2021

Bronocice

 

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Waza_z_Bronocic,
data odczytu: 10.09.2021

Dziś mała odskocznia od nordyckich wierzeń – dziś udamy się do leżącej nad rzeką Nidzicą wsi Bronocice w województwie świętokrzyskim, gdzie w 1975 roku dokonano niezwykłego odkrycia.

Na terenie tej miejscowości odnaleziono ślady neolitycznej osady. Ślady znalezione w Bronocicach datuje się na 3770 do 3540 r p.n.e., i przypisuje się je tzw. Kulturze Pucharów Lejkowatych. Nazwa tej ludności pochodzi od charakterystycznych flasz z kryzą (szerokim kołnierzem), które wyrabiali[1]. Prace archeologiczne wykazywały, że osada liczyła nawet 500 mieszkańców i była największą miejscowością w regionie, mogła nawet pełnić funkcję lokalnej stolicy. Obszar, jaki zajmowała osada bronocicka, obejmował prawie 52 ha powierzchni, gdzie inne okoliczne miejscowości nie przekraczały 9 ha[2]. Pobliskie tereny leśne i łąki sprzyjały rozwojowi budowli i pastwiskom. Domy stały w zwartej, miejskiej zabudowie. Były podłużne i budowano je z ogólnie dostępnego drewna, w przeciwieństwie do kamiennych budowli z mało zalesionego Bliskiego Wschodu. Dachy kryto strzechą. Niektóre z budynków mogły być piętrowe. Wszystkie zabudowania otoczone były wałem z drewnianą palisadą, który poprzedzał wykopany rów w ziemi. Na terenie osady znajdował się także cmentarz, a na nim między innymi zbiorowe groby. Oprócz pozostałości budowli na terenie Bronocic znaleziono także wiele przedmiotów codziennego użytku, m.in. ozdobne wyroby ceramiczne, kamienne groty, fragmenty narzędzi, w tym przyrządów tkackich.

Najciekawszym z artefaktów znalezionych podczas prac archeologicznych jest zapewne tzw. Waza z Bronocic. Metoda datowania radiowęglowego szacuje jej powstanie na 3491-3060 r p.n.e.[3]. Na  powierzchni naczynia utrwalono kilka rysunków – wyobrażenie drzewa, rzeki oraz plan wsi (zaorane pola oraz drogi). Najciekawszy jest jednak obiekt, który przypomina czterokołowy wóz z dyszlem. Na pojeździe narysowany jest okrągły kształt – być może figura reprezentuje przewożony dzban, piąte koło lub jest symbolem religijnym. I właśnie ten obrazek czyni wazę wyjątkową – jest to najstarszy narysowany wóz kołowy na świecie. Dotychczas uważano, że koło zostało wynalezione w Mezopotamii, jednak zapiski o użyciu koła na tamtych ziemiach mogą być nawet o 300 lat młodsze, a model koła znaleziony w Jebel Aruda (Syria) datuje się między 3340 a 2890 r p.n.e. Podobny wizerunek znaleziono także na ceramice z Ostrowca Świętokrzyskiego oraz w niemieckiej Hesji (jednak tamtejszy wizerunek wozu był dwukołowy). Ponadto w Szlezwiku-Holsztynie znaleziono koleiny po wozie używanym do budowy kamiennego grobowca. Budowlę datuje się na drugą połowę IV tysiąclecia p.n.e., a więc tą samą epokę, w której powstały wymienione ryciny. Te i tym podobne znaleziska pochodzą z terenów Europy Środkowej i Zachodniej i jak do tej pory nie znaleziono podobnych kół, czy ich wyobrażeń na południu Europy. Mogłoby to świadczyć o niezależnych odkryciach koła przez ludy europejskie i mezopotamskie[4]. Kiedyś pisałem o rozprzestrzenianiu się rydwanów bojowych. Te należy jednak przypisać kulturom wschodnim. W Europie dominował model wolnego wozu służącego do przewozu towarów lub do pracy na roli. Dopiero ok. 1300 roku p.n.e. na tereny Europy Środkowej dotarł szybki i zwrotny wóz bojowy, chociaż na ziemiach Mezopotamii był już znany kilka stuleci wcześniej.

Praojcom i archeologom
Dla upamiętnienia odkrycia w 1975 r. 
wielkiego osiedla neolitu
i najstarszych pojazdów świata
na wazie z Bronocic z 3500 r. p.n.e.
przez IAIE PAN Kraków i State Univ. of New York
A.D. MMII

Źródło: https://www.radio.kielce.pl/pl/post-77348,
data odczytu: 10.09.2021

Wróćmy do tematu Bronocic. W pobliżu wazy znaleziono szczątki turów z otartymi rogami. Prawdopodobnie służyły jako zwierzęta pociągowe, a obtarcia sugerują używanie uprzęży. Szczątki innych zwierząt należały do owiec, kóz oraz świń, a także psów i koni. Mieszkańcy neolitycznych Bronocic trudzili się uprawą grochu, jęczmienia, lnu, maku, prosa, pszenicy i soczewicy[5]. Bronocie były także ważnym punktem handlowym. Znaleziono w nim krzemień (jeden z podstawowych materiałów do produkcji narzędzi w tamtych czasach) pochodzący z Jury Krakowsko-Częstochowskiej a także z Wołynia. W tak rozwiniętym gospodarczo i handlowo obszarze znajomość pojazdów kołowych była bardzo ważna i znacznie ułatwiała transport oraz rozwój.

