środa, 25 listopada 2015

Karmienie Fiordów 2015 - Część Druga



Od napisania pierwszej notki z mojej wyprawy minęło wiele czasu. Studia i obrona, które się bardzo przeciągały, skutecznie zniechęcały mnie do pisania dalszej części. Teraz jednak, na spokojnie, szczęśliwie obroniony, postanowiłem opisać dalej Karmienia Fiordów 2015, co wydarzyło się po opuszczeniu Trondheim.
Po nieprzespanej poprzedniej nocy w pociągu relacji Oslo-Trondheim, postanowiłem tym razem wykosztować się na miejsce do spania w pociągu. Niestety, pani w kasie poinformowała mnie, że wszystkie miejsca są już zarezerwowane i zostały tylko zwykłe fotele. Chcąc nie chcąc, wykupiłem normalną miejscówkę na pociąg do Bodø. Na szczęście tym razem nikt nie zajmował miejsca obok i po dłuższej chwili od opuszczenia Trondheim wyłożyłem się na dwóch fotelach. Kilkukrotnie się budziłem, jednak tym razem udało mi się przespać większość nocy. 
 Pierwszy widok po przebudzeniu się poza Kołem Podbiegunowym. Niebo było jasne już po 4.00.

Miejscami górzyste tereny przechodziły w rozległe płaskowyże. Ogrom dzikiej przyrody jest nieporównywalny do krajobrazów w Polsce.

Śnieg w sierpniu? Witamy w Arktyce!
 
Gdzieś ok. 4.00 nad ranem byłem już poza Kołem Podbiegunowym – pierwszy raz w życiu dotarłem do Arktyki. Było dość jasno, jak na tą porę dnia, mogłem więc podziwiać surowe krajobrazy Norwegii. Pomimo, iż był to sierpień, część szczytów górskich była pokryta śniegiem.
Za miejscowością Fauske tory kolejowe odbijały wzdłuż Skjerstadfjorden na zachód. Przez ponad godzinę jechałem, po lewej mając szeroką zatokę, a po prawej wysokie szczyty. 

 Wzdłuż brzegu Skjerstadfjorden.


W końcu około godziny 9.00 dotarłem do Bodø, najdalej, jak tylko da się dojechać norweską koleją z Oslo (istnieje jeszcze jedna linia bardziej na północ, niedaleko Narviku, ale biegnie ona od szwedzkiej granicy i nie jest połączona z resztą torów kolejowych w kraju). Nie czekając długo, pobiegłem do portu. Na przystani zobaczyłem prom. Podszedłem do pana, który sprzedawał bilety i spytałem o godzinę odpłynięcia. Miałem szczęście, prom wyruszał do Moskenes na Lofotach o godzinie 10.00. I tak oto pierwszy raz w życiu opuściłem kontynent (nie licząc dwóch rejsów po śródlądowym Bałtyku).
Prom był mniejszy, niż Polonia należąca do Unity Line, którą miałem okazję płynąć przed laty na trasie Świnoujście-Ystad. Jednostka nazywała się Landegode (nor. Dobra Ziemia), na cześć jednej z wysp przy brzegach Bodø. 

 Na pokładzie Landegode. Po lewej widać fragment Bodø.

Widok na Półwysep Skandynawski (dokładnie, Nordland) z pokładu Landegode.
 Na pokład wsiadłem jako jeden z pierwszych pasażerów, więc mogłem wybrać sobie dość dogodne miejsce. Udało mi się zająć fotel w pierwszym rzędzie tuż przy oknie z widokiem na dziób statku. Obok usiadła para Niemców, którzy zagadali mnie, czy pochodzę z Polski – wydzieli siatkę wystającą z plecaka z polskim adresem sklepu (nie pamiętam jakiego). Chwilę porozmawialiśmy po angielsku o podróżach, Norwegii i statkach. 



Wyspa u wybrzeży Norwegii. Stromy szczyt, który wznosi się prosto z morza i sięga chmur.