Wiem, że ten temat nie wiąże się bezpośrednio z mitologią nordycką, ani słowiańską. Chciałem go jednak Wam przedstawić, ponieważ już w szkole bolało mnie, że tak mało uczymy się o historii naszych ziem przed Chrztem Polski, a tak dużo czasu program nauczania poświęca Mezopotamii, Egiptowi, Grecji czy Rzymowi. Więc następny raz, kiedy ktoś wspomni Wam o potędze Starożytnego Rzymu pamiętajcie, że to Bronocice i zamieszkująca tereny Polski Kulturze Pucharów Lejkowatych rozwijała się 3000 lat przed osiedleniem się plemienia Latynów w Italii, z którego wywozi się właśnie Imperium Rzymskie.

Tradycyjnie chciałbym zaprosić do odwiedzania mojego profilu na Facebooku a także podziękować Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojej twórczości na Patronite.


[1] Kultura Pucharów Lejkowatych, http://www.archeologia-sandomierz.pl/?sekcja=kultura_puchar%C3%B3w_lejkowatych, data odczytu: 30.01.2019

[2] Bronocice (Cudze Chwalicie…), https://www.bzg.pl/node/543, data odczytu: 31.01.2019.

[3] Waza z Bronocic, http://bronocice.dzialoszyce.info/waza.htm, data odczytu: 30.01.2019

[4] OJCZYZNA WOZU: EUROPA CZY BLISKI WSCHÓD, Rafał Małecki, Wiedza i Życie nr 8/1996.

[5] Bronocicka osada, http://www.bronocice.dzialoszyce.info/osada.htm, data odczytu: 30.01.2019

piątek, 27 sierpnia 2021

Ratatosk


Źródło: https://bavipower.com/blogs/bavipower-viking-blog/ratatoskr-the-most-naughty-gossipaholic-in-norse-mythology,
data odczytu: 26.08.2021

Widujemy je w parkach, widujemy w lasach. Skaczą z gałęzi na gałąź, szukają zakopanego pożywienia, te bardziej oswojone dają się nawet karmić z ręki. Czasami są rude, czasami czarne. Mowa o wiewiórkach. Ten sympatyczny gryzoń występuje w Europie i Azji, znany był również Skandynawom. Jeden z przedstawicieli tego gatunku pojawiał się nawet w wierzeniach wikingów. Dziś poznamy go bliżej – przed Wami Ratatosk.

Zbiory własne

Ratatosk (nord. rata – szczur, toskrząb, kieł, czyli w wolnym tłumaczeniu – Szczurozęby :) był wiewiórką, która biegała po pniu Yggdrasila, świętego jesionu i osi świata w nordyckich wierzeniach. Był posłańcem pomiędzy Wielkim Orłem, siedzącym w koronie drzewa, a smokiem Niðhoggiem, który spijał krew poległych wojowników przy korzeniach. Przekazywane przez niego wiadomości powodowały konflikt między obiema istotami. Zakłada, się, że to złośliwa wiewiórka przekręcała słowa by powodować zwadzę między rozmówcami. Gryzoń uważany był przez wikingów za sprytnego i psotnego stwora. Ratatosk po drodze podgryzał korę i gałązki drzewa, tak samo jak czynił to Niðhogg, by nim zachwiać i strącić Orła z najwyższych gałęzi. Każdy, kto słyszał skrzeczącą wiewiórkę wie, że jej odgłosy mogą wydać się niemiłe lub przedrzeźniające. Zapewne i tak odbierali je wikingowie, przypisując Ratatoskowi rozsiewanie wrogich plotek.

Zbiory własne

Inne role wiewiórki nie są znane, nie bierze on udziału w walkach bogów, olbrzymów czy bohaterów. Być może więc Ratatosk jest najbardziej przebiegłą i destruktywną istotą w cały Kosmosie, nie tylko samemu powoli niszcząc oś łączącą wszystkie dziewięć światów mitologii nordyckiej, ale także powodując konflikty między innymi istotami, by niszczyły Yggdrasil. Niepozorne małe stworzenie nie ma krzepy lodowych olbrzymów, czy magicznych artefaktów bogów, jednak wykorzystuje innych do realizacji swojego celu. Pod Zmierzchu Bogów, Ragnaröku, ma zapanować nowy świat, bez wojen i cierpienia, a podgryzający korzenie drzewa smok Niðhogg zostanie zabity. Na koniec pozostaje więc otwarte pytanie, czy Ratatosk jest sługą zła, który dąży do kresu pewniej ery i zniszczenia praktycznie wszystkiego, co żyje, czy też chce przyspieszyć cały proces upadku i odrodzenia się Wszechświata, poprzez szybsze doprowadzenie do śmierci potwora? Prawdziwych motywów wiewiórki chyba nigdy nie poznamy…



Ratatosk pojawił się w ostatnich latach w dwóch grach komputerowych – God of War oraz Assasin’s Creed: Valhalla. Scenę z tego ostatniego występu możecie obejrzeć poniżej:


Na sam koniec chciałbym tradycyjnie zaprosić do odwiedzania mojego profilu na Facebooku a także podziękować Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojej twórczości na Patronite.

piątek, 13 sierpnia 2021

Rán - Bogini Wzburzonego Morza

 

Alan Gajewski Rán
2021

Skandynawia jest górzystym terenem o bardzo długiej linii brzegowej, poprzecinanej setkami fiordów. Wzdłuż wybrzeża przebiegało wiele wodnych szlaków handlowych. Wielka woda była także nieodłącznym elementem życia w zatokach. Nie może więc dziwić, iż stanowiła istotny element wierzeń wikingów. Jednym z bóstw, które patronowały morzom, była Rán i to właśnie jej chciałbym poświęcić dzisiejszy temat.

Rán była małżonką Ægira, który tak jak ona był bóstwem morskim. Mieli dziewięć córek, których imiona to poetyckie nazwy fal: Blóðughadda (Krwawowłosa), Bylgja (Fala), Dröfn (Pieniąca), Dúfa (Opadająca Fala), Hefring (Podnosząca się Fala), Himinglæva (Przejrzysta), Hrönn (Źródlana), Kólga (Chłodna) oraz Uðr (Spieniona). Również i imię Rán było używane w wielu kenningach. Rán-beðr (nord. Łoże Rán) to określenie dna morskiego. Ránar land (nord. Kraj Rán), Ránar salr (nord. Sala Rán) oraz Ránar vegr (nord. Droga Rán) z kolei określały samo morze. Atrybutem bogini była sieć rybacka, w którą niekiedy była odziana. I podobnie jak rybacy używali sieci do łapania ryb, tak Rán zarzucała ją na statki, by wciągać marynarzy w morską toń. W jednym z mitów Loki, bóg oszustw, pożyczył pewnego razu sieć od bogini, by złapać krasnoluda Andvariego, który potrafił zamieniać się w szczupaka. Ta sama sieć posłużyła później do złapania Lokiego, kiedy ten doprowadził do śmierci Baldura.

W tym miejscu warto podkreślić, że nordyckie zaświaty nie były jednym miejscem, a wieloma krainami, do których można było trafić po śmierci. Najbardziej znana jest Walhalla, gdzie wędrowała połowa ludzi walecznych lub zabitych w walce. Topielcy  trafiali do podwodnego złotego (lub wedle inne wersji, koralowego) pałacu Rán, który mieścił się gdzieś na dnie morza w pobliżu leżącej w cieśninie Kattegat wyspy Læsø, nazywanej przez wikingów Hlésey, czyli Wyspy Hléra (jedno z imion Ægira). Samo imię bogini jest również rzeczownikiem w staronordyckim – rán oznacza kradzież, rabunek. Takie miano nie dziwi – bogini okradła marynarzy z ich życia, a ich rodziny z mężów i ojców, którzy wypływali na otwarte morze, zdając się na kaprysy morskiego bóstwa.

Źródło: https://norsemythologypics.tumblr.com/post/625482648211587072/r%C3%A1n-is-the-sea-goddess-in-norse-mythology, data odczytu: 12.08.2021

Istniał sposób, by ubłagać Rán i prosić ją o darowanie życia. W momencie, gdy morze stawało się niespokojne, a znajdujący się na pokładach statków ludzie spodziewali się śmiertelnego zagrożenia, należało w morską toń cisnąć odrobinę złota. Bogini była chciwa nie tylko na ludzkie dusze, ale i na cenny kruszec. Taka ofiara wedle wikińskich wierzeń mogła ocalić całą załogę od pewnej zguby. Przypuszcza się, iż część znalezisk z duńskich cieśnin, takich jak wydobyte z dna bronie czy biżuteria, również mogły być rzucone w wody specjalnie w celu zaskarbienia sobie łaski Rán. Ciekawostką jest, iż samo złoto w poezji było opisywane kenningiem Ogień Ægira. Być może powodem były właśnie znajdywanie samorodków złota lub błyskotek pod wodą – z nad powierzchni wyglądały jak małe ogniki. Przypuszcza się, iż mogły również zdarzać się ofiary składane z ludzi, w celu zaspokojenia kaprysów morskiej bogini. Handlarze niewolników mieli rzekomo w tym celu wyrzucać za burtę co dziesiątego schwytanego jeńca[1].

Rán w przeciwieństwie do męskich bóstw morza, jak jej mąż Ægir czy Njord, jest bardziej niespokojna. Być może ta różnica wyrażała rozdźwięk, jaki wikingowie widzieli między kobiecą a męską naturą – wszak i dziś powiemy, że kobieta zmienną jest. I może właśnie dlatego przypadło jej patronowanie zmiennym warunkom na morzu, a nie spokojnej pogodzie.

 Na sam koniec chciałbym podziękować Alanowi Gajewskiemu, który zilustrował dzisiejszy temat a także Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie bloga. Jeśli podoba Ci się to, co powstaje na stronie - wesprzyj mnie na Patronite i odwiedź na profilu na Facebooku.