 Kiedy statek opuścił port, wyszedłem na tylni, odsłonięty pokład. Jest coś niesamowitego w pływaniu po morzach. Czuć ogrom przestrzeni wokół. Wybrzeże Nordlandu (Region, w którym leży port Bodø) jest otoczone niezliczonymi wysepkami. Prom manewrując między nimi wypłynął na największy fiord, jaki miałem okazję zobaczyć – Vestfjorden. Na odcinku pomiędzy Bodø a Moskenes, do którego zmierzałem, fiord ma 102 kilometry szerokości. Rejs na tej trasie zajął trzy godziny. Fiord jest na tyle szeroki, że płynąć przez spory odcinek nie widać ani jednego ani drugiego brzegu – człowiek czuje się jak na otwartym morzu. Atrakcją tego zbiornika wodnego są ponoć orki i wieloryby. W pewnym momencie jeden z pasażerów zerwał się z fotela i wskazywał palcem na coś na prawo od promu w dużej odległości. Wywołał zamieszanie krzycząc whale, whale! Nie byłem przekonany, czy to, co widzę, to faktycznie płetwa wieloryba, jednak tak jak cała grupa fotografów-łowców, zrobiłem zdjęcie temu domniemanemu wielorybowi.



 Domniemana płetwa wieloryba wystająca z wody (po lewej, blisko horyzontu).

Wyspy na Vestfjorden.


Spieniona woda przy burcie promu.

Podróż trwała długo – na tyle, że zdążyłem się zdrzemnąć (kto płynął promami, ten wie, że nic nie usypia tak dobrze, jak jednostajne buczenie potężnych silników statku :). Mniej więcej w połowie trasy mijaliśmy z innym promem, który płynął w przeciwnym kierunku, do Bodø.



 Łajba na lewej bułcie! Nołweska, panie kapitanie!

Łajba na wysokości Landegode :}

 Nie byłem zaskoczony, kiedy po około dwóch godzinach rejsu zaczęło padać (nie muszę chyba wspominać, że podczas nocnej podróży pociągiem i przy krótkim pobycie w Bodø też padało?). W pewnym momencie chmury na horyzoncie stały się bardzo ciemne… Spodziewałem się sztormu. Jednak to, co wziąłem za burzowe chmury, nie zmieniało swojego kształtu, a stale rosło w oczach. W końcu zrozumiałem, że to nie księżyc... chmury tylko pasmo górskie. Lofoty, Szpony Rysia, w tłumaczeniu na polski. Pierwszego widoku Lofotów nie da się porównać do niczego innego, co widziałem. Będąc na bezkresnym morzu człowiek widzi potężne i ostre szczyty, które wyrastają prosto z wody i sięgają wysokości ponad 1000 metrów. Ogrom tego pasma przytłacza. 



 Kontur widoczny na horyzoncie to szczyty Lofotów.

Nazwa Lofotr oznacza Szpony Rysia - nic dziwnego, szczyty gór wystają z morza niczym pazury.
Deszcz na Vestfjorden.



Więcej deszczu.

Lofoty - widok wzdłuż brzegu na wschód.

Moskenes powitało mnie ładną pogodą.
 


Wpływając do portu prom Landegode manewrował między wysepkami. Chwilami mijaliśmy domy na odległości tylko kilku metrów.