[1] Encyclopedia of Spirits: The Ultimate Guide to the Magic of Faries, Genies, Demons, Ghosts, Gods & Goddesses Judika Illes, Harper Collins Publishers, 2009

piątek, 30 lipca 2021

Nøkk

Nøkken
 Theodor Kittelsen, 1904 rok


Woda od zawsze fascynowała i jednocześnie przerażała ludzi. Podróżnicy wypływali na bezkresne morza i oceany szukając nowych ziem i przecierając szlaki. W ich opowieściach gościły również przerażające morskie stworzenia, jak grasujący na północnym Atlantyku Kraken. Nie inaczej było z mniejszymi zbiornikami jak zatoki, jeziora i rzeki. Stanowiły drogi komunikacji, dostarczały pożywienia, ale i budziły grozę. To w ich głębinach czaiły się przenajróżniejsze istoty, jedne bardziej przychylne człowiekowi, inne mniej. Wśród mieszkańców Skandynawii powszechna była wiara w Nøkki, złowrogie duchy, które topiły śmiertelników.

Nøkki (forma określona w norweskim Nøkken) zamieszkiwały wszystkie słodkie zbiorniki wodne Północnej Europy, od rzek po jeziora. Etymologia nazwy (zapisywanej także jako Nykk lub Niks) wywodzi się od starogermańskiego nikwus oznaczającego mycie, pranie, podmywanie. Z tego samego słowa wywodzą się staro angielskie nicor oraz wysokoniemieckie (grupa języków germańskich) nihhus którym można określić stworzenia wodne jaki i potwory. Nøkki występowały zarówno formie męskiej, jak i żeńskiej. Samce mogły ukazywać się jako grajkowie z skrzypcami, na których wygrywały piękne melodie. Samice, niczym syreny, potrafiły kusić swoimi wdziękami. Przybierały także postaci zwierząt. Nøkk pod postacią białego lub siwego konia mógł porwać człowieka, który go dosiadł i utopić w wodzie. Stwory zmieniały swoją postać nie tylko w inne istoty żywe, ale także w rośliny i przedmioty. Pływająca kłoda, czy opuszczona tratwa również mogły okazać się zakamuflowanym potworem. Jednak w swej prawdziwej formie były oślizgłymi stworami o świecących oczach i ostrych kłach, często z wodorostami zamiast włosów lub brody.

Nøkki przetrwały chrystianizację Skandynawii. Wierzono, że były wyjątkowo groźne dla kobiet w ciąży i nieochrzczonych dzieci. Niektóre podania wspominały, iż Nøkkami stawały się dusze ludzi, które nie zaznały zbawienia po śmierci i zostały skazane na wieczną tułaczkę w pobliżu zbiorników wodnych.

Nøkken
Katherine Rasmussen


Niektóre Nøkki oczekiwały składania ofiar. Miejscowa ludność, by udobruchać stwora i uchronić się przed utopieniami swoich bliskich, ofiarowała co mogła. Mile widziana było upuszczenie krwi do zbiornika wodnego, poświęcenie czarnego zwierzęcia lub wrzucenie w odmęty wody drogiego alkoholu. Zaspokojony Nøkk nie topił miejscowych a nawet potrafił pomóc. Uważano, iż są świetnymi muzykami. Osoby, które chciały uzyskać niesamowite brzmienie swoich instrumentów, zostawiały je nad brzegiem wody. Kiedy po jakimś czasie wracały po nie, były one nastrojone tak perfekcyjnie, jak nie zrobiłby tego żaden śmiertelnik. Czasami potrafiły także uczyć ludzi gry na instrumentach, w zamian za obietnicę modlitwy w ich intencji – wszak jako istoty niedopuszczone do zbawienia chciały znaleźć cień szansy na spokojną wieczność. Na muzyczne talenty potwora trzeba było jednak uważać. Bywało i tak, iż grając zaczarowane melodie na skrzypcach lub harfie zwabiał kolejne ofiary do siebie (chociaż ten drugi instrument często utożsamiany jest z inną istotą, Fossegrimem, ale o nim opowiemy sobie innym razem).

Spotkałem się z dwiema wersjami wydarzeń, co działo się z ofiarami Nøkka. Wedle jednej, były one po prostu zjadane. Natomiast wedle innej wersji trafiały jako nieumarłe sługi do podwodnej siedziby stwora. Opisy wspominają o pałacu o zielonych ścianach znajdującym się na dnie danego jeziora lub rzeki. Tam, przez całą wieczność, zarówno utopieni ludzie jak i zwierzęta, służyły Nøkkowi. By uchronić się przed porwaniem w głąb wody można było nosić przy sobie jakiś stalowy przedmiot. Mogła to być igła, krzyżyk lub małe narzędzie. Rzucone w stronę płynącego stwora skutecznie mogło go odstraszać. Wspomóc można się było również krzycząc na istotę, lub wypowiadając słowa modlitwy.

Od nazwy stwora pochodzi potoczne miano lilii wodnych w Norwegii – kwiaty Nøkka lub róże Nøkka. Ponoć zerwane lilii ze zbiornika zamieszkanego przez tą istotę powodowało jej gniew i dawało kolejny powód, by wciągnąć złodzieja pod powierzchnię wody.

Nøkken krzyczy
Theodor Kittelsen, 1910 rok


Wzmianki o Nøkkach pojawiały się już w epoce wikingów, jednak wyobrażenia, jakie przytaczam, ukształtowały się w renesansie. Przejawiają wiele wspólnych cech ze wspomnianymi Fossegrimami, celtyckimi Kelpie, które też przybierały postacie koni, japońskimi Kappami, czy w końcu naszymi słowiańskimi Utopcami oraz Wodnikami. Wszystkie te istoty mogły pozbawić człowieka życia, topiąc go w swoim zbiorniku wodnym. Dziś można uznać, że straszenie nimi było sposobem ostrzegania przed niebezpieczną wodą i sposobem, by zachować ostrożność, nawet w miejscach, które się zna. Widać to zwłaszcza przy przestrogach przed zbieraniem lilii wodnych – pozornie spokojna woda, na której te rośliny żyją, mogła skrywać niebezpieczne, muliste dno. Dlatego po przeczytaniu dzisiejszego artykułu, niech każdy z Was uważa wybierając się nad wodę – nigdy nie wiadomo, gdzie Nøkk mógł zrobić sobie siedlisko.

Na sam koniec chciałbym tradycyjnie zaprosić do odwiedzania mojego profilu na Facebooku a także podziękować Piotrowi Brachowiczowi, za wspieranie mojej twórczości na Patronite.

piątek, 16 lipca 2021

Miecze Ulfberhta

 

Źródło: https://www.tf.uni-kiel.de/matwis/amat/iss/kap_b/illustr/ib_4_2.html,
data odczytu: 14.07.2021

Kiedy pojawia się droga i dobra rzecz znanej marki, w krótkim czasie rynek zalewają również jej podróbki, niekoniecznie utrzymujące jakość i standard wykonania pierwowzoru. Nie jest to jednak zjawisko współczesne, gdyż i w średniowieczu podrabiano znanych rzemieślników i ich markowe produkty. Doskonałym przykładem mogą być bronie wykuwane przez kowala imieniem Ulfberht.

Do naszych czasów dotrwało 166-170 mieczy wykonanych przez Ulfberhta  i jego naśladowców. Cechą charakterystyczną i swoistym znakiem towarowym ze średniowiecza, jest wygrawerowany na nich napis +VLFBERH+T.  Druga strona ostrza zawiera różne wersje plecionych wzorów lub inne inskrypcje. Miecze ze wspomnianynm napisem znajdywano na terenie całej Europy, najwięcej w Norwegii i Finladnii. Powstawały między IX a XI wiekiem, tak więc nie mogły wyjść spod młota jednego kowala. Wszystkie miały podobne wymiary i wagę – średnią długość ok. 90 cm, szerokość ostrza 5 cm oraz wagę w przybliżeniu 1,2 kg. Była to broń jednoręczna, obosieczna. Wykonane były z wysokonawęglonej stali tyglowej, czyli takiego stopu, który zawierał domieszkę węgla na poziomie 1,5-2%. Proces wymagał wytwarzania oręża w wysokiej temperaturze ponad 1600 stopni Celsjusza, co jest zagadką dla ekspertów w sprawie broni, gdyż piece z tamtej epoki nie byłyby w stanie wytworzyć takiego ciepła. Kształt ostrza był formą przejściową pomiędzy mieczami używanymi w epoce wikingów a ostrzami rycerzy z czasów wypraw krzyżowych. Miecze Ulfberhta były twardsze a jednocześnie mniej kruche i lżejsze, niż typowe ostrza stosowane w średniowieczu.

Niektóre znalezione miecze odbiegają standardem wykonania i jakością materiałów od innych, przez co uważa się je za podróbki (utożsamiane między innymi z inskrypcją  +VLFBERH+, +VLFBERTH). Po przebadaniu większości ze znalezionych mieczy eksperci doszli do wniosku, że najwyższą jakością cechują się te okazy, które mają wygrawerowaną inskrypcję +VLFBERH+T oraz +VLFBERHT+ - wskazywałoby, iż to one były oryginalnymi i licznie naśladowanymi oryginałami. Ulfberht przekazał zapewne wiedzę o produkcji swojej broni uczniom lub potomkom. Jakość jego mieczy i idące za nią ceny były zapewne na tyle kuszące, że każdy kowal czy sprzedawca broni chciał mieć do zaoferowania ostrza opatrzone inskrypcją +VLFBERH+T. Przypuszcza się, że pierwsze miecze jak i ich wykonawca pochodziły gdzieś z terenów Nadrenii, jednak, jak już wspomniałem, najwięcej znalezisk pochodzi ze Skandynawii. Powszechnie uważa się, że taka liczba znalezisk spowodowana jest sposobem, w jakim dokonywano pochówków. Skandynawowie, w przeciwieństwie do chrześcijańskich wojowników, byli chowani do grobów ze swoją bronią. Tym samym to dzięki wikińskim obrzędom pogrzebowym kilkadziesiąt ostrzy Ulfberhta zachowało się do naszych czasów właśnie na północy Europy. Wysokowęglową stal, potrzebną do wytwarzania tych znakomitych mieczy, mógł sprowadzać z Bliskiego Wschodu, przez Ruś a następnie Wołgę. 

Tajemnicą Ulfberhta pozostanie zapewne, jak doszedł do tak niesłychanej receptury stali, która pozwoliła mu tworzyć znakomite miecze. Podobnie jak bronie wytworzone ze stali damasceńskiej, jego ostrza wyprzedzały epokę, w której żył.