Kiedy zbliżaliśmy się do portu w Moskenes i mijaliśmy mniejsze wysepki, spakowałem się. Szybko napisałem na kartce nazwę LEKNES i zbiegłem na pokład dla samochodów. Chciałem być pierwszym pasażerem, który opuści prom, by szybko złapać stopa na dalszej trasie. Kiedy rampa opadła, wybiegłem poza szlabany. Trzymając kartkę przed sobą i wystawiając kciuk liczyłem, że uda mi się dostać do największej miejscowości na wyspie Vestvågøya (cała wyspa przy powierzchni 411 kilometrów kwadratowych posiada niespełna 11 000 mieszkańców - to tak, jakby na terenie Krakowa, Wieliczki i Skawiny mieszkało mniej osób, niż w samej Wieliczce). Pomimo, iż na promie było kilkadziesiąt aut, w tym campery, żadne się nie zatrzymało. Chwilę po tym, jak ostatnie opuściło pokład, deszcz rozpadała się znów, ze zdwojoną siłą. Nie miałem innego wyboru, jak wsiąść do autobusu, który jechał przez Leknes do Narviku. Po ponad godzinie jazdy byłem w Leknes. Szybkie zakupy w hipermarkecie i z kolejną kartką BØSTAD/BORG czekałem przy głównej trasie. Na szczęście, tym razem udało się złapać stopa. Jadąc z trójką osób w aucie rozmawialiśmy po angielsku o Lofotach. Mówiłem, że jadę na festiwal wikingów w Borg. Oni też się tam kierowali. Kierowca powiedział, że byli w tym roku w Jomsborgu, że tam impreza była o wiele większa niż to, co jest w planach w Borg. Zaczęliśmy rozmawiać o Jomsborgu na Wolinie, jego położeniu, historii. W pewnej chwili kierowca pyta mnie po polsku – Słuchaj, a ty nie jesteś z Polski? Strasznie dużo wiesz o Jomsborgu. Zaśmiałem się i odpowiedziałem już po polsku. Okazuje się, że drugi stop w Norwegii i znowu trafiłem na Polaków. Mówili, że na Lofotach co druga rodzina ma polskie korzenie. Rozmowa zeszła na temat mojej wyprawy. Mówiłem, że najgorsza w Norwegii jest pogoda. Powiedzieli, że to lato jest wyjątkowo zimne i mokre. Dwa poprzednie były bardzo słoneczne, a teraz śnieg leżał na całych Lofotach do końca maja.
Dowieźli mnie na samo miejsce. Okazało się, że Borg to bardzo mała miejscowość. Kilka domów przy głównej ulicy, stacja paliw prowadzona wespół ze sklepikiem i kościół. Najwięcej terenu zajmowały ziemie kościelne… Na których mieścił się skansen wikingów. Śmialiśmy się z tego, jadąc autem, że na terenach i pastwiskach chrześcijańskiej świątyni mieścił się skansen kultury nordyckiej.

 Zagroda w Borg. W tle widać pastwiska i kościół.


Widok na długi dom jarla - największy tego typu obiekt znaleziony kiedykolwiek.
 
Drugie zdjęcie długiego domu - tak długi, że w jednym się nie zmieścił.

Widok na Borgfjorden spod długiego domu.

Wysiadłem pod kościołem i zbiegłem w dół, w stronę w fiordu. Poinformowali mnie, że bilety można kupić w kilku miejscach. Ostatni rejs drakkarem tego dnia miał być o godzinie 18.00. Było przed 17.00, kiedy dotarłem na drogę do przystani. Pani sprzedająca bilety doradziła mi, że nie ma sensu tego dnia kupować biletu, bo nie zobaczę już wielu atrakcji i bym wrócił z rana i kupił bilet na cały dzień. Wydawało się to rozsądne. Priorytetem stało się więc znalezienie noclegu. Przed wyjazdem czytałem, że muzeum w Borg współpracuje ze szkołą w Bøstad, gdzie wynajmują miejsca na nocleg. Udałem się do głównego budynku muzeum, które było szklaną budowlą stylizowaną na długi dom jarla. Pani w informacji powiedziała, że oni nie dokonują rezerwacji, ale podała mi numer telefonu do osoby, która zajmuje się noclegami w szkole. Niestety, z niewiadomych mi przyczyn, nie działał mi roaming w Norwegii. Smsy wysyłałem spokojnie do wszystkich – dzwonić, ani puścić sygnał nie byłem w stanie. Na szczęście pani w informacji dopuściła mnie do ich stacjonarnego telefonu. Dodzwoniłem się do szkoły, jednak okazało się, że mają wszystkie miejsca zajęte, nawet we wspólnych latach. Nie będąc w stanie znaleźć noclegu w Borg ani Bøstad, skierowałem się znowu w stronę przystani. Po drodze mijałem polanę w lesie, gdzie było pełno namiotów – rozbiły się tam osoby z bractw rycerskich, które przyjechały na festiwal. Spytałem grupki siedzącej przy palenisku, czy nie mają nic przeciwko, bym i ja rozbił się z namiotem na polanie. Powiedzieli, że nie ma problemu, o ile znajdę jakieś wolne miejsce. Klucząc między namiotami, trafiłem na nierówny fragment, gdzie pożyczony od mojej dziewczyny namiot był w stanie się zmieścić. Ustawiłem go tak, że dwa największe korzenie przebiegały pod kątem pod nim, tworząc swoistą kolebkę do spania. Popołudnie było dość suche (a nawet bardzo, jak na norweskie standardy), więc jedyna wilgoć, jaka przeszkadzała, to ta na trawie i mchach. Wieczór minął mi na odpoczynku w namiocie i przyrządzaniu ciepłego posiłku na kuchence turystycznej. Wieczorem na przystani puszczali fajerwerki. Zasnąłem dość szybko. Około 22.00 obudził mnie pierwszy deszcz… Padało do północy. 



2.00 w namiocie. Jak widać, jasne niebo przebijało się przez ściany namiotu.
Około 2.00 wyszedłem na chwilę z namiotu. Pierwszy raz w życiu mogłem obserwować białą noc. Było niewiele ciemniej, niż wieczorem. 

  Woda, która zebrała się na daszku namiotu do 2.00.



 Biała noc - godzina 2.00.

I godzina 6.00 - dla porównania.

Chwilę po powrocie do namiotu zaczęło znowu padać. Noc minęła dość spokojnie. Jakieś zwierzę przebiegło bardzo blisko namiotu, trącając jedną ze ścianek, ale szybko się oddaliło. Gdzieś nad ranem ktoś odczuwał silną potrzebę wybijania monotonnego rytmu na bębenku przy palenisku. Nikt jednak mu nie śpiewał, czy przygrywał. Nikomu także to nie przeszkadzało i w końcu ten utalentowany wiking odpuścił raczenie mnie swoją muzyką. Zacząłem zbierać się przed 6.00, kiedy kolejny deszcz ustał. Zrzuciłem wodę, która utworzyła dość ciężki basenik na daszku nad wejściem do namiotu. Niebo było nieznacznie jaśniejsze od tego, które oglądałem cztery godziny wcześniej. 


Palenisko w obozie bractwa rycerskiego.
 
Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania opuściłem polanę i udałem się w dół, w stronę przystani. Na ławce, gdzie dzień wcześniej siedziała pani sprzedająca bilety nie było nikogo, to też mogłem zejść bez przeszkód niżej. W pewnym miejscu wśród drzew były porozwieszane runy. Na jednej kartce był napis, mówiący iż wikingowie wierzyli w wielu bogów oraz polecenie, by ułożyć z run ich imiona. Nie poświęciłem tej atrakcji wiele uwagi i zszedłem jeszcze niżej. 



 Zabawa z runami.

 Runy na drzewach. Symbolika run jest nierozerwalnie związana z drzewami. Odyn znalazł pierwsze runy na korze Yggdrasilu. Spędził dziewięć dni i dziewięć nocy zgłębiając ich tajemnice. Pytanie, kto je tam umieścił? ;}

Mijając kolejny zakręt trafiłem na prześwit w lesie. Moim oczom ukazał się Borgfjoden. Przy przystani zacumowany był drakkar Vargfotr (nor. Szpony Wilka), którym zamierzałem popłynąć. I tym sposobem dotarłem do najdalszego punktu tej wyprawy…



 Widok na Borgfjorden - Przy przystani widać drakkar Vargfotr.
I to tyle w tej części. Zwiedzanie muzeum i rejs drakkarem zostaną opisane następnym razem.