Temat znalezisk nie jest zamknięty. W 2008 roku w Szwecji pewna ośmiolatka znalazła w jeziorze miecz z epoki wikingów. Znaleziska takie jak to pokazują, że na świecie ciągle może być wiele broni, które tylko czekają, aż zostaną odnalezione. Wiele z nich może okazać się mieczami Ulfberhta lub jego naśladowców.

Dla chętnych, którzy chcą dowiedzieć się, jak mogła wyglądać produkcja mieczy przez Ulfberhta, polecam poniższy film:


Na sam koniec tradycyjne podziękowania dla Piotra Brachowicza za wspieranie mojej twórczości. Dla tych, którzy chcą również dorzucić swoją cegiełkę, zapraszam na portal na Patronite. Zachęcam również do odwiedzenia mojej strony na Facebooku.

piątek, 2 lipca 2021

Miernik i Granicznik


Źródło: http://zdlugopisa.blogspot.com/2017/09/granicznik.html,
data odczytu: 01.07.2021

Ostatnimi czasy miałem wiele problemów z przeprowadzeniem pewnych prac geodezyjnych. Cała sytuacja przypomniała mi o wierzeniach naszych przodków w kary, jakie spotykają nieuczciwych ludzi (zwłaszcza urzędników). Dziś omówimy sobie dwa rodzaje istot, które po śmierci musiały pokutować za oszustwa, których dopuściły się za życia.

Współcześnie każdy ma mniejsze lub większe wykształcenie. Mamy też wyspecjalizowane sprzęty jak wagi różnych rodzajów, miarki do sprawdzania objętości, mierniki do wyznaczania długości czy innych właściwości obiektów. No i jest Internet, gdzie wszystko można zweryfikować, czy przynajmniej uzyskać podpowiedzi, gdzie szukać informacji. W dawnych wiekach nie było jednak tych dobrodziejstw i pomiarami zajmowali się tylko wyspecjalizowani ludzie. Same przyrządy też były mniej precyzyjne i bardziej skomplikowane w obsłudze. Nie wystarczyło tylko naciśnięcie przycisku, by dokonać pomiaru – kto korzystał chociażby z wagi lekarskiej, ten wie o czym mówię.

Oszukiwać więc mogli kupcy, ważąc skupywane lub sprzedawane towary albo geometrzy (geodeci), wyznaczający granice pól na wsiach. Zaniżanie wagi przy skupowaniu zboża, czy zawyżanie przy sprzedawaniu dóbr (albo oszukiwanie, jak chrzczenie piwa) mogło spotkać każdego prostego chłopa. Przykładowo, przy skupywaniu ziarna przez młynarzy, miarą potrząsano lub nawet ugniatano, by więcej zboża ułożyło się jak najciaśniej i weszło do środka. Tych praktyk nie stosowano jednak przy sprzedaży, by była większa objętość, gdyż w dawnych wiekach nie ważono tego towaru, ale mierzono właśnie ze względu na objętość. Prostemu chłopu ciężko było dojść swoich racji, bowiem jak udowodnić, że został potraktowany niesprawiedliwie? Tak samo było z pomiarami gruntów, gdy rolnik najczęściej tracił cześć swojej ziemi na rzecz wpływowego sąsiada czy też lokalnego pana, gdyż według geometrów/geodetów wcześniejsze granice były źle wytoczone, albo miedza została wyznaczona w złym miejscu. W społeczeństwie opartym na rolnictwie ziemia zapewniała pożywienie i dochód. Mniej arów to mniej pieniędzy i trudniejszy żywot. Nic dziwnego, że takie praktyki budziły nieufność a także poczucie krzywdy. Nie widząc szans na sprawiedliwość na tym świecie wśród ludu zaczęto wierzyć w pokutę w zaświatach, na którą oszuści byli skazywani.

Przykładem takiego pokutnika w zaświatach miał być Jakub Gibboni (nazwisko spolszczane też jako Dziboni), syn włoskiego hutnika Jana Gibboniego, który w XVII wieku zarządzał przedsiębiorstwem hutniczym w Studziannie (obecnie powiat przysuski w województwie mazowieckim). Oszukiwał chłopów na wagach żelaza. Po jego śmierci w 1709 roku jego duch zaczął nawiedzać własne przedsiębiorstwo, prosząc pracowników o zamienienie oszukanej wagi na prawdziwą. Błagając przyznawał, że dopóki to się nie stanie, będzie cierpiał męki w piekle. Historia była na tyle znana (lub nawiedzenia zdarzały się tak często), iż została opisana nawet w kronice traktującej o wydarzeniach historycznych w Studziannie. Gibboni stał się po śmierci duchem, którego nasi przodkowie nazywali miernikiem. Innym przykładem miernika, a raczej mierniczki, może być karczmarka z powiatu szamotulskiego w Wielkopolsce, która oszukiwała chłopów na podawanych trunkach. Ślady jej przewinień zachowały się polichromii w kościele św. Mikołaja we wsi Słopanowo. Widnieje na niej diabeł, który porywa oszustkę do piekła. Nad nią napisał także powód pokuty – Bo nie dolewała. W wielu miejscowościach również zachowały się podania o młynach, opuszczonych lub nie, z których nocami dobiegały odgłosy pracy lub smętne zawodzenie. Miały to być dusze młynarzy, którzy fałszowali pomiary skupowanego ziarna za życia i teraz muszą wykonywać swoją pracę przez całą wieczność.