środa, 2 września 2015

Karmienie Fiordów 2015 - Część Pierwsza




Moja wyprawa zakończyła się 20 sierpnia, jednak od tego dnia cierpiałem na deficyt czasu (głównie ze względu na ostatni rozdział magisterki). Korzystając z chwili przymusowego przestoju w pisaniu, postanowiłem wrzucić pierwszą część zdjęć z wyprawy. Za jakość przepraszam - robiłem pożyczonym aparatem, którego nie znam tak, jak swojego... No i przy tej ilości zdjęć (ponad 1300) odpuściłem ich obróbkę. Przed Wami więc surowe fotki z równie surowej Skandynawii. No to pora na historię...
Pierwszą przygodę przeżyłem jeszcze przed lotem. Spakowany, zgodnie z listą, wszystko posprawdzane, zostałem podwieziony przez brata na lotnisko. Tuż po przyjeździe, kiedy sprawdzałem, czy wszystko mam... Zorientowałem się, że zapomniałem kurtki. Na szczęście brat zdążył objechać i mi ją dowieźć przed zamknięciem bramek, za co jestem mu wdzięczny. Kurtka, jak się okaże, przydała się każdego dnia w Skandynawii. Po dramatycznym locie z Krakowa do Rygge (a był dramatyczny, bo po dziesięciu minutach od startu wpadliśmy w jakąś dziurę powietrzną, samolot osiadł ze 2 metry, a jakieś dziecko zaczęło płakać - moja myśl, 10 minut wyprawy i wszystko się skończy) z pomocą pary Polaków, którzy poratowali podwózką do Oslo (ok. 60 km), dotarłem do stolicy Norwegii. Idąc z lotniska w stronę dworca w Rygge, minął mnie biały duży samochód. Kierowca wychylił się przez okno i zaczął coś pytać po norwesku. Po chwili obrócił się do pasażera, po czym znowu do mnie i spytał A mówisz może po polsku? Pierwszy stop w Norwegii i trafiłem na pomocnych Polaków. Na dzień dobry nasłuchałem się wiele negatywnych rzeczy, głównie jeśli chodzi o Urząd Ochrony Praw Dziecka, który potrafi bez powodu odebrać dziecko rodzicom i który dopuszcza się wielu nadużyć. Podróż minęła dość szybko. Dostałem propozycję pojechania z nimi dalej, w stronę Fiordów Zachodnich, jednak powiedziałem, że moim celem są Lofoty oraz festiwal wikingów i nasze drogi się rozeszły na obwodnicy Oslo. Co mnie uderzyło w Oslo, to liczba imigrantów. Więcej czarnoskórych i arabów niż rodowitych Norwegów. Po przybyciu do nieznanego miejsca nie czułem się zbyt pewnie w takim otoczeniu. Najszybciej jak mogłem przedostałem się z obwodnicy miasta na dworzec główny. Pomimo wielu parków i kamienic, zdjęć robiłem mało z obawy, by ktoś w tym zatłoczonym mieście nie wyrwał mi aparatu. Pościg byłby utrudniony przez ponad 20-kilowy bagaż, więc wolałem nie ryzykować. Po przejściu ulicy Karla Johansa, która wygląda trochę jak  szersza Floriańska (i trochę bardziej multi-kulti), trafiłem na Dworzec Główny, z którego miałem udać się dalej, do Trondheim. Jedno z pierwszych zdjęć, to właśnie stary budynek dworca.
Budynek Dworca Głównego w Oslo.
Po zakupieniu miejscówki na pociąg, mając trochę czasu do odjazdu, udałem się nad Oslofjord. Fiord ten nie jest strzelisty i stromy, jak fiordy z przewodników i artykułów o Norwegii, niemniej jednak jest największy spośród fiordów południowej Norwegii. Poza tym, pierwszy fiord na mojej trasie i pierwszy, jaki widziałem w życiu. Na brzegu stał budynek opery. Można było wejść na jej dach, skąd byłby pewnie znacznie lepszy widok, jednak śliskie kamienie, przed którymi ostrzegała nawet tabliczka, skutecznie zniechęciły mnie do wspinania się po stromym podejściu z ciężkim bagażem na plecach. Po powrocie na dworzec zaczął padać deszcz. Ulewa narastała podczas mojej podróży pociągiem na północ. W okolicach Lillehammer przerodziła się w prawdziwe oberwanie chmury. Wyszła tu najpoważniejsza wada Norwegii, którą odczuwałem przez kolejny tydzień - deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz.

Oslofjorden o zmierzchu.
Do Trondheim dotarłem około godziny. 6.00 następnego dnia. Zmęczony po nieprzespanej nocy (w pociągu, gdzie było całkiem sporo imigrantów oraz po emocjach związanych z lotem nie bardzo chciałem spać). zacząłem szukać w Trondheim miejsca na obóz. Pierwsze, co jednak musiałem znaleźć, to denaturat. Ponieważ picie denaturatu jest zbyt mainstreamowe, osobiście preferuję palenie go... A tak serio, ciocia pożyczyła mi kuchenkę turystyczną na takie właśnie paliwo. Nie mogłem go wziąć do samolotu, więc musiałem zaopatrzyć się na miejscu. Pora była wczesna,  więc postanowiłem pozwiedzać nieco miasto, zanim jakikolwiek sklep będzie otwarty. Trondheim ma ładną zabudowę, ładniejszą niż Oslo. Mniej w nim europejskiej stolicy z kamienicami (chociaż samo miasto było pierwszą stolicą Norwegii) a bardziej przypomina tradycyjną, drewnianą zabudowę Skandynawii. No i jako trzecie największe miasto Norwegii, jest małe (jak na polskie standardy) - liczy raptem 170 000 mieszkańców. Wychodząc z dworca nie sposób nie trafić na rynek w Trondheim. Stoi na nim pomnik Olafa Tryggvasona, który przed wiekami założył Trondheim (Nidaros). 

Pomnik Olafa Tryggvasona w Trondheim.

Moją uwagę przykuła też nawierzchnia rynku. I nie mam na myśli intrygującego składu nawierzchni bitumicznej, a o malunki na niej. W różnych miejscach rynku narysowane były rozmaite układy taneczne. Ciekawy pomysł.

Foxtrot - były też m.in. Cha-Cha oraz Walc.

Na zdjęciu z pomnikiem Tryggvasona widać w tle wieżę - jest to katedra Nidaros, największa budowla średniowiecznej Skandynawii i kolejne miejsce, które poszedłem zobaczyć. Może nie jest tak olbrzymia jak Notre Dame, jednak robi przytłaczające wrażenie. No i to gotyk - jeden z dwóch najładniejszych, według mnie stylów w architekturze (muszę mówić, że drugim jest neogotyk?). 

Widok na Nidaros idąc od strony rynku.

Ściana boczna Nidaros - z tej perspektywy przypomina już Notre Dame.

Frontowa ściana Nidaros - w niszach rzeźby świętych.


Spacerując po mieście i czekając na otwarcie sklepów, mogłem trochę poobserwować codzienne życie. Ciekawił mnie fakt, iż w kilku miejscach natrafiałem na rzeźby, mniej lub bardziej współczesne. Wiele z nich nie było podpisanych z żadnej strony. Poniżej rzeźba, która skojarzył mi się z pomnikiem Justyny z Niepołomic (też dziewczyna i też byk... Byczek, bydło w każdym razie).

Niepodpisana rzeźba w Norwegii - jedna z wielu anonimowych.