Źródło: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Plik:Diabe%C5%82_zabiera_karczmark%C4%99_-_S%C5%82opanowo_-_001101_3_tab_KLWII_p.jpg, data odczytu: 01.07.2021

Szczególny typ mierników stanowiły świcki, zwane także granicznikami. To dusze wspomnianych geodetów, którzy po śmierci błąkali się po niesłusznie wytyczonych za życia granicach. Ich karą było wytyczanie pomiarów gruntów przez całą wieczność. Pierwsza nazwa pochodzi od ich wizerunku. Często bowiem widziano nietypowe światło unoszące się nad miedzą. W dzień były to zapewne promienie słoneczne odbijające się od leżących wśród pól narzędzi czy też szkła. W nocy, postacie błędnych ogników, dziś utożsamiane z gazem błotnym. Opisy jednak różniły się znacząco w różnych regionach. Czasami były to postacie na pozór ludzkie, które świeciły własnym światłem. Czasami widma z lampami przemierzające grunty. Innym z kolei razem były to ogromne świece lub latarnie z głową człowieka, albo ludzkie sylwetki z lampą zamiast głowy. Na pewno jednak każde ich wyobrażenie związane było z jakąś formą światła. Większość nie szukała sposobności by krzywdzić ludzi. Kontakty z ich strony miały raczej formę błagalną, by wybawić ich od mąk piekielnych lub nawet ofiarowywały swoją pomoc. Gdy ktoś po ciemku zbłądził drogę, pomagały oświetlić teren i bezpiecznie wrócić. Często też nosiły ze sobą kamienie lub słupki graniczne. Jeśli taki granicznik spytał śmiertelnika, co ma zrobić z przedmiotem, należało mu nakaz odłożenie go na właściwe miejsce (czyli na miejsce sprzed oszukanych pomiarów, których dokonał za życia). Takie przywrócenie właściwego oznaczenia granicy pola uwalniało duszę świcka od niekończącej się pokuty. Zdarzały się jednak wyjątki. Czasami złośliwy granicznik pod postacią błędnego ognika wyprowadzał chłopa w przysłowiowe pole, a ten ginął na mokradłach lub zaatakowany przez zbójców czy też przez dzikiego zwierza.

Wiara w mierniki i graniczniki była chęcią doszukiwania się sprawiedliwości na tym, lub przyszłym świecie. Jedno jest pewne – nie warto oszukiwać innych, by samemu się wzbogacić, gdyż kara za to może trwać przez całą wieczność. A chyba nikt z nas nie chce pozostać na pełnym etacie, zwłaszcza na nocnych zmianach, do końca świata, prawda?

Jeśli podobają Ci się tematy, które tworzę - grosza daj wikingowi i wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do obserwowania profilu na Facebooku. Dziękuję także Piotrowi Brachowiczowi za wspieranie mojego bloga oraz zapraszam do wyglądania następnego tematu już za dwa tygodnie.

piątek, 18 czerwca 2021

Łódź z Hjortspring

 

Źródło: https://en.natmus.dk/historical-knowledge/denmark/prehistoric-period-until-1050-ad/the-early-iron-age/the-army-from-hjortspring-bog/the-hjortspring-boat/, data odczytu: 17.06.2021

Drakkary, smocze łodzie, są jednym z symboli epoki wikingów. Ich konstrukcja nie jest trudna do rozpoznania – od dziobu reprezentującego smoka lub inne zwierzę, przez długi drewniany pokład z jednym masztem aż po rufę kształtem przypominającą ogon zwierzęcia. Taka budowa statku opiera się na znacznie starszej konstrukcji, której początków można doszukiwać się w prehistorii.

By bliżej poznać historię skandynawskich łodzi przenieśmy się na tereny szwedzkiej gminy Tanum. Ten położony na południu kraju obszar to miejsce w którym znaleziono tysiące petroglifów z epoki brązu. W innych częściach Skandynawii również znaleziono mnóstwo naskalnych rysunków, jednak Tanum jest ewenementem, jeśli chodzi o ich zagęszczenie. Większość z nich powstała między 1700 a 200 rokiem przed naszą erą. O samych petroglifach opowiemy sobie więcej w przyszłości, dziś chciałbym skupić się na jednym z motywów, który dość często na nich występuje, a mianowicie na łodziach.

Statki są drugim najczęstszym motywem przewijającym się wśród petroglifów. Nie posiadają żagli – to raczej czółna, które były napędzane siłą ludzkich mięśni. Przypuszcza się, że niektóre rysunki przestawiały rytuały związane z łodziami, być może nawet ceremonie pogrzebowe. Są to wizerunki długich statków, mieszczących kilka a nawet kilkanaście osób. Niektóre skały przedstawiają nie tylko pojedyncze łodzie, a całą ich flotę.

Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/Rock_Carvings_in_Tanum,
data odczytu: 17.06.2021

Można by uznać, że naskalne rysunki były fantazją ich twórców lub wyobrażeniami scen mitologicznych, gdyby nie odkrycie, do którego doszło w 1921 roku na duńskiej wyspie Als. Z torfowiska Hjortspring Mose wydobyto łódź, datowaną na ok. 400-300 rok p.n.e.. Zarys statku odkopano już w 1880 roku, podczas wydobywania torfu, jednak na prawdziwe wydobycie połączone z badaniami archeologicznymi trzeba było czekać ponad 40 lat. Nazwy grzęzawiska zaczęto używać do określania rodzaju łodzi. I tym sposobem odnaleziony egzemplarz łodzi Hjortspring potwierdził, że petroglify z Tanum nie były tylko wymysłem autorów naskalnych dzieł – istniały i były używany naprawdę od zamierzchłych czasów.

Łódź z Hjortspring została w całości wykonana z drewna lipowego. Poszycie jest wykonane na zakładkę (tzw. klinkierowe) – kolejne warstwy desek nachodzą na wcześniejsze. W podobnym stylu wikingowie budowali tysiąc lat później swoje smocze łodzie. Elementy kadłuba łączone były sznurami zrobionymi z kory lipowej, korzeni świerku i niewyprawionej skóry. Całość uszczelniona została smołą. Dziób i rufa były wzmocnione kołkami i uszczelnione dodatkowo żywicą. Wymiary znaleziska to dziewiętnaście metrów długości i dwa metry szerokości. Konstrukcja nie posiadała masztu i była napędzana przez wioślarzy, siedzących po dwóch w każdym z dziesięciu rzędów ławek. Same wiosła wykonane były z klonowego drewna. Szacuje się, że sprawny statek mógł ważyć ok. 530 kilogramów. Waga nie wydaje się specjalnie duża, jeśli założymy, że załoga liczyła dwadzieścia osób. Łódź, podobnie jak drakkary w epoce wikingów, mogła zostać przeniesiona w razie konieczności przez płyciznę czy nawet przez ląd, do następnego zbiornika wodnego. Z tyłu statku znajdował się prosty ster.

Podobne znaleziska z późniejszych wieków pokazują, że główna konstrukcja była tworzona z jednego kawałka drewna, a drewniane kołki z czasem zostały zastąpione metalowymi nitami. Dzięki powstałej rekonstrukcji udało się ustalić, iż łódź mogła rozwijać prędkość 8 węzłów morskich, czyli niecałe 15 kilometrów na godzinę.

Statek w chwili znalezienia zawierał na swoim pokładzie pokaźną ilość broni oraz innych narzędzi. Dwa miecze zostały celowo wygięte. Ponadto, w czółnie  znaleziono zabitego konia, owcę, cielaka i dwa psy. Przypuszcza się, że cała łódź została zatopiona we w torfowisku specjalnie, co stanowiło element pewnego rodzaju rytualnej ofiary. Prawdopodobnie to właśnie celowe poświęcenie statku w torfowisku pozwoliło mu dotrwać do naszych czasów – podmokły teren zakonserwował go na tysiąclecia.

Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Hjortspring_boat,
data odczytu: 17.06.2021

Spotkałem się kiedyś z opinią, że jedną z przyczyn wielkiej ekspansji wikingów na tereny Rusów, Franków i Anglosasów było wynalezienie drakkarów. Teorię tą można po omówieniu dzisiejszego tematu włożyć między bajki – statki od wielu stuleci fascynowały mieszkańców Skandynawii. Ulepszane na przestrzeni wieków, coraz szybsze i większe, jednak wciąż bazujące na konstrukcjach wymyślonych w starożytności. Podsumowując, kadłuby łodzi typu Hjortspring były budowane na zakładkę, napędzała je siła wioślarzy, a lekka konstrukcja pozwalała je w łatwy sposób przenieść po lądzie. Jedyne, co je odróżniało od późniejszych drakkarów to brak masztu. Był to idealny środek transportu, jak na tamte czasy, do podróżowania po Skandynawii. Liczne zatoki, wyspy (sama Dania obejmuje swoim terenem ponad 400 wysp!) oraz rzeki wcinające się głęboko w ląd tworzyły wielką sieć dróg wodnych. Nie dziwi więc fakt, że wikingowie stali się najgroźniejszymi wilkami morskimi swojej epoki – zamiłowanie do żeglugi mieli we krwi od setek pokoleń[1].

I na sam koniec mam dla was współczesną ciekawostkę. Rysunek łodzi z Tanum pojawił się na 50-koronowym banknocie szwedzkim, który może zobaczyć poniżej.

Źródło: https://banknotenews.com/?p=6941,
data odczytu: 17.06.2021

Jeśli podoba Ci się, to co tworzę - grosza daj wikingowi i wesprzyj moją twórczość na Patronite. Zapraszam również do polubienia mojego profilu na Facebooku. Na koniec chciałbym tradycyjnie podziękować mojemu Patronowi, Piotrowi Brachowiczowi.


[1] Stwierdzenie, iż zamiłowanie do żeglugi istniało od setek pokoleń jest oczywiście metaforą. Między czasem powstania łodzi z Hjortspring a epoką wikingów na terenach północnej Europy miało miejsce kilka wędrówek ludów. Spuścizna w postaci konstrukcji łodzi, architektury, uzbrojenia, przechodziła jednak i ewoluowała pomiędzy różnymi plemionami germańskimi południowo- i północnogermańskimi.