Nabrzeżna dzielnica wyglądała bardzo podobnie do szwedzkiego Ystad - rzędy kolorowych, drewnianych domków. W jednym ze sklepów spytałem czarnoskórego sprzedawcę, czy mają denaturat, lub gdzie mogę go kupić. To był jedyny moment, kiedy nie byłem w stanie dogadać się po angielsku w Norwegii. Idąc dalej zauważyłem trójkę osób malujących dom. Pomyślałem, że skoro mają pędzle i farby, wiedzą, gdzie takie rzeczy kupić. Podszedłem i spytałem. Pani, odwróciła się, zapewne do swojego męża i spytała... Po polsku, jak nazywa się ulica, gdzie jest sklep z farbami. Roześmiałem się. Drugi dzień i drugi raz trafiam na Polaków. Pogadaliśmy chwilę. Kolejną zniechęcającą do Norwegii rzeczą było to, iż o pracę coraz trudniej. Oni, w trójkę z synem, musieli zrezygnować z mieszkania i całe lato żyli w namiocie, ponieważ nawet na malowaniu domów, o którym w internecie można przeczytać że jest wiodącą pracą sezonową w Norwegii, coraz ciężej zarobić. Mówili, że napływ imigrantów coraz skuteczniej zmniejsza możliwości szukania pracy. Życzyłem im powodzenia i udałem się do wskazanego sklepu. Tam musiałem wytłumaczyć sprzedawcy, co chcę palić. W końcu doszliśmy do porozumienia, że to, czego szukam, Norwegowie nazywają Rødspiritus - nie ma fioletowej barwy jak u nas, a mocną różową i pali się o wiele lepiej (dobry towar :). Mając paliwo na obiad, udałem się w stronę lasu, który na mapie wyglądał na największy w okolicy Trondheim i który był najbliżej, by poszukać płaskiego miejsca na namiot i kuchenkę. 

 
Droga w stronę lasu za Trondheim.


 Jedna z malowniczych uliczek dzielnicy portowej.

Przed dotarciem do lasu postanowiłem zrobić postój nad brzegiem. Trondheimfjord również wydawał się ładniejszy niż Oslofjord - mniej zabudowany na brzegach, bardziej zielony i dziki. Na jego środku znajdowała się wyspa z fortem,  który w przeszłości był więzieniem, a wcześniej klasztorem. W tym miejscu, by mieć dowód, iż karmiłem fiordy, postanowiłem zrobić sobie zdjęcie. Niestety, wyzwalacz w aparacie wiedział lepiej, kiedy powinien je zrobić, pomimo ustawionych 12 sekund...

Trondheimfjord.

A tak biegnę karmić fiordy... Żałuję, że nie sprawdziłem tego zdjęcia na miejscu.
Wyspa z fortem na wodach Trondheimfjordu.
Sztuczne wydmy na brzegu fiordu.
Następnie kontynuowałem moją drogę w stronę lasu. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy w każdym możliwym miejscu okazał się zbyt stromy na namiot, a miejscami nawet by wspinać się wyżej. Również niewielkie płaskie powierzchnie wypełnione były ostrymi głazami. Nie zostało mi nic innego, jak siąść na betonowym murku nad brzegiem i tam sporządzić obiad... Oraz nieco odpocząć po nieprzespanej nocy. W pobliżu przepływał strumień, jednak w jego korycie leżały butelki i inne śmieci, przez co nie uzupełniłem zapasów wody. Siedem lat temu byłem w Szwecji. Uderzyła mnie czystość tamtejszych miast. Prawie w ogóle nie było śmieci. W Norwegii, chociaż i tak czyściej niż w Polsce, znacznie więcej walało się tego po trawnikach. Może inny kraj... A może inne czasy. 

 Widok na Trondheim i Trondheimfjord.

Fort na Trondheimfjord - widok od południa.

 A fiordy karmię tak.

Marina dla jachtów oraz latarnia morska w Trondheim.

Mały kawałek wybrzeża przy porcie był usiany... Pokruszonymi kawałkami muszelek.

 Kiedy wracałem, zerwał się silny wiatr z południowego zachodu. Nim doszedłem do portu (niecałe 4 km) rozpętała się burza. Przeczekałem ją w budynku dworca kolejowego. Z przerwami padało już do późnej nocy. Przerwy między kolejnymi ulewami wykorzystywałem na krótsze i dłuższe spacery po mieście. Pociąg do Bodø odjeżdżał przed północą, więc miałem całkiem sporo czasu na zwiedzanie. Myślałem też o uzupełnieniu zapasów wody. Jednak kiedy spytałem tubylca, czy to prawda, że woda z kranu w całej Norwegii nadaje się do picia (by móc uzupełnić butelki na dworcu lub w jakimś fast foodzie), ten odpowiedział, iż tak się twierdzi, aczkolwiek sam nie ufa nieprzegotowanej wodzie. Woląc nie ryzykować, zmuszony byłem kupować wodę butelkowaną. Prawdą jest iż najtaniej wychodzi robienie takich zakupów w sklepie sieci Rema 1000. W innych miejscach można spotkać się z 3-krotnym, a nawet 6-krotnym przebiciem cenowym.




 Burza nadciągająca nad Trondheim.

Stare portowe magazyny nad brzegiem Nidelvy.

 Magazy w dużej mierze zaadaptowane są obecnie na mieszkania i lokale usługowe (i to nie jest kryptoreklama).

Chmury nad Trondheim zwiastują kolejną ulewę.

Zupełnie przypadkowo trafiłem do Trondheim w dniu, w którym był zlot starych oldtimerów. Skandynawowie bardzo upodobali sobie amerykańskie krążowniki, co zaobserwowałem już przed laty w szwedzkiej Skanii. Norwegia nie jest inna. W Oslo i Trondheim jeździło tego pełno... Jednak jeden szczególny model zwrócił moją uwagę... Najprawdziwszy Chevrolet Impala, model z lat 1965-1967. Idąc tropem aut trafiłem znowu na rynek... Gdzie mogłem zobaczyć jeszcze dwie inne, co prawda nie z tych lat, Impale. Przy okazji wyszła kolejna wada Norwegii... Norwegowie nie umieją robić zdjęć. Na trzy zdjęcia Impal, jestem zadowolony tylko z tego własnego autorstwa. Jedno, które robił mi Norweg zupełnie nie wyszło, a drugie... Jak można było uciąć przód takiego auta? W dalszej części wyprawy tylko utwierdziłem się do nieprzeciętnego talentu Norwegów w psuciu każdego możliwego ujęcia.


 The most important object in the Universe.

Tak... To Impala... I tak, to zdjęcie autorstwa Norwega...

Przy kolejnej przerwie między ulewami zdecydowałem się zwiedzić prawy brzeg Nidelvy. 
 Stary zwodzony most na Nidelvie. Obecnie łańcuchy zatopione są w betonie a konstrukcja jest stała.

Czyżby dla odmiany w Trondheim miał spaść deszcz?

Ostatnie godziny przed pociągiem przesiedziałem w poczekalni dworca lub rozprostowując kości, chodząc po nabrzeżu. Po 23.00 wyruszyłem dalej, do Bodø. Tą noc przespałem prawie całą... Chociaż ciężko tu mówić o nocy w naszym rozumieniu. Nawet po 23.00 byłem w stanie zrobić z pociągu zdjęcie ciągle jasnego nieba...


Biała (ale pochmurna) Noc w Trondheim.

 I w tym miejscu zakończę pierwszą część relacji - podróż bezpośrednio poza Koło Podbiegunowe to dobry punkt wyjścia dla następnej notki. W najbliższym czasie postaram się napisać kontynuację, w której opiszę moją drogę do Bodø, a następnie podróż przez Lofoty.